Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Odpowiedź na "Psalmy przyszłości" Spirydionowi Prawdzickiemu

Podług ciebie, mój szlachcicu,
Cnotą naszą — znieść niewolę?
Ty przemieniasz ziemską dolę
W żywot dziecka na księżycu.
W pieśniach wołasz: „Czynu! Czynu!
Czynu!” Czynu naród czeka!
A ty drżysz przed piersią gminu,
Drżysz, gdy błyśnie Bóg z człowieka,
Drżysz, gdy kos cię ukraińskich
Długi, smętny brzęk zaleci,
Drżysz, gdy w marzeń mgle zaświeci
Groźna, stara twarz Kilińskich.

*

Nie tak, nie tak, mój szlachetny!...
Bo czyn ludu — nie piosenka —
To nie w herbie z mieczem ręka,
To nie ród imieniem świetny,
To nie pieśni próżny twór,
To nie buntu próżna mara,
To nie chmurny lot Ikara,
Gdzie zasługą upaść z chmur;
To nie na słońc, gwiazd granicy
Z kochankami mdlejąc latać,
Włosy splatać i rozplatać,
Tchnienie tracić w błyskawicy —
Ale twardo — ale jasno
Śród narodu swego stać;
Myślą bić — chorągwie rwać,
Świecić czynu tarczą własną;
W drogę — choćby niepowrotną,
Lecz ofiarną — naprzód twarzą!
Z piersi czystą — choć samotną,
Choć ją sztyletami rażą;
Z twarzą smętną — ale białą,
Chrystusową — choć zwiędniałą,
A ciągnącą lud do siebie
Niesłychanym bożym czarem:
Takim duchem i sztandarem
Być na ziemi — jest być w niebie!

*

A ty, jasny jakiś panie!
Bo cię nie znam, ale słyszę,
Słysząc twoje wierszowanie,
Że ktoś jak perłami pisze,
Że ktoś na kształt się proroka
Stawia ludziom — ale modny,
Jak historyk świata, chłodny,
Obejrzawszy glob z wysoka,
Swoje wiersze, gdyby cugi
Wysłał na świat równym kłusem
I napełnił wóz Chrystusem
Jak Owidiusz Faetonem;
I rozesłał swoje sługi,
Swe kolory — czcić pokłonem.

*

Honor myślom! z których błyska
Nowy duch i forma nowa!
Bo są światu, jak zjawiska,
Jak jutrzenka są różowa,
Jak ogniste meteory,
Stopom ludu podesłane
By gościńce Irydiane
Pielgrzymowi — a my do nich
Bierzem ogień i kolory,
I gwiazd dolatujem wschodnich.

*

Taką była dawniej dana
Poetyczna karm dla ludu —
Objawienie pełne cudu,
Myśl — jak mara niespodziana
Z piersi naszej wychodziła
Na kształt gwiazdy lub miesiąca,
Narodowi dźwiękiem miła,
Ludu sen wspominająca;
Czasem słońce, w półobłoku
Oczom wschodziła, rosła,
Czasem lekka — na potoku
W listku róży Sylf bez wiosła.
Jakaś siła niewidzialna,
Przez poetę na świat lana;
Wolna — jako anioł Pana!
Silna — jako skra zapalna.

*

Dziś co? — Każdy wieszcz z rozkazem,
Każdy patron — sam za sobą;
Nie z promieniem — lecz z wyrazem,
Nie duch-duchem — lecz osobą...
Kiedy gore świat cierpieniem,
Kiedy wzbiera czynu fala,
On się kładzie wstecz kamieniem,
Na ruch ludzki nie pozwala;
Chce zawrócić w stare łoże
Nowe fale — rzeki boże —
Do zbolałych serc nie wnika,
Czynu ludu nie ma w dłoni;
Ale w uszy formą dzwoni,
Albo dzwoni — albo syka.
Jego dźwiękiem, jego mową
Nie odetchnie pierś szeroka,
Nie pomyśli — jego głową,
Skier nie weźmie z jego oka!
Tylko z nędznej starej płachty,
Zamiast wieszcza — sztandar jego:
Krzyk: „Na Boga czerwonego!
Ty — kto jesteś? nie rznij szlachty!”

*

Któż i gdzie zagroził nożem?
Któż i gdzie ci stanął sporem? —
Możeś spotkał się z upiorem,
Z całym dawnym Zaporożem?
Możeś słyszał pochód głuchy,
Krzyki krwawe i namiętne
I księżyce nad krwią smętne,
I sokoły w mgle, jak duchy?
Może tobie zastąpiły
W poprzek twojej sennej stecki
Już nie duchy — lecz mogiły...
A ty zląkł się! Syn szlachecki!

*

Może tylko w noc półjasną
Jeden upiór nadlatywał,
Strzały sobie z ran wyrywał
I mgły — krwią czerwienił jasną.
Hełm rozpalił w błyskawicę,
Kurz podnosił purpurowy,
A zrąbane cztery głowy,
Niby perły zausznice,
Z twarzą nieznajomych plemion
Głowy trupie — niósł u strzemion...
A ty zaraz: — „W ręku kord!
W kosach przed nim cała wieś!
Duch ten — krzyczysz — jest to rzeź!
Duch ten — to czerwony mord!...
Nie mord — nie rzeź. — To z girlandy,
Co leciała ponad Lidą,
Jakiś sługa dziewki Wandy,
Jakiś złoty husarz z dzidą,
Jakiś krzyża kapłan świecki,
Z tęczy widzeń oderwany,
Znów powracał na kurhany...
A ty zląkł się?! Syn szlachecki!

*

Skądże w tobie taka trwoga
I od ludu rów, i przedział?
Prawdę mówisz?... Nie, na Boga,
Wiem, żeś prawdy nie powiedział!
Tylko jakieś sny czerwone,
Zaludnione czartów gminem,
Twych firanek karmazynem
Jak krew jasne — jak sen płone,
Pełne — mówię — mar szkaradnych,
Bez słońc — bez gwiazd — kwiatów żadnych,
Przestraszyły cię — żeś krzyknął;
„Stójmy tak! — na ojców kości!”
I twój anioł, już w przyszłości
Zabłyśnięty. — jak sen zniknął.

*

Jeszcze co? Ani zamachu...
Naród cały hasła czeka...
A krzyk pierwszy z ust człowieka
Był okropnym krzykiem strachu!...
Bo to sen na końcu pieśni,
Że magnaty kiedyś staną
Z wielką tęczą chorągwianą,
Otrząśnięci z wieków pleśni,
Z wielką myślą w sercu, w głowie,
Chatom — niby aniołowie;
Że bunt święty rozpłomienią,
Że świat cały od nich zgore...
W tych magnatach serce chore,
Proch im sercem i proch rdzenią!...

*

Kiedyś ze sto was tysięcy
Było szlachty z serc i z lica...
Dziś — jednegom znał szlachcica,
Kraj ich cały nie znał więcej!...
Jeden tylko serca męką,
Zamiarami, choć nie skutkiem,
Wielkim — cichym — dumnym smutkiem,
Pełną niegdyś darów ręką,
Smętną — wziętą z nieszczęść sławą
Był szlachcicem — i miał prawo...
Dziś — i ten nie został z wami,
Swej godności już nie trzyma...
Marą króla zgnił z królami,
Dziś go nié ma — i was nié ma!

*

Bądź-że mi weselszej cery,
Bo cię żywym być przymuszę...
Wygnaj z myśli Maryjusze,
Cezary i Robespiery.
Z komet, z meteorów cyfer
Czytaj przyszłość, wieszczu młody.
Nie bądź w przyszłą noc pogody
Jak ta gwiazda — psia — Lucyfer,
Gdy słoneczny wóz wyciąga,
Z morza wytknie łeb — po szyję,
I zła skrzy, i w oczy bije,
I bezsennym się urąga;
Bo my z bezsennego łoża
Wzrok rzucamy gorączkowy,
A ty łykasz — łyskiem noża,
Dziecko — lub zły duch — Jehowy,
Bo nam tworzysz buntu marę,
I w zrodzoną — rodzisz wiarę.

*

Ten, kto ojcu powie: Raka!
Ten przeklęty... Więc się bój!
Polski lud — to ojciec twój —
Zeń jak z cierniowego krzaka
Gotów znowu Bóg wybuchnąć,
Z wichrów uwić płaszcz i lice,
I na ciebie — jak na świecę —
Iść — i dalej pójść — i zdmuchnąć.

*

Więc się bój: — bo nie ja grożę,
Marny człowiek i twój brat...
Ale jakiś straszny świat
I widzialne światła boże,
Z mocą, z wichrem i z szelestem
Rzucające się na lud —
Strachy — które mówią: Cud!
Ognie — które szepcą: Jestem!

*

Więc się bój: — bo Duch się wdziera
Już podnosi góry, wieże.
„Słaby” — mówisz — „rzeź wybiera” —
A czy wiesz, co on wybierze?
Może ludów zatracenie —
Może nam przyniesie w dłoni
Komet wichry i płomienie,
W których drży król — matka roni —
Działa, wozy, hufce, konie
Ogień pali — ziemia chłonie...
A nikt z ruin nie korzysta,
Jeno wszczynający ruch,
Wieczny Rewolucjonista,
Pod męką ciał — leżący Duch.

*

Duch — Światło — Młodość
Orla i żywa
Niebo porywa,
Z Boga moc czerpie...
Nad nią — na sierpie
Z blasków księżyca,
Bogarodzica
W zorzy czerwonej,
Na wywróconej
Tęczy porannej.
A pod nią mgła
Z ognia i szkła
W grze nieustannej
Bałwany wznosząca,
By znieść ją z miesiąca,
Z gwiazdami złotemi.
Postawić na ziemi,
Ogłosić królową,
Piękność — z płomieniem w sercu —
[z gwiazdami nad głową.

*

Wyszła! wyszła zza obłoku,
Ludom się pokaże.
I na żniwie, i na toku
Ujrzą ją żniwiarze;
Cała w słońcach — cała w błyskach
Ludom się pokłoni,
Pastuszkowie przy ogniskach
Zaśpiewają o niéj!.
Ujrzą ją na łąkach trzody
I smętnie zaryczą,
Zadrżą drzewa — staną wody,
Sny z niej tęcz pożyczą.
Gwarząc zbiorą się włodarze
Z kosami na roli...
Bo się w sercach, w snach pokaże
Człowiek dobrej woli.

*

A tu niżej
Kilka krzyży,
Płacz namiętnych;
Pierś uciszysz —
A usłyszysz
Jęki — smętnych.
Zebrzydowscy
I Zborowscy
W czerwonych deliach;
Sny — martwice
I dziewice
W bladych kameliach.
Chór nadchodzi,
Zda się w łodzi
O brzeg trąca.
Nad smętnemi
Lampa ziemi,
Krąg miesiąca.
Zegar świata,
Ptak Piłata
Godzinę pieje.
Strach i nudnoście,
W grobach drżą koście,
Bez-duch — szaleje.
Duch uciska,
Mroczy i błyska,
Aż uzupełni
Wiek idący,
Bogiem błyszczący
Jak miesiąc w pełni.

*

We łzach, Panie, ręce podnosimy do Ciebie,
Odpuść nam nasze winy!
Niech będzie Twoja wola i na ziemi, i w niebie,
Przez nas — czyń Twoje czyny!
Niechaj się Twoje imię na wysokościach święci,
Niech się święci trzy razy!
Abyśmy już nie byli z ksiąg żywota wyjęci
Dla ran naszych i zmazy.
Wspomnij! cośmy cierpieli pod chłostą tych mocarzy,
A duchaśmy nie dali.
Nie poznaliby ojce naszych boleśnych twarzy,
Gdyby z grobowca wstali.
Gdybyśmy cierpieli mocno, wołaliśmy do góry
Jak gołębie: Nie ciśnij!
Duchy jak gołębice rozleciały się w chmury;
Zatrwóż! — Niech wrócą! — błyśnij!
W tej błyskawicy, Panie, obaczym się z daleka
Brat pozna swego brata; —
I wejdzie nieśmiertelność jako anioł w człowieka,
I staniem ludem świata!...

*

W takim hymnie, wieszczu, stój!
Bo pieśń taka pójdzie górą,
Nad podlejszych dusz naturą
Panująca. — Boży strój,
Do którego Bóg nagina
Wszystkie wieku tego struny,
Złączy dźwięki i pioruny,
Świat, co kocha i przeklina;
I błękitu rzuci tła
Przemienioną krwawość w światła.
Anioł się z aniołem zetrze,
Chrystus wyjdzie na ciał złamy
I z Chrystusem się spotkamy,
A spotkania plac — powietrze.

Autor: 
Słowacki Juliusz