Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Inna szkoła jest możliwa

Oski: Założyła Pani własną szkołę. Czy może Pani powiedzieć o kulisach jej powstania, gdyż jest to raczej sytuacja niecodzienna. Z reguły posyła się dziecko do szkoły państwowej czy też prywatnej, jak ktoś ma pieniądze, i uważa się to za sytuacje normalną, a nawet zdrową.

Katarzyna Meyer: Małe sprostowanie na początek: nie założyłam własnej szkoły, lecz byłam współinicjatorką grupy liczącej około ośmiu osób, która przez trzy lata wspólnie pracowała nad projektem nowej szkoły. Wszyscy robiliśmy to dla naszych dzieci, ale motywy były bardzo różne. W moim przypadku było to własne doświadczenie szkolne. Byłam szeroko zainteresowanym samoukiem i szkoła była mi wprawdzie czasami w tym pomocna, ale najczęściej odczuwałam ją jako stratę cennego czasu, w którym mogłabym szukać dalszych odpowiedzi na palące mnie pytania. Uczenie się dla stopni, tak często spotykane w zwyczajnej szkole, było dla mnie nie do przyjęcia. Z jednej strony robiło się w ten sposób z siebie samego oraz nauczycieli "głupka", grało "farsę", która nikomu do niczego nie była przydatna, a z drugiej strony odbierałam to jako poniżenie wiedzy i poruszanych tematów. Nauka, czyli żar serca, zmieniały się w takich warunkach do "kupnego" towaru. Po przyjściu na świat moich dwojga dzieci byłam świadkiem ich nauki, czyli odkrywania świata na co dzień i nie widziałam powodu, aby po siedmiu latach pełnych sukcesów ingerować w ten proces na sposób tradycyjnej szkoły.

Mieszkam już od kilkunastu lat w Kilonii na północy Niemiec. W naszym mieście istniały 4 rodzaje szkół podstawowych - zwykłe szkoły państwowe, prywatna szkoła dla bardzo dobrze usytuowanych rodziców, prywatna szkoła chrześcijańska oraz prywatna szkoła typu "Waldorf", czyli z pedagogiką Rudolfa Steinera. Żadna z nich nie odpowiadała moim wyobrażeniom o miejscu dla dzieci, które stało by do ich dyspozycji, do zaspokojenia ich indywidualnych zainteresowań, bez ograniczeń w czasie i wieku. W literaturze pedagogicznej i w internecie znalazłam opisy pedagogów z podobnym nastawieniem (Janusz Korczak, Maria Montessori, Celestyn Freinet, Alexander Neill, Rebeca Wild i inni) oraz adresy szkół pracujących według ich myśli. Wraz z mężem odwiedziliśmy kilka z nich, ale wszystkie były daleko stąd, nie mieliśmy zamiaru się przeprowadzać.

Pozostało więc jednOski: spróbować naszego szczęścia z nową szkołą. Nie mieliśmy nic do stracenia, mogliśmy tylko wygrać, albo szkołę albo doświadczenie. Zdobyliśmy i jedno i drugie. Przedstawiam je w internecie na stronie www.naukajestodkrywaniem.de .

Oski: Czy taka niezależna edukacja nie jest kosztowniejsza?

Katarzyna Meyer: Tutejsze szkoły prywatne podnoszą czesne od rodziców, w Kilonii są to koszty w wysokości "rodzinnego", przypadających na każde dziecko co miesiąc 153 Euro. Te opłaty nie pokrywają kosztów szkoły, ale państwo dokłada po trzech latach jej istnienia do 80 procent kosztów przypadających na uczniów podobnych placówek państwowych. Jak wszyscy płacimy przecież podatki na oświatę i należą nam się takie same dopłaty do nauki dzieci, jak i w szkołach państwowych.

Jakie koszty ponosi szkoła zależy od jej prowadzenia, planów finansowych, podjętego kredytu lub zaniechania go, wielkości placówki, budynku i ilości uczniów. W przypadku małej szkoły prywatnej z zaangażowanymi rodzicami wiele wydatków można oszczędzić poprzez własną pracę z dziećmi: nad budynkiem, ogrodem, materiałami, sprzątanie przez rodziców, itp. Pierwsze szkoły alternatywne zaczynały pracę nierzadko w barakowozie lub prywatnym mieszkaniu.

W naszej szkole pracują z dziećmi rodzice i nauczyciele, pierwsi robią to w "czynie społecznym", bez honorarium. Każdy może wystąpić z propozycją zorganizowania wycieczki do ciekawych miejsc, takich jak straż pożarna, muzeum, pływalnia, stolarnia czy kuźnia. Wielu z nas prezentuje w szkole własny zawód lub hobby, jak szycie, garncarstwo, tkanie czy pielęgnowanie roślin.

Oski: Edukacja alternatywna, oparta na wsłuchiwaniu się w dziecko, dawaniu mu swobody rozwoju, budzi pewien niepokój społeczny... nawet wśród niektórych działaczy społecznych dziecko traktowane jest jak rodzaj diabła. Zaś konserwatywni intelektualiści mówią, że jest to koncepcja bardzo miła, ale nie bierze pod uwagę tego, jaki jest człowiek, a jest on zły i okrutny, dlatego trzeba trzymać nad nim bicz. I czasem, gdy myli dobro ze złem; stosować.

Katarzyna Meyer: Niektórzy ludzie słysząc o swobodnym rozwoju dzieci wyobrażają sobie chaos i bezprawie, ale to nie jest celem pedagogiki alternatywnej. Swobodny rozwój oznacza po prostu otwarcie dzieciom możliwości wyboru działania, odrzucenie odgórnego planu i dyrektyw, czym powinny się interesować. Podobnie jak przyznajemy osiemnastolatkowi prawo wyboru zawodu i pytamy go, co chciałby robić w życiu, takie samo prawo przyznawane jest dziecku w każdym wieku i nie narzucamy mu, kiedy, czym, z kim i jak długo ma się zajmować.

Nie ma to jednak nic wspólnego z tym, że dziecku jest wszystko wolno. Nadal wytyczamy mu w domu i w szkole granice dozwolonego zachowania, chociaż ani u nas w domu, ani w szkole nie stosujemy kar cielesnych czy psychicznych do tego celu. Tego typu metody przypominają mi raczej średniowiecze. Gdy dorosły, znajomy czy partner w związku małżeńskim, przekracza ustalone granice, spóźnia się na przykład na ustalone spotkanie, czy uważamy to z powód do ukarania go? Dla większości z nas byłby to powód do zapytania o przyczynę, a jeśli nie uznalibyśmy jej za dostateczną do usprawiedliwienia i wybaczenia tego zachowania, szukalibyśmy możliwości powiedzenia tego naszemu partnerowi i dania mu do zrozumienia, że oczekujemy poprawy. W przypadku powtarzania się takiego zachowania wyciągnęlibyśmy konsekwencje, na przykład odmówilibyśmy spotkania z tego powodu. W ten sam sposób podchodzimy do naszych dzieci.

Wytyczanie granic tego, co akceptujemy i czego nie, jest oparte przede wszystkim na dobrej komunikacji, długotrwałej wzajemnej wymianie naszych myśli, pragnień i uczuć. Jeśli siedzimy z rodziną przy stole i jemy kolację i jedno z dzieci ma nieodpartą ochotę na śpiewanie piosenek na całe gardło, nie pasuje to do danej sytuacji (chyba, że akurat wszyscy jesteśmy w takim nastroju). Zwracam więc dziecku grzecznie na to uwagę, tak samo jak bym to powiedziała również zaproszonemu gościowi, który nie zna obowiązujących w naszym domu zasad.

Takie zwrócenie uwagi nie zadziała jednak, jeśli dziecko przy kolacji głośno krzyczy, bo skaleczyło się właśnie w palec. To rozróżnienie wydaje się oczywiste, ale w praktyce wielu z nas dorosłych nie zadaje sobie trudu w konkretnej sytuacji z dziećmi na zastanowienie się, co jest przyczyną danego zachowania. Często zdarza się, że zwracamy dzieciom uwagę i prosimy je na przykład o spokojne siedzenie przy stole i dziwimy się, że dzieci nie reagują na nasze prośby. Gdybyśmy postawili sobie pytanie, ile ruchu miały nasze dzieci danego dnia, może udało by nam się zauważyć, że ich pragnienie ruchu jest właśnie tak silne, że nasze nawoływania nie mogą w tym momencie wiele zdziałać. Na przyszłość możemy wyciągnąć z tego doświadczenia dla nas wnioski i zadbać o to, aby dzieci miały okazję do wyszalenia się przed kolacją.

Wiele naszych problemów we współżyciu z dziećmi wynika z braku z naszej strony prawdziwego zainteresowania i szacunku dla ich potrzeb. Często z niewiedzy lub braku czasu. Typowym przykładem jest u wszystkich dzieci przynajmniej do lat dziesięciu ogromna potrzeba kontaktu z ukochanym rodzicem, najczęstszym chyba zdaniem mniejszych dzieci jest prośba " mamo, zobacz!". Jeśli nie zaspokoimy tej potrzeby dzień po dniu, przez kilka lub kilkanaście lat, głód naszych dzieci bycia widzianym z zainteresowaniem przez dorosłych staje się tak palący, że skłania on dzieci do wielu trudnych dla nas do wytrzymania zachowań, jak bycie marudnym, głośnym, nieporadnym, nawet do umyślnego przekraczania granic tylko w celu osiągnięcia tak upragnionej uwagi dorosłego.

Jeśli już nie mogą dostać pozytywnej uwagi, to wymuszają w ten sposób przynajmniej negatywną. To bardzo smutna sytuacja.

Proste stwierdzenie w takiej sytuacji "dziecko jest niegrzeczne" i nawoływanie do dyscypliny nie przyniesie na dłużej żadnej ulgi, poza chwilową walką i możliwym pokonaniem dziecka przez silniejszego dorosłego.

Zamiast walczyć z takimi symptomami u dziecka moglibyśmy potraktować poważnie jego próby nawiązania kontaktu z nami i wziąć inicjatywę w nasze ręce, aby stworzyć możliwości konstruktywniejszych rozwiązań, na przykład powiedzieć dziecku " dzisiaj chcę spędzić pół godziny tylko z Tobą, nie będę zajmowała ani myślała o niczym i nikim innym w tym czasie, kiedy miałbyś na to ochotę, może po obiedzie? Jutro też się z Tobą umówię"

Mimo to nawet niektóre tzw. fachowe porady dla rodziców idą w przeciwnym kierunku. Typowym przykładem jest pytanie "moje dziecko nie słucha mnie i nigdy nie pomaga mi, gdy je o to poproszę" i odpowiedź "więcej dyscypliny i konsekwencji". Gdybyśmy jednak tą samą sytuację z dorosłymi osobami zobaczyli, czy odpowiedź była by taka sama? Jeśli moja przyjaciółka przychodzi do nas w odwiedziny i pełna smutku opowiada "wiesz, mój mąż już od dawna nie robi tego, o co go poproszę, nawet nie słucha tego, co do niego mówię, chowa się za gazetą lub wychodzi do biura...", nikt nie wpadłby chyba na pomysł, aby jej taką samą radę dać, "więcej dyscypliny!" . Każdy z nas widzi przecież, że to jest problem w związku między tym dwojgiem, że jej mąż ma jakieś powody, aby się tak zachowywać i trzeba nimi się zająć. Oznacza to pracę nad związkiem, a nie wychowywanie męża.

Gdybyśmy w ten sam sposób podchodzili do naszych dzieci, gdybyśmy pielęgnowali nasze związki z nimi, troszczyli się o ich samopoczucie jak o najlepszych przyjaciół, nie przyszło by nam na myśl zastosowanie przemocy fizycznej czy psychicznej. Przemoc rodzi tylko przemoc, na zasadzie "silniejszy ma rację". I jej efekty widać parę lat później w zachowaniu nastolatków, którzy według tej samej zasady działają.

Oski: Rodzi się pytanie, czy skoro egzaminy są państwowe, to czy i tak państwo nie kontroluje edukacji dzieci, nie ingeruje w wolność? Jak się ma państwowy program nauczania do programu wolnej szkoły?

Katarzyna Meyer: W przypadku edukacji domowej w Polsce przepisy szkolne oddają odpowiedzialność za ustalenie warunków sprawdzania postępów w nauce dziecka w ręce dyrektora danej szkoły. Oznacza to z jednej strony, że rodzice są w tym wypadku zależni od dobrej woli przypadającego im urzędnika, ale jednocześnie pozwala to na wynegocjowanie indywidualnych warunków. Wiele zależy od tego, na ile rodzice będą potrafili przekonywująco przedstawić swoje wyobrażenia i w praktyce udokumentować je tak, aby również dyrektor mógł z nimi żyć. Myślę przy tym na przykład o prowadzeniu dziennika przez rodziców, w którym każdego dnia notowane są zajęcia naszych dzieci, czym się zajmowały i w jaki sposób. W nim można opisać i zamieścić fotografie wycieczek do interesujących miejsc, zmieniające się tematy, którymi zajmują się dzieci, ich lektury, rodzaj gier, stosunki społeczne, pracę w domu i ogrodzie, ze zwierzętami, rękodzielnictwo, itd.

Oprócz takiej praktycznej dokumentacji ważne dla mnie byłoby dokładne przedstawienie teoretycznych podstaw naszego działania, zarysowanie myśli pedagogicznych bardziej znanych pedagogów reformatorskich, stosowanych materiałów naukowych (np. drukarnia Celestyna Freineta czy materiały matematyczne Marii Montessori), dotychczasowych doświadczeń szkolnych placówek tego rodzaju oraz aktualnych wyników badań psychologicznych, biologicznych i neurofizjologicznych na temat rozwoju dzieci. Ta podbudowa da nam argumenty na rzecz oparcia nauki na praktycznym działaniu dziecka, zrezygnowaniu z przekazywania encyklopedycznej wiedzy w suchych wykładach, bez połączenia z doświadczeniem życiowym dziecka, do wspólnego poszukiwania odpowiedzi na kolejne pytania stawiane przez dziecko zamiast odgórnych planów zajęć aplikowanych dzieciom niezależnie od ich aktualnej sytuacji życiowej.

W rozmowach w ministerium na temat naszej szkoły (www.freie-schule-selent.de) było dla nas bardzo ważne ustalenie czasu jej trwania na dziesięć lat. Indywidualny tok nauczania dla każdego dziecka wymaga innego wymiaru czasu do osiągnięcia porównywalnych do tradycyjnych placówek wyników. Cele zawarte w planach szkolnych nie były stawiane przez nas w wątpliwość, umiejętność czytania, pisania i liczenia, jak również kompetencje socjalne, wiedza o kraju i dalszych sąsiadach i inne są dla nas ważne. Obok nich jednak dajemy dużo większą wagę umiejętnościom praktycznym, artystycznym, społecznym i sportowym. Są one dla nas ważniejsze, bo są podstawą dla pełnego rozwoju dziecka - fizycznego, emocjonalnego i umysłowego.

Odbiegamy więc w sposobie realizowania postawionych celów. W tradycyjnych szkołach dzieci są nauczane, u nas uczy się każde dziecko samo lub w małej grupie, zazwyczaj przy pomocy praktycznych materiałów, we własnym tempie, na własny sposób i na temat, który je właśnie interesuje. Jeśli dane dziecko jest zafascynowane sportem i przez cały dzień chce się poruszać, biegać, wspinać się, grać w piłkę i pływać, umożliwiamy mu to w miarę możliwości. Doświadczenia w ramach takiego podejścia do dzieci pokazują, że żadne dziecko nie pozostaje przez dziesięć długich lat przy jednym zajęciu, prędzej czy później zaciekawia się kolejnymi dziedzinami. Może było w wakacje w górach i zainteresowało się geologią, może muzyką lub filmografią francuską. Przy przygotowaniach do samodzielnie wymyślonego przedstawienia teatru szkolnego potrzebne są różnorodne umiejętności, poczynając od malowania, szycia, wymyślania historii, wyliczenia ilości potrzebnej farby, planowania następnych kroków w grupie, aż do czytania i zapisywania tekstu swojej roli.

Dopiero w wieku szesnastu lat nasi uczniowie będą mogli po raz pierwszy poddać się formalnemu egzaminowi organizowanemu przez nauczycieli. Do tego czasu ich postępy w nauce kontrolowane są w praktycznym życiu. Każdy widzi sam, czy potrafi prosto wbić gwóźdź w deski i zbudować samemu upragniony karmnik dla ptaków, czy udał mu się latawiec, czy przepłynął jedną czy więcej długości basenu, czy potrafił zagrać na pianinie ulubioną piosenkę, czy potrafi napisać list do kolegi, znaleźć w książce kucharskiej receptę na ulubione kakao i ugotować je w kuchni szkolnej dla siebie i przyjaciół.

Te wszystkie przeżycia dokumentowane są przez nauczycieli i prezentowane regularnie rodzicom oraz urzędnikom szkolnym w razie potrzeby.
Również rodzice przekazują do szkoły regularnie, czym zajmują się dzieci w domu, aby nauczyciele mogli aktualnie potrzebne i ciągle zmieniające się przyrządy, książki i inne materiały szybko przygotować i udostępnić uczniom.

Oski: Na ile alternatywna edukacja może zastąpić państwową, czy zawsze będzie tylko alternatywą, marginesem?

Katarzyna Meyer: To zależy od tego, co uważamy za alternatywę. W Holandii, gdzie już na początku dwudziestego wieku został zniesiony państwowy monopol na edukację, 70 procent szkół jest obecnie w rękach prywatnych. Nie oznacza to oczywiście alternatywnej edukacji, życzeniem wielu rodziców jest tylko trochę lepsza szkoła, może trochę milsza, trochę mniejsza, lepiej wyposażona czy z mniejszymi klasami. Jak w każdej innej dziedzinie wolnego rynku oczekiwania klientów, czyli rodziców i uczniów, określają, co się "sprzedaje". Nie widzę też powodu, aby
uszczęśliwiać kogokolwiek na siłę.

W krajach anglosaskich, gdzie już od dłuższego czasu istnieje tradycja homeschooling, czyli nie posyłania dzieci do żadnej instytucji i zamiast tego umożliwienie im domowej nauki, ilość takich rodzin utrzymuje się już od kilkunastu lat przy stałych 3, 4 procentach ludności.

Możliwości pracy szkoły i jej podobnych organizacji jest wiele, jak również nauki w innych ramach, to właśnie ich różnorodność oraz ogólna dostępność zapewnia zaspokojenie często bardzo odmiennych życzeń i znalezienie dokładnie tego, z czego jest się na dłużej zadowolonym. Zanim osiągnie się taką strukturę szkolnictwa konieczne są starania wielu grup, pojedynczych rodziców oraz nauczycieli w tym kierunku.

Oski: Spotykane są sytuacje, że prawo do edukacji jest zmieniane w obowiązek. Dzieci, które nie uczęszczają do państwowych szkół czasami kończą w więzieniu. Stwarza się problemy tym co chcą kształcić dzieci po swojemu. Dlaczego istnieje tak silny opór państwa wobec alternatywnej edukacji?

Katarzyna Meyer: Polskie przepisy szkolne umożliwiają już od ponad dziesięciu lat zatrzymanie dzieci w domu przez rodziców. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie www.edukacjadomowa.piasta.pl . Również zakładanie szkół prywatnych lub niepublicznych jest dozwolone i odbywa się już od kilku lat. Myślę, że w związku z tym nie można mówić o silnym oporze państwa wobec alternatywnej edukacji, może tylko o braku zdecydowanego poparcia?

Problemy na co dzień wynikają wydaje mi się bardziej z braku doświadczenia u zaangażowanych osób oraz pojedynczych urzędników odpowiedzialnych za praktyczne wprowadzenie tych przepisów w życie. Nie dziwi mnie to jednak, nasza generacja wyrosła przecież w czasach monopolu państwowego w każdej dziedzinie życia społecznego i pozostałości tego podejścia nadal są częścią naszego doświadczenia. Oddanie władzy i odpowiedzialności za wykształcenie i wychowanie dzieci w ręce rodziców, jak również jej pełne przejęcie przez takowych budzi oczywiście wiele lęku i jest wyzwaniem dla światopoglądu wielu osób.

Mimo to rozwija się tego rodzaju działalność, w Poznaniu istnieje nowy związek, przedstawiony w internecie pod adresem www.edukacja-domowa.pl , we Wrocławiu pracuje już od kilku lat alternatywna szkoła prywatna, w Krakowie na UJ prowadzone są przez Jerzego Lackowskiego wykłady pod tytułem "Jak założyć własną szkołę?" i przykłady takich inicjatyw i rosnącego zainteresowania wśród społeczeństwa można by jeszcze dalej rozwijać.

Jestem zwolenniczką filozofii starych chińskich myślicieli, którzy pisali (w swobodnym tłumaczeniu) "Na drodze do postępu nie trać czasu na walkę z negatywnym, wkładaj swój czas i siłę w tworzenie pozytywnego."

Oski: Obecnie mówi się w Polsce o kryzysie wychowania, o zezwierzęceniu młodych ludzi. Rząd postanowił powołać nawet specjalny Instytut, który miałby nauczać i kształtować młode pokolenie. W tym kontekście mówi się, że jeśli się nie naucza odpowiednio to społeczeństwo rozpada się, przestają obowiązywać normy moralne, że dzieci trzeba kształtować. Jak by Pani skomentowała te poczynania?

Katarzyna Meyer: Hm, przytoczę znany cytat: "Wychowywanie dzieci jest beznadziejnym przedsięwzięciem, one i tak naśladują nas we wszystkim" .
Oczywiście kształtujemy dzieci na każdym kroku poprzez otoczenie, w którym żyjemy oraz poprzez to, jacy jesteśmy. W tym sensie myślę, że każdy "wychowawca" dzieci powinien zacząć od dawania dobrego przykładu, przy tym nie w prawieniu kazań, lecz we własnym zachowaniu. Już od dawna znany jest skecz, w którym ojciec do dziecka mówi "nie klnij, do jasnej cholery".

To nie jest łatwym zadaniem dla nikogo z nas i czasem jest łatwiej zwalić winę na najmłodszych i użalać się nad ciężkim losem dorosłych zamiast pokazać palcem na siebie samego i zmienić własne zachowanie. Czasami nie pozostaje też nam nic innego, jeśli jesteśmy wobec siebie samych szczerzy, niż przyznanie się do popełnionych błędów i zaakceptowanie ich konsekwencji.

To my dorośli mamy wpływ na środowisko, w jakim żyjemy i w naszych rękach leży odpowiedzialność za wpływ, jaki wywieramy na najmłodszych. Jeśli nasze związki z nimi są trudne i nie odpowiadają naszym oczekiwaniom, leży to w naszej mocy, aby je przynajmniej trochę zmienić. Ale nie poprzez udawanie nieomylnych. Duński psycholog i terapeuta rodzinny Jesper Juul napisał kilka pięknych książek na ten temat. Zostały one na kilka języków już przetłumaczone, ale nie wiem, czy również na polski.

Autor: 
Meyer Katarzyna