Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Czerwony maj 1968

Prawie niezauważenie przemknęła przez media głównego nurtu czterdziesta rocznica wydarzeń maja 1968 r. Stało się tak pomimo – a może właśnie z powodu – istotnych podobieństw pomiędzy sytuacją w przededniu tamtego wielkiego wybuchu społecznego niezadowolenia a sytuacją dzisiejszą. Tak na początku 1968 r., słyszymy dziś zewsząd przenikliwe analizy mówiące o zakończeniu epoki rewolucji i dezaktualizacji wszelkiej lewicowości, o negatywnej roli związków zawodowych i o bezsensie kwestionowania podstawowych atrybutów kapitalizmu.

Maj 1968 przyszedł całkowicie nieoczekiwany. Nie przewidziało go ani zapatrzone w ZSRR kierownictwo Francuskiej Partii Komunistycznej, ani reformiści z Partii Socjalistycznej, ani też żadna z działających na politycznym marginesie niewielkich grup powołujących się na trockizm (czy inne odłamy lewicowej myśli politycznej). Strajk generalny miał miejsce w momencie, gdy klasa robotnicza jako siła społeczna została przez oficjalną lewicę właściwie odesłana na śmietnik historii, zaś rozmaitej maści „lewica alternatywna” zajęta była w najlepszym razie rozważaniami nad wynalezieniem nowej taktyki, zastępującej marksistowskie „anachronizmy”.

Tymczasem od czasów XIX wieku Francja doświadczała praktycznie nieprzerwanego rozwoju przemysłu, co oznaczało gruntowne zmiany w społecznej strukturze. Robotnicy, mniejszość jeszcze za czasów Komuny Paryskiej, teraz stawali się najpoważniejszą liczebnie siłą. Kapitalistyczna logika masowo zmuszała niedawnych chłopów oraz drobnomieszczan do sprzedaży swojej siły roboczej. Rozmieszczenie przemysłu w kraju sprzyjało tworzeniu się wielkich skupisk pracowników, gdzie tradycja dawnych walk o prawa robotników była żywa i kultywowana. Okres dzielący rok 1968 r. od poprzednich wielkich wystąpień pracowniczych był zatem nie tylko okresem przyrostu liczebnego pracowników, ale i okresem rozwoju ich świadomości.

Zaczęło się od protestów studenckich. 22 marca 1968 grupa przedstawicieli radykalnych grup lewicowych oraz popierający ich studenci zajęła gmach administracyjny uniwersytetu Paryż – Nanterre i zorganizowała spotkanie poświęcone nierównościom klasowym w ówczesnej Francji. Wydawałoby się, standardowe wydarzenie w kraju, gdzie studenci należą do najbardziej radykalnie nastawionych grup społecznych. Gaullistowska administracja zareagowała jednak represjami niewspółmiernymi do wagi spotkania. Chociaż studenci zakończyli dyskusję publikacją krótkiego (i zredagowanego względnie spokojnie) manifestu, policja otoczyła budynek, a organizatorów spotkały sankcje dyscyplinarne. To jedynie zaogniło sytuację. Kwiecień minął pod znakiem konfliktu między społecznością studencką a władzami uczelni, zaś 2 maja ogłoszona została decyzja niemal bezprecedensowa – zamknięcie uniwersytetu.

Dzień później studenci na nowo zaczynają protestować. 6 maja dwudziestotysięczny pochód maszeruje pod Sorbonę, buduje barykady w Dzielnicy Łacińskiej, dochodzi do starć z policją. Jest kilkuset aresztowanych i wiadomo już, że na tym się nie skończy. UNEF, największy francuski związek studencki, ogłasza pod Łukiem Triumfalnym swoje trzy postulaty: wypuszczenie aresztowanych i umorzenie postępowań, opuszczenie przez policję budynków uczelni oraz jej ponowne otwarcie. Prawicowy rząd nie ma zamiaru ustąpić; co więcej, stara się drogą dezinformacji zniszczyć studencką solidarność. Jedynie co osiąga, to intensyfikację napięcia.

10 maja Dzielnica Łacińska staje się areną regularnych starć ulicznych, jest kilkaset rannych. Determinacja obydwu stron jest ogromna, ale sympatia społeczeństwa jest po stronie studentów. Pracownicy francuscy dostrzegają słuszność ich postulatów, zresztą uczniowski protest przeciwko społecznym nierównościom to wyartykułowanie tego, co już od dawna chodziło po głowie robotnikom całego kraju. PCF odcina się od strajkujących, nazywa ich na łamach Humanité fałszywymi rewolucjonistami (w końcu są wśród nich reprezentanci kilku krytycznych wobec ZSRR nurtów politycznych). Zbiurokratyzowane centrale związkowe, CGT i Force Ouvrière, początkowo ogarnia konsternacja. Biurokraci nie wiedzą, co robić – decydują za nich doły organizacyjne. Pod ogromnym naciskiem szeregowych członków związków zawodowych obydwie organizacje w końcu decydują się na deklarację poparcia dla studentów i wezwanie do strajku generalnego.

13 maja autorzy teorii o upadku klasy robotniczej mogą jedynie nie dowierzać własnym oczom: milion pracowników francuskich, reprezentantów wszystkich grup zawodowych, maszeruje ulicami Paryża. Wobec takiej demonstracji siły rząd ma tylko jedno wyjście – premier Pompidou pośpiesznie ogłasza, że postulaty spod Łuku Triumfalnego będą niezwłocznie zaakceptowane. Tylko że w ciągu kilkunastu dni w świadomości francuskich pracowników zaszła zasadnicza zmiana. Oni dalej walczą o swoje prawa i o swoją przyszłość. Wybucha fala strajków. Stają zakłady Renaulta w Rouen, Flins i Boulogne, Sud Aviation w Nantes, po nich zatrzymują się kopalnie, transport, energetyka... w Paryżu powstaje 401 spontanicznych klubów politycznych, a liczba protestujących rośnie z dnia na dzień: 16 maja jest ich 200 tys., po tygodniu – dziesięć milionów. To 2/3 całej francuskiej siły roboczej. Protestują najbardziej pasywne społecznie środowiska – w końcu nawet personel badawczy paryskiego obserwatoium astronomicznego zawiesza pracę. Strajkujący dają fenomenalny przykład samoorganizacji, tworzą komitety samopomocy, solidarnie wspierają się finansowo. Z powodu strajku dziennikarzy nie nadaje telewizja, zaś gazety zamiast oświadczeń rządowych publikują odezwy propracownicze.

Ruchowi masowemu zabrakło jednak jednego – kierownictwa. Stroną najbardziej zdumioną całym obrotem sprawy była francuska lewica. Nikt nie umiał dokonań błyskawicznego rozeznania w sytuacji i poprowadzić ruchu masowego do zwycięstwa. Zawiodła PCF, zawiodły małe lewicowe organizacje, dotąd tak bojowe w słowach, zawiodły związki zawodowe. Liderzy CGT liczyli na to, że manifestacja z 13 maja będzie jednorazowym wyładowaniem gniewu ludu i widząc, że stało się wręcz odwrotnie, uciekli się do znanej biurokratycznej strategii – pozornego realizmu i manewrów. Wołali zatem: żadnej kontroli pracowniczej nad zakładami, a już na pewno – krytyki rządu i prezydenta. Tym samym usiłowali skanalizować ruch w kierunku standardowych żądań podwyżek. Doprowadziło to do fatalnej w skutkach dezorientacji. Robotnicy nie potrafili sami przygotować dla siebie strategii, nie są w stanie nazwać ultymatywnego celu, ale czuli, że to, co uzyskała biurokracja związkowa drogą negocjacji, to nie wszystko, co można było wywalczyć. Samo odczucie jednak nie wystarcza, by pójść dalej. Tu potrzebny byłby plan działania, analiza, wiedza – których nie było.

26 maja CGT podpisuje z ministerstwem polityki społecznej „porozumienie z Grenelle” o podwyżce płacy minimalnej o 25% i 10% dla pozostałych zatrudnionych. Jest to realizacja wszystkich pracowniczych żądań, jakie pojawiały się w czasie wcześniejszych, łamanych przemocą strajków. To kolejny dowód na to, że w celu uzyskania należnych praw od kapitalistycznych rządów, pracownicy muszą pokazać im swoją siłę. W takich wypadkach rządy, ustępując, liczą na uspokojenie i oddalenie od siebie niebezpieczeństwa upadku. Ale w maju 1968 r. robotnicy odrzucają taką możliwość. Dzień później 50 tys. robotników i studentów w Paryżu żąda ustąpienia rządu; gdy sekretarz generalny CGT czyta zbuntowanym pracownikom Renault listę ustępstw, żegnają go okrzyki „Chcemy rządu ludowego!”. A 30 maja, gdy policja oczekuje manifestacji zarejestrowanej na 50 tys. uczestników, na ulicach zjawia się półmilionowy tłum, wołający: Żegnaj, de Gaulle!

Pracownicy pokazali swoją siłę, wpędzając prawicowy gabinet w panikę. Jednak po pierwszej fazie szoku kontrrewolucja też zaczyna się zresztą organizować – formuje się Komitet Obrony Republiki, zrzeszający przerażonych, lecz zdeterminowanych przedstawicieli klas średniej i wyższej, pragnących „bronić demokracji”. Charles de Gaulle, wyraziciel interesów klasy kapitalistów i zarazem najlepszy symbol ich zmieniającego się stosunku do wydarzeń majowych kolejno udaje obojętnego, wpada w panikę i odzyskuje pewność siebie. Prezydent, czując za sobą poparcie posiadaczy i części klasy średniej, początkowo ostentacyjnie kontynuuje swoją wizytę w Rumunii. Następnie wraca, nie kryjąc swojego przerażenia. W dalszej kolejności potrafił jednak dokonać tego, czego nie mogli dokonać pracownicy – trzeźwej oceny rzeczywistości. Burżuazja dochodzi zatem do wniosku, że ruch jest potężny, ale nie ma liderów, a zdradzony przez PCF i związki zawodowe może zostać zwyczajnie wymanewrowany. Od tego momentu de Gaulle w przemówieniach nie daje po sobie poznać, że los francuskiego państwa kapitalistycznego był niepewny jak nigdy po II wojnie światowej. Grozi wykorzystaniem wojska do pacyfikacji wydarzeń (choć nie mógł wcale liczyć całościowo na armię) i wzywa robotników do powrotu do pracy. Równocześnie zwodzi pracowników, udaje, że chce porozumienia. Państwowa maszyneria równolegle uderza w osoby uznawane za niebezpieczne (nie zawsze słusznie) i pozornie ustępuje; jak wtedy, gdy Zgromadzenie Narodowe uchwala amnestię dla uczestników wydarzeń w Dzielnicy Łacińskiej. Wreszcie burżuazja stosuje manewr jeszcze bardziej zdecydowany, aczkolwiek przerabiany wielokrotnie: prezydent rozwiązuje Zgromadzenie Narodowe i ogłasza nowe wybory.

Manewr ten w warunkach francuskich ma znaczenie podwójne: z jednej strony kanalizuje on ruch w stronę parlamentarnych, połowicznych rozwiązań, z drugiej – ostatecznie przypieczętowuje zdradę prostalinowskiego kierownictwa PCF. „Oficjalni” komuniści widzą w wyborach swoją szansę na wygodne parlamentarne fotele lub nawet stanowiska w ministerstwach, a zarazem koniec wielce niekomfortowej sytuacji, w której po kraju krążyło widmo prawdziwego, oddolnego, demokratycznego socjalizmu. Odtąd biurokracja związkowa, oficjalna lewica oraz rząd będą wspólnie nawoływać do rezygnacji z walki. Skutecznie. W czerwcu strajki wygasają. W wyborach parlamentarnych pracownicy nie głosują na skompromitowaną PCF – wygrywają gaulliści.

Maj 1968 niesie po dziś dzień niezmiernie istotne przesłanie dla ruchu pracowniczego – i dlatego jest w mediach głównego nurtu przemilczany, czy przedstawiany jako wybryk kilku znudzonych życiem studentów. Tymczasem maj to zarazem dowód na siłę pracowniczej mobilizacji, na zdolność ruchu do zorganizowania się i świadomej walki o należne prawa, ale i na wielkie dlań zagrożenie – zdradę biurokracji partyjnej i związkowej. Nie tylko w 1968 kierownictwa zdegenerowanych partii lewicowych hamowały rozwój ruchu czy też widziały w nim zagrożenie dla siebie. Również zachowanie klas rządzących, wahanie od paniki po manewrowanie z zimną krwią jest dla takich wypadków typowe. Dlatego tak ważnym jest, by doświadczenia maja zrozumieć i wykorzystać.

Autor: 
Rozenberg Agata