Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Wolność w edukacji

Jedni z nich doświadczyli jawnej agresji społecznej wobec swoich przedsięwzięć jeszcze za życia, inni także po swojej śmierci. Nowator był zawsze po stronie wolności w edukacji, na której rozprzestrzenienie się nie mogło być przyzwolenia ze strony jego zwierzchników.

Friedrich W. A. Froebel (1772-1852) - niemiecki pedagog, teoretyk i czołowy kreator wychowania przedszkolnego o orientacji humanistycznej, zainicjował w państwie pruskim, które nie tolerowało instytucji wychowujących dzieci w duchu samodzielności myślenia i poszanowania ludzi, zreformowany typ placówki edukacyjnej dla najmłodszych, określanej mianem ogrodu dziecięcego (Kindergarten). Chciał, by dzieci czuły się w nim jak rośliny z pieczołowitością i troską pielęgnowane przez ogrodnika wychowawcę i od najmłodszych lat uczyły się tam samodzielności myślenia oraz umiejętności współżycia z ludźmi.

Niestety (na rok przed jego śmiercią) przedszkola te zostały zakazane w państwie pruskim. Froebel żalił się z tego powodu w liście do swojego przyjaciela Friedricha A. Diesterwega, wybitnego i postępowego pedagoga, który był dyrektorem seminarium nauczycielskiego w Berlinie. Ten jednak także został zwolniony z posady za postępową działalność w okresie poprzedzającym Wiosnę Ludów. W odpowiedzi na żal zawarty w liście Froebla, napisał:

Na pewno nadejdą takie czasy, kiedy miecze zostaną przekute na sierpy, a milionom ludzi przygotowanym obecnie do wojny i na mięso armatnie stworzone zostaną warunki do kształtowania stosunku człowieka do człowieka na zasadach prawdziwie ludzkich. Wtedy, mój drogi przyjacielu Froebel, wychowanie przekształci się w zgoła inne, wówczas i twój głos na pewno zaważy i sprawiedliwości stanie się zadość.

Celestyn Freinet jako młody nauczyciel w robotniczej dzielnicy Saint Paul de Vence, organizujący w swojej wsi ruch spółdzielczy, zachęcający mieszkańców do budowy dróg, unowocześniania środków produkcji, do elektryfikacji wsi, pełniący przez wiele lat funkcję sekretarza Ligi Obrony Praw Dziecka, społecznik i przewodnik dla tysięcy nauczycieli, stał się z racji swoich radykalnie humanistycznych poglądów i działań osobą niepożądaną. Przyjmując w swojej klasie wycieczki nauczycieli i wizyty pedagogów francuskich i zagranicznych stwarzał w pojęciu skostniałych władz administracyjnych zagrożenie spokoju i wygodnego życia. Mimo szerokiej dyskusji na tamach prasy, prowadzonej przez przyjaciół, Freinet został zwolniony z pracy pod pozorem złego stanu zdrowia.

Twórca jednej z alternatywnych, wolnych szkół w Wielkiej Brytanii, Aleksander S. Neill, uważał, że nie da się zmienić szkoły publicznej ze względu na jej koszarowy charakter, inercję samych nauczycieli i konserwatyzm nadzoru pedagogicznego. Kiedy po wizycie inspektorów szkolnych w jego placówce edukacyjnej (Summerhill) otrzymał zalecenie przeprowadzenia licznych usprawnień, odpowiadających ustalonym przez ministerstwo kryteriom, zapytał wizytatorów: Dlaczego setki ludzi przybywają, by zobaczyć Summerhill, a nie miejscową szkołę podstawową? Niestety, nie otrzymał na nie żadnej odpowiedzi, toteż skomentował to następująco: Nie daje się rozmawiać z ludźmi, którzy mówią innym językiem, niewłaściwymi ludźmi, maluczkimi urzędnikami o malutkich rozumkach. Myślę, że sama idea wolności jest szokiem dla ich malutkich duszyczek.

Niezwykle wyostrzony krytycyzm Neilla wobec nadzoru pedagogicznego wydaje się w pełni uzasadniony. Nie przeciwstawia się on tej grupie urzędników państwowych in abstracto, ale odwołuje się przy tym do własnych doświadczeń i kontaktów z nimi. Inspektor był złym egzaminatorem, który raczej starał się stwierdzić, czego nie wiemy niż wyciągnąć Z nas wszystko to, co wiemy. (...) Do dzisiejszego dnia mam kompleks inspektora. Niewiele się zmieniło w tym zakresie, skoro w istocie nadzór szkolny permanentnie odrzuca jakiekolwiek próby zredukowania jego prymarnej funkcji władczo-kontrolnej do wspierającej, doradczej. Już samo określenie nadzór pedagogiczny powinno być ze względu na swoją penitencjarną konotację wyeliminowane z powszechnego użytku na rzecz określenia wizytacja.

W przypadku edukacji lepszym określeniem byłoby doradztwo, ale wiązałoby się to z koniecznością reorientacji dotychczasowej funkcji egzekucyjno-represyjnej na wspierającą rozwój i funkcjonowanie edukacji szkolnej. Wówczas inspektorzy (wizytatorzy) musieliby wykazać się czymś więcej niż tylko znajomością prawa oświatowego. Łatwiej jest znaleźć przysłowiową dziurę w całym niż dostrzec pozytywne wartości czy kompetentnie coś doradzić. Od lat zatem relacje między nadzorem pedagogicznym a nauczycielami sprowadzają się do gry w "policjantów i złodziei".

Aleksander Neill zastanawiał się jednak, dlaczego w ogóle nauczyciele, jako grupa zawodowa, powinni tolerować inspekcje. Lekarze i prawnicy, ze swymi silnymi związkami zawodowymi, nie pozwoliliby sobie na coś takiego. To prawda, że nie są oni urzędnikami państwowymi podobnie jak nauczyciele, ale od czasu stworzenia systemu ubezpieczeń społecznych większość lekarzy zaczęta być opłacana z kasy państwowej i jestem pewny, że zwalczaliby wszelkie próby zrobienia z zawodu lekarza profesji podległej inspekcji. Ale Narodowy Związek Nauczycieli ma niską rangę, rangę konduktorów autobusowych. Należą do grupy zawodowej, która jest pozbawiona odwagi.

Jedyną odpowiedzią na prośbę o pomoc w uruchomieniu innowacji, którą otrzymują nauczyciele nowatorzy od swoich zwierzchników, jest mniej lub bardziej jawna odmowa. Przypomina to sytuację, kiedy klient przychodzi do fryzjera i na pytanie: - Jak ostrzyc? odpowiada: - Z tyłu nie ruszać, a z przodu -jak jest. Z podobną "troską" podchodzą do nauczycieli nowatorów przedstawiciele centralnego i terenowego nadzoru pedagogicznego, kiedy ci próbują wprowadzić do szkoły własne projekty reform edukacyjnych.

Czyż nie jest bowiem tak, że naładowany pomysłami innowacji w szkole nauczyciel, chcący nieco "przystrzyc" edukacyjne zło w postaci pozorowania przez niektórych nauczycieli pracy, wygodnictwa, fasadowości, nieposzanowania godności uczniów, lekceważenia podstawowych reguł kształcenia i wychowania itp., przychodząc do kuratorium spotyka się z odmową swojego nadzoru pedagogicznego, aby nie stwarzać precedensu i nie zakłócać spokoju wizytatorów, którzy musieliby się uczyć czegoś nowego?

Tym się różni szkoła samorządowa, wspólnotowa od szkoły typowo państwowej, że ta pierwsza rozbudza u swoich wychowanków i nauczycieli poczucie własnej wartości, a jednocześnie uczucia prospołeczne. Posłuszeństwo nie jest w niej uznawane za tak wielką cnotę, by za jego cenę wszyscy musieli tracić zdolność do przeciwstawiania się systemowi zła, przemocy czy zaniedbywania emocjonalności uczniów i ich życia duchowego. Swego czasu dyrektor szkoły średniej powiedział, że jego uczniowie mogą sami układać swój rozkład zajęć, i prasa podała to do publicznej wiadomości. Jego władze oświatowe uznały, że nie należy pochwalać tego typu innowacji.

Burzy się zatem Neill przeciwko systemowi klasowo-lekcyjnemu i budynkom podobnym do więzienia. W państwowej szkole praca skupia się głównie na nauce przedmiotów objętych programem nauczania. Obecność na lekcjach jest obowiązkowa; tumany z matematyki muszą siedzieć na lekcji i robić, co w ich mocy. W szkole musi panować dyscyplina i nie może być hałasu, ale przecież wolne dzieci robią wiele hałasu. Wszystko jest przeciw nauczycielowi budynki, brak przestrzeni do zabawy, uporządkowanie, a w rzeczywistości cały system edukacji.

Nie można też liczyć - zdaniem A. S. Neilla - ani na odwagę cywilną nauczycieli w dążeniu do zmian w szkole, ani też na świeżo dopływającą do szkół państwowych krew -absolwentów studiów nauczycielskich, którzy otrzymują wiedzę tak o wadach tradycyjnego modelu kształcenia, jak i o pedagogice reform. Alarmującą sprawą jest to, że nauczyciele, jako grupa, nie domagają się żadnych zmian w tym systemie. Młody nauczyciel rzucający wyzwanie systemowi stawia się od razu w niebezpiecznej sytuacji; powody, dla których tego nie robi, są głębszej natury. Tylko nieliczni potrafią pokonać własne uwarunkowania.

Ci, którzy już są w tych instytucjach zatrudnieni, jak i ich zwierzchnicy, strzegą za wszelką cenę swojego status quo, czyniąc szkołę bastionem nie do zreformowania. Tysiące studentów zdobywających zawód nauczyciela jest pełnych entuzjazmu w stosunku do swego przyszłego zajęcia. Rok po opuszczeniu murów uczelni siedzą w pokojach nauczycielskich przekonani, że wychowanie oznacza ujarzmienie i dyscyplinę. To prawda, że nie mogą ośmielić się na przeciwstawienie systemowi, bo zostaną wylani z pracy, ale nieliczni się na to odważają, choćby tylko w swych myślach.

Fałszywie pojmowany autorytet nauczyciela szkoły publicznej sprawia, że pedagodzy zamiast go pozyskiwać u swoich uczniów i ich rodziców, bez większego wysiłku wolą go sprawować z urzędu. Nauczyciele chcieliby być bożkami, chroniącymi się za swą wyniosłością. Obawiają się, że utraciliby swój autorytet, gdyby zachowywali się jak ludzie, a ich klasy zmieniłyby się w domy wariatów. Obawiają się porzucić swe obawy.

Neillowi żal jest nauczycieli, pracujących w tak skoszarowanym systemie szkolnym i poddawanych codziennym rygorom ubezwłasnowolniającym ich osobowość. W innych szkołach ludzi z inicjatywą i dobrych nauczycieli liczy się na legiony i powinno się ich szanować za niezwykły trud, jakiego od nich wymaga praca w krępującym ich działanie środowisku w szkołach mających często koszarowy charakter. Ja jednak uważam, że oni nie mogą mi niczego zaofiarować, ponieważ nie idziemy tą samą drogą: być może podążamy po równoległych traktach, które prawdopodobnie nigdy się nie przetną, gdyż oni pracują w szkole, a ja w samorządnej społeczności.

Nie miał jednak racji A. S. Neill, kiedy pisał: Nie jestem prorokiem, ale obawiam się, że postępowe szkoły z góry skazane są na zgubę. W końcu jego szkoła trwa po dzień dzisiejszy i ma się całkiem dobrze.

Nie mogą też narzekać twórcy niektórych polskich szkół niepublicznych, szkół autorskich, mających wolność wpisaną w swoją pedagogikę. Gorzej jest z tymi, którzy usiłują zmienić edukację w szkołach państwowych. Tam, nauczyciele-nowatorzy należą do tych nielicznych, którym udało się doświadczyć wolności w edukacji, a więc tego, czego nie są w stanie tolerować dominujący w ich strukturach ludzie zniewoleni. Czym jednak jest wolność pedagoga? Może zdolnością do bycia innym dla dobra bliźnich?

Chociaż matkę Jezusa rozpierała radość i duma z Jego odwagi do krytykowania faryzeuszy, wypaczeń Zakonu i bezsensownych przepisów, to jednak z powodu nasilającej się opozycji starszych, zgromadzonych wokół bożnicy, towarzyszył Jej nieodłączny lęk i niepokój o Jego dalsze losy. Podnosiły się głosy, że Jezus sprzeciwia się Tradycji, piętnuje kapłanów, gorszy młodzież - buntuje ją przeciwko Świątyni. Że przez Niego są niepobożni, cyniczni, nonszalanccy, bezczelni. Szeptem dodawano, że bluźni, złorzeczy. I to On - prostak nieuczony, syn cieśli! Ale w tych głosach oburzenia i zgorszenia wyczuwała fałszywą nutę. I chyba niebezpodstawnie mogła przypuszczać, że ich źródłem była zazdrość. Zazdrościli Jezusowi i zazdrościli Jego młodzieży. Czego? - pytała się sama siebie. Chyba wciąż tego samego: wolności. Tak Jezus, jak i uczniowie pozostający pod Jego wpływem, wyróżniali się spośród mieszkańców Nazaretu innością, tym, że oni po prostu byli wolni.

Czyż współcześni nam nauczyciele nowatorzy nie doświadczają podobnych dylematów?

Autor: 
Śliwerski Bogusław