Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Reforma socjalna czy rewolucja?

Tytuł niniejszej pracy może na pierwszy rzut oka wprawić w zdumienie. Reforma socjalna czy rewolucja? Czyż socjaldemokracja może być przeciwna reformie socjalnej? Albo czy może ona rewolucję socjalną, obalenie istniejącego ustroju, które jest jej celem ostatecznym, przeciwstawiać refor­mie socjalnej? Oczywiście, że nie. Przeciwnie, dla socjaldemo­kracji codzienna praktyczna walka o reformy socjalne, o popra­wę położenia ludu pracującego jeszcze na gruncie istniejącego ustroju społecznego, o instytucje demokratyczne stanowi jedy­ną drogę umożliwiającą kierowanie proletariacką walką klaso­wą i osiągnięcie ostatecznego celu - zdobycie władzy politycz­nej i zniesienie systemu pracy najemnej. Dla socjaldemokracji istnieje nierozerwalny związek między reformą socjalną a re­wolucją socjalną, gdyż walka o reformę socjalną jest dla niej środkiem, przewrót socjalny natomiast - celem.

Przeciwstawienie obu tych elementów ruchu robotniczego znajdujemy dopiero w teorii Edwarda Bernsteina, którą wyłożył on w artykułach pt. „Problemy socjalizmu", ogłoszonych w Neue Zeit, 1897/98, a przede wszystkim w swej książce pt. Przesłanki socjalizmu. Cała ta teoria sprowadza się praktycznie tylko do rady, aby partia wyrzekła się przewrotu socjalnego, te­go celu ostatecznego socjaldemokracji, i aby reformę socjalną uczyniła ze środka walki klas jej celem. Sam Bernstein sformułował swe poglądy najtrafniej i najostrzej słowami: „Cel ostateczny, czymkolwiek by był, jest dla mnie niczym, ruch -wszystkim".

Ponieważ jednak socjalistyczny cel ostateczny jest jedyną decydującą cechą, która odróżnia ruch socjaldemokratyczny od demokracji burżuazyjnej i burżuazyjnego radykalizmu, która przekształca cały ruch robotniczy z bezużytecznej łataniny ma­jącej na celu ratowanie ustroju kapitalistycznego w walkę klas przeciwko temu ustrojowi, o zniesienie tego ustroju - prze­to pytanie „reforma socjalna czy rewolucja?" w sensie Bernste­ina jest dla socjaldemokracji zarazem pytaniem „być albo nie być". W rozprawie z Bernsteinem i jego zwolennikami - z tego musi sobie każdy członek partii zdać sprawę - nie chodzi o taki czy inny sposób walki, o taką czy inną taktykę, lecz wręcz o istnienie ruchu socjaldemokratycznego.

[Czytelnikowi, który tylko pobieżnie zapoznał się z teorią Bernsteina, może się to wydać przesadą. Czyż Bernstein nie mówi bez ustanku o socjaldemokracji i jej celach, czyż nie po­wtarza sam wielokrotnie i wyraźnie, że on także dąży do osią­gnięcia socjalistycznego celu ostatecznego, tylko że w innej for­mie, czyż nie podkreśla z naciskiem, że prawie całkowicie uzna­je dzisiejszą praktykę socjaldemokracji? Wszystko to oczywi­ście prawda. Taką samą prawdą jest jednak to, że od dawien dawna w rozwoju teorii i w polityce każdy nowy kierunek opie­ra się w swych początkach na starym kierunku, nawet jeśli w swej najgłębszej istocie jest z nim w bezpośredniej sprzeczno­ści, że dostosowuje się początkowo do form, które zastał, i prze­mawia językiem, którym mówiono przed nim. Dopiero po upły­wie pewnego czasu wykluwa się nowe ziarno ze starej powłoki i nowy kierunek znajduje własne formy i własny język.

Oczekiwać od opozycji przeciw socjalizmowi naukowemu, ażeby od samego początku określiła jasno i wyraźnie aż do osta­tecznej konsekwencji swą wewnętrzną istotę, ażeby otwarcie i ostro wyparła się teoretycznej podstawy socjaldemokra­cji, znaczyłoby nie doceniać siły socjalizmu naukowego. Kto dziś chce uchodzić za socjalistę, a jednocześnie wypowiedzieć wojnę nauce marksowskiej, temu najpotężniejszemu tworowi ducha ludzkiego w bieżącym stuleciu, ten musi zacząć od złożenia jej nieświadomego hołdu przez to, że przede wszystkim zadeklaruje się sam jako zwolennik tej nauki, i szukać w niej samej punktów oparcia dla jej zwalczania, które przedstawia jedynie jako jej dal­sze rozwinięcie. Dlatego nie dając się zwieść tym zewnętrznym formom, należy wyłuskać ziarno tkwiące w teorii Bernsteina; dokonanie tej właśnie pracy jest palącą koniecznością dla szero­kich mas proletariatu przemysłowego w szeregach naszej partii.

Nie można brutalniej obrazić, bardziej złośliwie zelżyć kla­sy robotniczej, jak wypowiadając twierdzenie, że dyskusje teo­retyczne są wyłącznie sprawą „akademików". Już Lassalle po­wiedział niegdyś: Dopiero wtedy, kiedy nauka i robotnicy, te dwa przeciwległe bieguny społeczeństwa, zjednoczą się - dopie­ro wtedy zduszą w swych żelaznych objęciach wszelkie prze­szkody hamujące rozwój kultury. Cała potęga nowoczesnego ru­chu robotniczego polega na wiedzy teoretycznej][2].

W obecnym wypadku wiedza taka jest dla robotników podwójnie ważna, gdyż chodzi tu właśnie o nich i o ich wpływ na ruch, o ich własną zagrożoną skórę. Sformułowany teore­tycznie przez Bernsteina kierunek oportunistyczny w partii nie jest niczym innym jak nieświadomym dążeniem do zapewnienia w partii przewagi drobnomieszczańskim elementom, które się do niej przedostały, by w ich duchu przekształcić praktykę i ce­le partii. Kwestia: reforma socjalna czy rewolucja, cel ostatecz­ny czy ruch jest z drugiej strony kwestią: drobnomieszczański czy też proletariacki charakter ruchu robotniczego

[Z tego właśnie powodu jak najdokładniejsze i jak najżyw­sze zajęcie się obecną teoretyczną rozprawą z oportunizmem leży w najgłębszym interesie mas proletariackich w partii. Do­póki wiedza teoretyczna będzie wyłącznym przywilejem garst­ki „akademików" w partii, dopóty partii grozić będzie niebez­pieczeństwo zejścia na manowce. Dopiero gdy szerokie masy robotnicze wezmą same do ręki ostrą i wypróbowaną broń so­cjalizmu naukowego, wszelkie drobnomieszczańskie naleciało­ści, wszelkie prądy oportunistyczne wsiąkną w piasek. Z tą chwilą też ruch stanie na pewnym, mocnym gruncie. „Masy dokonają tego"].

1. METODA OPORTUNIZMU

Jeżeli teorie są odbiciem zjawisk świata zewnętrznego w umyśle ludzkim, to w odniesieniu do teorii Edwarda Bernste­ina należy w każdym razie dodać - że są one niekiedy odbiciem dającym obraz odwrócony Teoria o wprowadzeniu socjalizmu poprzez reformy socjalne - po ostatecznym zamarciu reformy socjalnej w Niemczech, o kontroli związków zawodowych nad procesem produkcji - po klęsce angielskich robotników w prze­myśle budowy maszyn[4], o socjaldemokratycznej większości w parlamencie - po rewizji konstytucji w Saksonii i zamachach na powszechne prawo wyborcze do Reichstagu![5] Ale punkt ciężkości wywodów Bernsteina leży, naszym zdaniem, nie w je­go poglądach na praktyczne zadania socjaldemokracji, lecz w tym, co mówi on o przebiegu obiektywnego rozwoju społe­czeństwa kapitalistycznego, z czym, oczywiście, poglądy owe są jak najściślej związane.

Zdaniem Bernsteina ogólny krach kapitalizmu staje się w miarę jego rozwoju coraz mniej prawdopodobny, gdyż system kapitalistyczny wykazuje z jednej strony coraz większą zdol­ność przystosowywania się, z drugiej zaś strony produkcja coraz bardziej się różnicuje. Zdolność przystosowywania się kapitali­zmu przejawia się według Bernsteina, po pierwsze, w zniknięciu kryzysów ogólnych dzięki rozwojowi systemu kredytowe­go, organizacyj przedsiębiorców i środków komunikacji, jak również służby informacyjnej, po drugie, w żywotności stanu średniego wskutek ustawicznie postępującego zróżnicowania ga­łęzi produkcji oraz wy dźwigania się znacznych warstw proleta­riatu do stanu średniego, po trzecie wreszcie, w poprawie ekono­micznego i politycznego położenia proletariatu na skutek walki prowadzonej przez związki zawodowe.

Dla praktycznej walki socjaldemokracji wynika stąd ogólna wskazówka, aby działalność swą kierowała nie na zdobycie po­litycznej władzy państwowej, lecz na poprawę położenia klasy robotniczej i na wprowadzenie socjalizmu nie poprzez kryzys socjalny i polityczny, lecz poprzez rozszerzanie krok za krokiem kontroli społecznej i stopniowe urzeczywistnianie zasady spół­dzielczości.

Sam Bernstein nie widzi w swych wywodach nic nowego i raczej sądzi, że są one zgodne zarówno z poszczególnymi wy­powiedziami Marksa i Engelsa, Jak i z ogólnym dotychczaso­wym kierunkiem socjaldemokracji. Naszym natomiast zdaniem, nie da się absolutnie zaprzeczyć, że koncepcja Bernsteina jest zasadniczo sprzeczna z biegiem myśli socjalizmu naukowego.

Gdyby całą rewizję Bernsteina można było sprowadzić do te­go, że rozwój kapitalistyczny przebiega o wiele wolniej, niż zwy­kło się przyjmować, oznaczałoby to w rzeczywistości jedynie przesunięcie przewidywanego dotychczas momentu zdobycia władzy politycznej przez proletariat, z czego można by praktycz­nie wysnuć co najwyżej wniosek o spokojniejszym tempie walki.

Tak jednak teorii Bernsteina tłumaczyć nie można. Bernste­in kwestionuje nie szybkość rozwoju, lecz sam przebieg rozwo­ju społeczeństwa kapitalistycznego i w związku z tym przejście do ustroju socjalistycznego.

Jeżeli dotychczas teoria socjalistyczna zakładała, że punktem wyjścia przewrotu socjalistycznego będzie ogólny i wyniszczają­cy kryzys, to należy tu, naszym zdaniem, rozróżnić dwie rzeczy: kryjącą się w tym zasadniczą myśl i jej zewnętrzną formę.

Myśl ta polega na założeniu, że ustrój kapitalistyczny zrodzi sam z siebie, na mocy własnych sprzeczności, moment, w którym nastąpi jego załamanie, w którym jego istnienie stanie się po prostu niemożliwe. To, że moment ten wyobrażano sobie w formie ogólnego i wstrząsającego kryzysu handlowego, miało niewątpliwie swe uzasadnione przyczyny, niemniej jednak dla zasadniczej myśli wyobrażenie to jest nieistotne i ma podrzędne znaczenie.

Naukowe uzasadnienie socjalizmu opiera się, jak wiadomo, na trzech następstwach rozwoju kapitalizmu: przede wszyst­kim na rosnącej anarchii gospodarki kapitalistycznej, wskutek czego upadek tej gospodarki jest nieuchronny, po dru­gie, na postępującym uspołecznieniu procesu produkcji, które stwarza pozytywne przesłanki przyszłego ustroju społecz­nego, i po trzecie, na rosnącej organizacji i świado­mości klasowej proletariatu, który stanowi aktywny czynnik zbliżającego się przewrotu.

Z tych trzech głównych filarów socjalizmu naukowego Bernstein usuwa pierwszy. Twierdzi on mianowicie, że rozwój kapitalizmu nie prowadzi do ogólnego krachu gospo­darczego.

Tym samym jednak Bernstein odrzuca nie tylko określo­ną formę upadku kapitalizmu, lecz także sam ten upadek. Mówi wyraźnie: „Można by na to odpowiedzieć, że mówiąc o załamaniu się obecnego społeczeństwa ma się na myśli coś więcej niż ogólny i silniejszy od dotychczasowych kryzys go­spodarczy: że ma się mianowicie na myśli całkowite załama­nie się ustroju kapitalistycznego z powodu tkwiących w nim samym sprzeczności". 1 na to odpowiada: „Mniej więcej jed­noczesne, całkowite załamanie się obecnego systemu produk­cyjnego staje się w miarę rozwoju społeczeństwa nie coraz bardziej, lecz coraz mniej prawdopodobne, rozwój ten bo­wiem zwiększa z jednej strony zdolność przystosowywania się przemysłu, z drugiej zaś - lub jednocześnie z tym - jego zróżnicowanie"[6].

Ale wtedy powstaje wielkie pytanie: po co i w jaki sposób mamy w ogóle osiągnąć ostateczny cel naszych dążeń? Z punk­tu widzenia socjalizmu naukowego historyczna konieczność przewrotu socjalistycznego wyraża się przede wszystkim w ro­snącej anarchii systemu kapitalistycznego, która też zapędza ka­pitalizm w ślepy zaułek. Jeśli się jednak zgodnie z Bernsteinem przyjmie, że rozwój kapitalizmu nie prowadzi do jego załamania się, wówczas socjalizm przestaje być obiektywnie Koni e c z n y. Z podwalin jego naukowego uzasadnienia pozostaną wówczas tylko dwa inne następstwa ustroju kapitalistycznego: uspołeczniony proces produkcji i świadomość klasowa proleta­riatu. To ma też Bernstein na myśli, gdy mówi: „Socjalistyczny świat myśli nie traci (przez odrzucenie teorii o załamaniu się ka­pitalizmu) bynajmniej nic ze swej siły przekonywającej. Bo czymże są przy bliższym zapoznaniu się wszystkie wyliczone przez nas czynniki usuwania i modyfikowania dawnych kryzy­sów? Wszystkie one bez wyjątku stanowią jednocześnie prze­słanki, a po części nawet zaczątki uspołecznienia produkcji i wy­miany"[7].

Wystarczy jednak krótka analiza, by dowieść, że i to twierdze­nie jest sofizmatem. Na czym polega znaczenie zjawisk określa­nych przez Bernsteina jako środki przystosowywania się kapitali­zmu - znaczenie karteli, kredytu, udoskonalonych środków ko­munikacji, poprawa położenia klasy robotniczej itd.? Oczywiście na tym, że usuwają one lub przynajmniej stępiają wewnętrzne sprzeczności gospodarki kapitalistycznej, że hamują ich rozwój i zaostrzanie się. Usunięcie kryzysów oznacza więc zniesienie sprzeczności między produkcją a wymianą na bazie kapitalistycz­nej, a poprawa położenia klasy robotniczej po części jako takiej, a po części przez przechodzenie pewnej ilości robotników do sta­nu średniego, oznacza stępienie sprzeczności między kapitałem a pracą. Jeżeli więc kartele, system kredytowy, związki zawodowe itp. usuwają w ten sposób sprzeczności kapitalistyczne, a zatem ratują ustrój kapitalistyczny od upadku, konserwują kapitalizm -dlatego właśnie nazywa je Bernstein „środkami przystosowywa­nia się" - jak mogą one stanowić równocześnie „przesłanki, a po części nawet zaczątki" socjalizmu? Oczywiście, w tym tylko zna­czeniu, że silniej uwydatniają społeczny charakter produkcji. Po­nieważ jednak zachowują go w jego kapitalistycznej for­mie, czynią tym samym zbędne przejście tej uspołecznionej pro­dukcji w formę socjalistyczną. Mogą zatem przedstawiać zacząt­ki i przesłanki ustroju socjalistycznego tylko w znaczeniu pojęcio­wym, a nie historycznym; mogą więc przedstawiać zjawiska, o których na podstawie naszego wyobrażenia o socjalizmie wiemy, że są mu pokrewne, ale które w rzeczywistości nie tylko nie powodują przewrotu socjalistycznego, lecz wręcz przeciwnie, czy­nią go zbędnym. Tak więc jako uzasadnienie socjalizmu pozosta­je tylko świadomość klasowa proletariatu. Ale i ona jest w danym wypadku nie prostym duchowym odzwierciedleniem coraz bar­dziej zaostrzających się przeciwieństw kapitalizmu i zbliżającego się jego upadku - zapobiegają przecież temu upadkowi środki przystosowywania się - lecz tylko ideałem, którego siła przekony­wająca polega na jego własnych, przypisywanych mu doskonałościach. Jednym słowem - to, co na tej drodze otrzymujemy, jest uzasadnieniem programu socjalistycznego przez „czyste pozna­nie", tzn. po prostu uzasadnieniem idealistycznym, podczas gdy obiektywna konieczność, tj. uzasadnienie przebiegiem material­nego rozwoju społecznego, odpada. Teoria rewizjonistyczna staje przed alternatywą: albo socjalistyczne przekształcenie ma, jak do­tychczas przyjmowano, nastąpić w wyniku wewnętrznych sprzeczności ustroju kapitalistycznego, a wtedy wraz z tym ustro­jem rozwijają się też jego sprzeczności i załamanie się kapitali­zmu w pewnej chwili jest w tej czy innej formie nieuchronnym te­go skutkiem; w takim jednak wypadku „środki przystosowywania się" są bezskuteczne, a teoria o załamaniu się kapitalizmu jest słu­szna; albo też „środki przystosowywania się" mogą rzeczywiście zapobiec upadkowi systemu kapitalistycznego, a więc uczynić ka­pitalizm zdolnym do egzystencji, tzn. znieść tkwiące w nim sprzeczności, a wtedy socjalizm przestaje być historyczną koniecznością i jest wówczas czymkolwiek się chce, tylko nie wy­nikiem materialnego rozwoju społeczeństwa. Z dylematu tego wyłania się inny: albo rewizjonizm słusznie ocenia przebieg roz­woju kapitalistycznego, a wtedy socjalistyczne przekształcenie społeczeństwa staje się utopią, albo też socjalizm nie jest utopią, a wtedy teoria o „środkach przystosowywania się" musi być błęd­na. „That is the question" - oto gdzie tkwi zagadnienie.

2. PRZYSTOSOWYWANIE SIĘ KAPITALIZMU

Najważniejszymi środkami, które według Bernsteina umoż­liwiają przystosowywanie się gospodarki kapitalistycznej, są: system kredytowy, udoskonalone środki komunikacji i organiza­cje przedsiębiorców.

Zacznijmy od kredytu. Funkcje jego w gospodarce kapi­talistycznej są różnorodne; najważniejsza z nich polega, jak wia­domo, na zwiększaniu zdolności rozszerzania się produkcji oraz na pośrednictwie i ułatwianiu wymiany. Tam, gdzie wewnętrzna tendencja produkcji kapitalistycznej do bezgranicznego rozsze­rzania się napotyka przeszkody w postaci własności prywatnej, w postaci ograniczonej wielkości kapitału prywatnego - tam zjawia się kredyt jako środek przezwyciężania tych przeszkód na sposób kapitalistyczny, łączenia wielu kapitałów w jeden -spółki akcyjne - i umożliwiania poszczególnemu kapitaliście dysponowania cudzym kapitałem - kredyt przemysłowy. Z dru­giej strony przyspiesza on jako kredyt handlowy wymianę towa­rów, a więc powrót kapitału do produkcji, a zatem tempo całego okrężnego ruchu procesu produkcyjnego. Łatwo sobie wyobra­zić wpływ, jaki obie te najważniejsze funkcje kredytu wywiera­ją na powstawanie kryzysów. Skoro przyczyną kryzysów jest, jak wiadomo, sprzeczność między zdolnością, tendencją do roz­szerzania się produkcji a ograniczoną zdolnością konsumpcji, to kredyt jest w świetle tego środkiem jak gdyby specjalnie do te­go powołanym, aby sprzeczność tę możliwie często doprowa­dzać do wybuchu. Zwiększa on bowiem przede wszystkim do niebywałych rozmiarów zdolność rozszerzania się produkcji i stanowi wewnętrzną siłę napędową wzrostu produkcji poza granice pojemności rynku. Bije jednak na dwie strony Gdy ja­ko czynnik procesu produkcji wywołał Już nadprodukcję, to podczas kryzysu Jako pośrednik wymiany towarowej niszczy tym gwałtowniej siły wytwórcze, które sam obudził. Przy pierw­szych oznakach zastoju kredyt kurczy się, pozostawia wymianę swemu losowi tam, gdzie byłby potrzebny, tam zaś gdzie jeszcze ofiarowuje swe usługi, okazuje się bezcelowy i bezskuteczny, i w ten sposób zmniejsza podczas kryzysu zdolność konsump­cyjną do minimum.

Poza tymi dwoma najważniejszymi następstwami oddziały­wanie kredytu na powstawanie kryzysów jest jeszcze różnora­kie. Kredyt jest nie tylko środkiem technicznym umożliwiają­cym kapitaliście dysponowanie obcymi kapitałami, ale zarazem jest dlań bodźcem do śmiałego i bezwzględnego zużytkowania cudzej własności, a więc do karkołomnych spekulacji. Nie tylko zaostrza on kryzys w charakterze zwodniczego środka wymiany towarowej, lecz także ułatwia jego nadejście i rozszerzanie się przez to, że całą wymianę przekształca w niezwykle skompliko­wany i sztuczny mechanizm o bardzo słabej podstawie realnej, wyrażającej się w minimalnej ilości pieniądza kruszcowego, i tym sposobem wywołuje w nim z najbłahszego powodu za­kłócenia.

Tak więc kredyt nie Jest bynajmniej żadnym środkiem usu­wającym lub choćby tylko łagodzącym kryzysy, wręcz przeciw­nie, jest szczególnie potężnym czynnikiem ich powstawania. Nie może też być inaczej. Specyficzną funkcją kredytu Jest -mówiąc zupełnie ogólnie - przecież nic innego Jak tylko usunię­cie resztek trwałości ze wszystkich stosunków kapitalistycz­nych, wprowadzenie wszędzie możliwie Jak największej ela­styczności i nadanie wszystkim siłom kapitalistycznym w naj­wyższym stopniu cech rozciągliwości, relatywności i wrażliwo­ści. Jest zupełnie oczywiste, że przez to można tylko ułatwić i zaostrzyć kryzysy, które nie są niczym innym Jak tylko perio­dycznym starciem wzajemnie przeciwstawnych sił gospodarki kapitalistycznej.

To Jednak prowadzi nas zarazem do następnego zagadnienia, a mianowicie. Jak można w ogóle uważać kredyt za „środek przystosowywania się" kapitalizmu. Niezależnie od tego, pod Ja­kim względem i w jakiej postaci pomyślane zostało „przystoso­wywanie się" za pomocą kredytu, istota Jego może oczywiście polegać tylko na tym, że niweluje się w ten sposób jakąś sprzeczność gospodarki kapitalistycznej, znosi się lub stępia ja­kieś inne Jej przeciwieństwo i przez to udziela się zdławionym siłom w pewnym punkcie swobody działania. A tymczasem. Je­śli w dzisiejszej gospodarce kapitalistycznej istnieje Jakiś śro­dek, który wszystkie te sprzeczności doprowadza do stanu naj­wyższego napięcia, to Jest nim właśnie kredyt. Wzmaga on sprzeczność między sposobem produkcji a sposo­bem wymiany przez to, że zwiększa produkcję do najwyż­szych granic, a wymianę z najbłahszego powodu paraliżuje. Wzmaga sprzeczność między sposobem produkcji a sposobem przywłaszczania przez to, że oddziela produkcję od własności, że kapitał w produkcji przekształca w kapitał społeczny, natomiast część zysku w formę procentu od kapitału, a więc w czysty tytuł własności. Wzmaga sprzeczność między stosunkami własnościowymi a stosunkami produkcji przez to, że drogą wywłaszczenia wielu drobnych kapitalistów skupia w niewielu rękach olbrzymie siły wytwór­cze. Wzmaga sprzeczność między społecznym charakte­rem produkcji a kapitalistyczną własnością prywatną przez to, że czyni konieczną ingerencję państwa w dziedzinę produkcji (spółka akcyjna).

Jednym słowem, kredyt odtwarza wszystkie kardynalne sprzeczności świata kapitalistycznego, doprowadza je do naj­wyższego napięcia, przyspiesza tempo, w którym kapitalizm pę­dzi ku swej własnej zagładzie - ku załamaniu się. A zatem dla kapitalizmu pierwszy środek przystosowywania się, gdy chodzi o kredyt, powinien by polegać na tym, by kredyt z n i e ś ć , by go anulować. Taki, jaki jest, stanowi on nie środek przystosowy­wania się, lecz środek niszczenia o wysoce rewolucyjnym dzia­łaniu. Toć ten właśnie rewolucyjny, poza sam kapitalizm wycho­dzący charakter kredytu skłaniał niektórych ludzi do snucia so­cjalistycznie zabarwionych planów reform i nadał wielkim przedstawicielom kredytu, jak na przykład Izaakowi Pereirę we Francji, pozór - jak mówi Marks - na wpół proroków i na wpół łajdaków.

Równie kruchy okazuje się przy bliższej analizie drugi „śro­dek przystosowywania się" produkcji kapitalistycznej, mianowi­cie związki przedsiębiorców. Według Bernsteina mają one przez regulowanie produkcji położyć kres anarchii i zapobiegać kryzysom. Rozwój karteli i trustów jest wprawdzie zjawiskiem, które w swych różnorodnych ekonomicznych od­działywaniach nie zostało jeszcze całkowicie zbadane. Stanowi ono na razie problem dający się rozwiązać tylko na podstawie nauki Marksa. Ale jedno jest w każdym razie pewne: o ograni­czeniu anarchii kapitalistycznej przez kartele przedsiębiorców mogłaby być mowa tylko o tyle, o ile kartele, trusty itp. mogły­by stać się mniej więcej powszechną, panującą formą produkcji. Ale właśnie to jest ze względu na samą naturę karteli wykluczo­ne. Cel ekonomiczny i działanie związków przedsiębiorców po­lega w ostatecznym rachunku na tym, by przez wyłączenie kon­kurencji wewnątrz jednej gałęzi przemysłu tak oddziałać na podział osiąganej na rynku światowym masy zysków, by zwięk­szyć w niej udział skartelizowanej gałęzi. Organizacja może w jednej gałęzi przemysłu podnieść stopę zysku tylko kosztem innych gałęzi i dlatego właśnie nie może stać się powszechną. Gdyby ją rozciągnąć na wszystkie ważniejsze gałęzie przemy­słu, działanie jej ustałoby samo przez się.

Ale także w granicach praktycznego zastosowania związki przedsiębiorców działają w kierunku wprost przeciwnym usu­nięciu anarchii przemysłowej. Wspomniany wzrost stopy zysku kartele osiągają na rynku wewnętrznym z reguły przez to, że do­datkowe ilości kapitału, których nie mogą użyć na potrzeby we­wnętrzne, zużytkowują w produkcji na eksport przy o wiele niż­szej stopie zysku, tzn. sprzedają swe towary za granicą o wiele taniej niż we własnym kraju. Skutkiem tego jest zaostrzona kon­kurencja za granicą, zwiększona anarchia na rynku światowym, tzn. przeciwieństwo zamierzonego celu. Przykładem tego jest hi­storia międzynarodowego przemysłu cukrowniczego.

Rozpatrując wreszcie ogólnie związki przedsiębiorców jako formy kapitalistycznego sposobu produkcji, uważać je należy tylko za stadium przejściowe, za określoną fazę rozwoju kapita­lizmu. I rzeczywiście! W ostatecznym rachunku kartele są wła­ściwie środkiem kapitalistycznego sposobu produkcji, służącym do powstrzymywania fatalnego spadku stopy zysku w poszcze­gólnych gałęziach produkcji. Jaką jednak metodą kartele posłu­gują się w tym celu? W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z unieruchomieniem pewnej części zakumulowanego kapitału, a więc z tą samą metodą, która w innej tylko formie znajduje za­stosowanie w kryzysach. Takie lekarstwo jest jednak tak podob­ne do choroby jak jedno jajo do drugiego i może tylko do pew­nego czasu uchodzić za mniejsze zło. Gdy rynek zbytu zaczyna się kurczyć wskutek rozbudowania rynku światowego do najdal­szych granic i całkowitego obsadzenia go przez konkurujące kraje kapitalistyczne - a nie można, oczywiście, zaprzeczyć, że chwila ta musi nadejść prędzej czy później - wówczas wymu­szone częściowe unieruchomienie kapitału przybiera takie roz­miary, że samo lekarstwo przeobraża się w chorobę, a kapitał, który przez organizację został już w dużym stopniu uspołecz­niony, staje się z powrotem kapitałem prywatnym. Przy zmniej­szonej możliwości znalezienia sobie na rynku zbytu jakiegoś ką­cika każda prywatna część kapitału woli próbować szczęścia na własną rękę. Z tą chwilą organizacje muszą prysnąć jak bańki mydlane i ustąpić miejsca wolnej konkurencji w spotęgowanej formie[8].

Ogólnie biorąc, kartele stanowią więc, podobnie jak kredyt, określone fazy rozwoju, które w ostatecznym rachunku tylko powiększają anarchię świata kapitalistycznego oraz uwydatniają i doprowadzają do stanu dojrzałości wszystkie jego wewnętrzne sprzeczności. Zaostrzają sprzeczność między sposobem produk­cji a sposobem wymiany przez to, że zaogniają gwałtownie wal­kę między producentami a konsumentami, czego jesteśmy świadkami w szczególności w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zaostrzają poza tym sprzeczność między sposo­bem produkcji a sposobem przywłaszczania przez to, że prze­ciwstawiają w najbrutalniejszej formie klasie robotniczej prze­moc zorganizowanego kapitału i w ten sposób wzmagają do ostatnich granic przeciwieństwo między kapitałem a pracą.

Zaostrzają wreszcie sprzeczność między międzynarodowym charakterem kapitalistycznej gospodarki światowej a narodo­wym charakterem państwa kapitalistycznego przez to, że towa­rzyszącym im zjawiskiem jest powszechna wojna celna, która doprowadza do najwyższego napięcia przeciwieństwa między poszczególnymi państwami kapitalistycznymi. Do tego docho­dzi bezpośrednie, w najwyższym stopniu rewolucjonizujące od­działywanie karteli na koncentrację produkcji, udoskonalenia techniczne itd.

Tak więc kartele i trusty w swym ostatecznym oddziaływa­niu na gospodarkę kapitalistyczną nie tylko nie stanowią żadne­go „środka przystosowywania się", który by zacierał jej przeci­wieństwa, lecz są wręcz jednym ze środków, który gospodarka kapitalistyczna sama stworzyła dla powiększenia własnej anar­chii, dla wydobycia własnych sprzeczności, dla przyspieszenia własnej zagłady.

Ale jeśli system kredytowy, kartele itp. nie usuwają anarchii gospodarki kapitalistycznej, to jak mogło się zdarzyć, że od dwóch dziesiątków lat - od 1873 r. nie mieliśmy ogólnego kry­zysu handlowego? Czy nie jest to oznaką, że kapitalistyczny sy­stem produkcji przynajmniej w najważniejszym „przystosował się" rzeczywiście do potrzeb społeczeństwa i że dokonana przez Marksa analiza jest już nieaktualna?

[Naszym zdaniem, obecną ciszę na rynku światowym moż­na wytłumaczyć w inny sposób.

Zwykło się traktować dotychczasowe wielkie, periodyczne kryzysy handlowe jako uschematyzowane przez Marksa w jego analizie starcze kryzysy kapitalizmu. Mniej więcej dziesięciolet­nia periodyczność cyklu produkcyjnego wydawała się najlepszym potwierdzeniem tego schematu. Pogląd ten polega jednak, naszym zdaniem, na nieporozumieniu. Jeżeli przyjrzymy się bliżej każdo­razowym przyczynom wszystkich dotychczasowych wielkich międzynarodowych kryzysów musimy dojść do przekonania, że są one wszystkie wyrazem nie uwiądu starczego gospodarki kapi­talistycznej, lecz raczej jej wieku dziecięcego. Już krótkie zastano­wienie się wystarcza, by od razu dowieść, że kapitalizm nie mógł absolutnie w latach 1825, 1836 i 1847 wytworzyć owych perio­dycznych, z pełnej dojrzałości wynikających nieuchronnych zde­rzeń sił wytwórczych z ograniczeniami rynku, jakie opisuje sche­mat Marksa, gdyż w owych czasach kapitalizm znajdował się we wszystkich prawie krajach jeszcze w powijakach][9].

Kryzys 1825 r. był istotnie wynikiem wielkich inwestycji w zakresie budowy dróg, kanałów i gazowni, które miały miej­sce w poprzednim dziesięcioleciu, szczególnie w Anglii, gdzie też kryzys przebiegał najostrzej. Następny kryzys w latach 1836-1839 był również wynikiem kolosalnego grynderstwa w budowie linii komunikacyjnych. Kryzys 1847 r. wywołało, jak wiadomo, gorączkowe grynderstwo w angielskim kolejnictwie (w ciągu trzech tylko lat, od 1844 do 1847 r., parlament angiel­ski udzielił koncesji na budowę nowych linii kolejowych na su­mę około półtora miliarda talarów). We wszystkich trzech wy­padkach mamy zatem do czynienia z rozmaitymi formami nowego konstytuowania się gospodarki kapitału, z za­kładaniem nowych podwalin pod rozwój kapitalistyczny, które spowodowały wybuch kryzysów. W roku 1857 jako przyczyna kryzysu występuje nagłe otwarcie dla europejskiego przemysłu nowych rynków zbytu w Ameryce i Australii na skutek odkry­cia złóż złota, we Francji specjalne grynderstwo kolejowe, przez które poszła ona w ślady Anglii (w latach 1852-1856 zbudowa­no we Francji nowe linie kolejowe za 1,25 miliarda franków). Wreszcie, wielki kryzys 1873 r. był, jak wiadomo, bezpośrednim skutkiem nowego konstytuowania się, pierwszego burzliwego rozwoju wielkiego przemysłu w Niemczech i w Austrii po wy­padkach politycznych 1866 i 1871 r.

Powód do kryzysów handlowych dawało więc dotychczas za każdym razem nagłe rozszerzenie pola działania gospo­darki kapitalistycznej, a nie zwężenie jej zakresu, nie jej wyczer­panie. Fakt zaś, że owe międzynarodowe kryzysy powtarzały się właśnie co dziesięć lat, jest jako taki zjawiskiem czysto zewnę­trznym, przypadkowym. Marksowski schemat powstawania kry­zysów, podany przez Engelsa w Anty-Duhringu, a przez Marksa w pierwszym i trzecim tomie Kapitału, jest o tyle trafny w od­niesieniu do wszystkich kryzysów, o ile odkrywa ich wewnętrz­ny mechanizm i ich głębsze ogólne przyczyny.

[W całości jednak schemat ten odpowiada raczej zupełnie rozwiniętej gospodarce kapitalistycznej, kiedy to istnienie ryn­ku światowego przyjmuje się już z góry jako fakt dokonany. Tyl­ko wtedy kryzysy mogą powtarzać się w przyjęty przez analizę Marksa mechaniczny sposób jako wynikające z wewnętrznego przebiegu procesu produkcji i wymiany, bez zewnętrznego im­pulsu w postaci nagłego wstrząsu stosunków produkcji i rynku. Jeżeli sobie tedy uprzytomnimy obecną sytuację ekonomiczną, to musimy w każdym razie przyznać, że nie weszliśmy jeszcze w fazę całkowitej dojrzałości kapitalizmu, którą zakłada mar­ksowski schemat periodyczności kryzysów. Rynek światowy znajduje się jeszcze ciągle w stadium rozbudowy. Niemcy i Au­stria weszły dopiero w latach siedemdziesiątych w okres właści­wej produkcji wielkoprzemysłowej, Rosja dopiero w latach osiemdziesiątych, Francja jest jeszcze dotąd w dużej mierze kra­jem o produkcji drobnoprzemysłowej, państwa bałkańskie nie uwolniły się jeszcze w znacznej mierze od pęt gospodarki natu­ralnej, Ameryka, Australia i Afryka wstąpiły dopiero w latach osiemdziesiątych w okres żywej i regularnej wymiany towaro­wej z Europą. Jeżeli zatem z jednej strony mamy już za sobą na­gle, do lat siedemdziesiątych periodycznie występujące i skoka­mi dokonujące się odkrywanie nowych obszarów gospodarki ka­pitalistycznej, któremu towarzyszyły dotychczasowe, młodzień­cze niejako kryzysy, to z drugiej strony nie osiągnęliśmy jeszcze takiego stopnia rozbudowy i wyczerpania rynku światowego, które by mogły wywoływać owe fatalne, periodycznie powtarza­jące się zderzenia sil wytwórczych z ograniczeniami rynku -owe prawdziwe starcze kryzysy kapitalizmu. Znajdujemy się w okresie, w którym kryzysy nie towarzyszą już powstawaniu kapitalizmu, a nie są jeszcze objawem jego upadku. Ten okres przejściowy cechuje utrzymująca się od około dwóch dziesiąt­ków lat przeciętna słaba koniunktura, w której po krótkich okre­sach ożywienia następują długie okresy depresji.

Jednakże zbliżamy się nieuchronnie do początku końca, do okresu kapitalistycznych kryzysów końcowych, co wynika wła­śnie z tych samych zjawisk, które warunkują na razie brak kry­zysów. Gdy rynek światowy rozbuduje się nareszcie w całej peł­ni i żadne nagłe odkrycia nie będą już mogły go powiększyć, gdy jednocześnie wydajność pracy będzie nadal niepowstrzy­manie wzrastała, wówczas prędzej czy później rozpocznie się periodycznie powtarzający się konflikt między siłami wytwór­czymi a granicami wymiany - konflikt, który sam przez się wskutek powtarzania się będzie stawał się coraz ostrzejszy i burzliwszy. 1 jeżeli coś specjalnie nadaje się do tego, by zbliżyć nas do tego okresu, by stworzyć szybko rynek światowy i szyb­ko go wyczerpać, to przede wszystkim te właśnie zjawiska - sy­stem kredytowy i organizacje przedsiębiorców, na które Bernste­in liczy jako na „środki przystosowywania się" kapitalizmu][10].

Przyjmując, że produkcja kapitalistyczna mogłaby się „przystosować" do wymiany, zakładamy jedno z dwojga: albo rynek światowy będzie bez ograniczenia rósł w nieskończoność, albo na odwrót, rozwój sił wytwórczych zostanie zahamowany, i)y nie mogły one wykroczyć poza ramy rynku. Pierwsza ewentualność jest fizyczną niemożliwością, drugiej natomiast stoi na przeszkodzie fakt, że we wszystkich dziedzinach produkcji do­konuje się na każdym kroku przewrót techniczny, powołując do życia każdego dnia nowe siły wytwórcze.

Jeszcze jedna okoliczność przeczy - według Bernsteina -opisanemu rozwojowi gospodarki kapitalistycznej, mianowicie wskazywana przez niego „wręcz niewzruszona falanga" śre­dnich przedsiębiorstw. Bernstein widzi w tym oznakę, że roz­wój wielkiego przemysłu nie działa tak rewolucjonizująco i koncentrująco, jak należałoby oczekiwać według „teorii o kra­chu kapitalizmu". Ale i tutaj Bernstein pada ofiarą własnego błędu. Zupełnie fałszywe byłoby istotnie pojmowanie rozwoju wielkiego przemysłu, gdyby się chciało oczekiwać, że przy tym rozwoju średnie przedsiębiorstwa będą stopniowo znikały z po­wierzchni ziemi.

W ogólnym rozwoju kapitalizmu małe kapitały odgrywają według Marksa właśnie role pionierów rewolucji technicznej, i to w podwójnym znaczeniu: zarówno w zakresie nowych me­tod produkcyjnych w starych i ugruntowanych, głęboko zako­rzenionych gałęziach przemysłu, jak i w dziedzinie tworzenia nowych, przez wielkie kapitały jeszcze nie eksploatowanych ga­łęzi produkcji. Zupełnie mylny jest pogląd, jakoby historia śre­dnich przedsiębiorstw kapitalistycznych biegła po linii opadają­cej do ich stopniowego zaniku. Rzeczywisty przebieg rozwoju jest raczej także tutaj czysto dialektyczny, rozwój i tu dokonuje się stale poprzez przeciwieństwa. Kapitalistyczny stan średni znajduje się, podobnie jak klasa robotnicza, pod wpływem dwóch przeciwstawnych tendencji: jednej wznoszącej i drugiej cisnącej go w dół. Tendencją cisnącą w dół jest w danym wypad­ku stały wzrost skali produkcji, która periodycznie przewyższa rozmiar małych kapitałów i w ten sposób eliminuje je ze współ­zawodnictwa. Tendencją wznoszącą jest periodyczna dewalua­cja istniejącego kapitału, która skalę produkcji - jeżeli chodzi o wartość niezbędnego minimum kapitałowego – ciągle od no­wa na pewien czas obniża, oraz obejmowanie przez produkcję kapitalistyczną coraz to nowych dziedzin. Walki średniego przedsiębiorstwa z wielkim kapitałem nie należy sobie wyobra­żać jako regularnej bitwy, w której zastępy słabszej strony bez­pośrednio i ilościowo coraz bardziej topnieją, lecz raczej jako periodyczne koszenie drobnych kapitałów, które następnie cią­gle od nowa szybko odrastają, by znowu paść pod kosą wielkie­go przemysłu. Z obu tendencji, które kapitalistycznym stanem średnim miotają jak piłką, zwycięża ostatecznie - w przeciwień­stwie do rozwoju klasy robotniczej - tendencja cisnąca w dół. Nie musi się to jednak wyrażać bynajmniej w absolutnym pod względem liczbowym zmniejszaniu się średnich przedsię­biorstw, lecz po pierwsze w tym, że stopniowo wzrasta minimum kapitałowe, niezbędne do utrzymania zdolnego do życia średnie­go przedsiębiorstwa w starych gałęziach przemysłowych, i po drugie w tym, że coraz krótszy staje się okres, w ciągu którego drobne kapitały mogą eksploatować nowe gałęzie na własną rę­kę. Dla indywidualnego drobnego kapitału oznacza to coraz krótszy okres życia i coraz szybszą zmianę metod produkcji oraz rodzajów inwestowania, a dla całej klasy coraz szybszą społeczną przemianę materii.

O tym ostatnim Bernstein wie dobrze i sam to stwierdza. Zapomina on jednak, jak się zdaje, że przez to sformułowane zo­stało samo prawo rozwoju średnich przedsiębiorstw kapitali­stycznych. Jeżeli drobne kapitały są szermierzami postępu tech­nicznego i jeżeli postęp techniczny jest pulsem gospodarki kapi­talistycznej, to drobne kapitały stanowią nieodłączne zjawisko rozwoju kapitalistycznego, zjawisko, które może zniknąć dopie­ro razem z nim. Stopniowe zanikanie średnich przedsiębiorstw -w znaczeniu absolutnej sumarycznej statystyki, o którą też Bernsteinowi chodzi - oznaczałoby nie, jak sądzi Bernstein, re­wolucyjny bieg rozwoju kapitalizmu, lecz wręcz przeciwnie, je­go zastój, jego drzemkę. „Stopa zysku, tzn. stosunkowy przyrost kapitału, ma przede wszystkim znaczenie dla każdej nowej lato­rośli kapitału szukającej samodzielnej lokaty. I gdyby tworzenie kapitału przypadło wyłącznie nieznacznej liczbie wielkich, go­towych już kapitałów, dla których masa zysku równoważy stopę zysku, to ożywczy ogień produkcji w ogóle by wygasł. Ogarnęłaby ją drzemka”[11]

[Bernsteinowskie „środki przystosowywania się" okazują się zatem bezskuteczne, a zjawiska, które uważa za symptomy przystosowania się, należy przypisać całkiem innym przy­czynom][12].

3. WPROWADZENIE SOCJALIZMU POPRZEZ REFORMY SOCJALNE

Bernstein odrzuca „teorię krachu kapitalizmu" jako histo­ryczną drogę prowadzącą do realizacji społeczeństwa socjali­stycznego. Ale która droga wiedzie do tego celu z punktu widze­nia „teorii o przystosowywaniu się kapitalizmu"? Bernstein od­powiedział na to pytanie tylko aluzjami; próbę obszerniejszej odpowiedzi w duchu Bernsteina podjął Konrad Schmidt[13].

Według niego „walka ekonomiczna związków zawodowych i walka polityczna o reformy socjalne" doprowadzi „do coraz dalej sięgającej społecznej kontroli nad warunkami produkcji" i w drodze ustawodawczej „sprowadzi właściciela kapitału przez ograniczenie jego praw coraz bardziej do roli zarządcy", aż wre­szcie „spokorniałemu kapitaliście, który będzie widział, że wła­sność jego przedstawia dla niego coraz mniejszą wartość, odbie­rze się kierownictwo i zarządzanie jego przedsiębiorstwem", i w ten sposób zaprowadzi się ostatecznie przedsiębiorstwo uspołecznione.

A więc związki zawodowe, reformy socjalne i ponadto, jak dodaje Bernstein, polityczna demokratyzacja państwa - oto środki stopniowego wprowadzania socjalizmu.

Zacznijmy od związków zawodowych. Ich najważniejsza funkcja - a nikt nie wyłuszczył tego lepiej niż sam Bernstein w 1891 r. w Neue Zeit - polega na tym, że są one dla robotników środkiem urzeczywistniania kapitalistycznego prawa płacy, czy­li sprzedaży siły roboczej po jej każdorazowej cenie rynkowej. Związki zawodowe służą proletariatowi w ten sposób, że pozwa­lają mu wykorzystać dla siebie każdorazową koniunkturę na rynku pracy Sama ta koniunktura jednak, tzn. z jednej strony uwarunkowany stanem produkcji popyt na silę roboczą, z dru­giej zaś podaż siły roboczej, wynikająca z proletaryzacji warstw średnich i z przyrostu naturalnego klasy robotniczej, a wreszcie każdorazowy stopień wydajności pracy znajdują się poza sferą oddziaływania związków zawodowych. Nie mogą one zatem obalić prawa płacy; mogą w najlepszym wypadku sprowadzić wyzysk kapitalistyczny każdorazowo do „normalnych" granic, ale nie mogą bynajmniej znosić stopniowo samego wyzysku.

Konrad Schmidt nazywa co prawda obecny stan ruchu związkowego „słabym stadium początkowym" i obiecuje sobie, że w przyszłości „związki zawodowe mieć będą stale wzrastają­cy wpływ na regulację samej produkcji". Przez regulację pro­dukcji rozumieć można jednak tylko dwie rzeczy: ingerencję w techniczną stronę procesu wytwórczego i ustalanie rozmiarów samej produkcji. Jakiego rodzaju może być w obu tych kwe­stiach oddziaływanie związków zawodowych? Jest jasne, że w dziedzinie techniki produkcji interes kapitalisty jest w pew­nych granicach zbieżny z postępem i rozwojem gospodarki ka­pitalistycznej. Własny jego interes jest bodźcem pchającym go do ulepszeń technicznych. Indywidualny robotnik natomiast zajmuje w tej sprawie stanowisko wręcz przeciwstawne: każdy przewrót techniczny jest sprzeczny z interesami dotkniętych nim bezpośrednio robotników i pogarsza wprost ich położenie, gdyż deprecjonuje siłę roboczą i czyni pracę intensywniejszą, bar­dziej monotonną i męczącą. Jeśli związek zawodowy zechce in­gerować w techniczną stronę produkcji, może czynić to oczywi­ście tylko w tym ostatnim sensie, tzn. w duchu bezpośrednio za­interesowanej poszczególnej grupy robotników, a zatem może tylko sprzeciwić się innowacjom. W tym wypadku działa jednak nie w interesie całej klasy robotniczej i jej emancypacji, który jest raczej zgodny z postępem technicznym, tj. z interesem indy­widualnego kapitalisty, lecz wręcz przeciwnie, w interesie reak­cji. I w rzeczy samej dążenie do wywierania wpływu na tech­niczną stronę produkcji znajdujemy nie w przyszłości, gdzie Konrad Schmidt go szuka, lecz w przeszłości ruchu związkowego Określa ono wcześniejszą fazę angielskiego tradeunionizmu (do lat sześćdziesiątych), w której tradeunionizm nawiązywał je­szcze do średniowiecznych tradycji cechowych i w sposób wiel­ce charakterystyczny kierował się przestarzałą zasadą „nabytego prawa do godziwej pracy"[14]. Dążenie związków zawodowych do ustalania rozmiarów produkcji i cen towarów jest natomiast zja­wiskiem zupełnie nowym. Dopiero w ostatnich czasach jesteśmy świadkami - znowu tylko w Anglii - podejmowanych w tym kierunku prób[15]. Z charakteru swego i tendencji nowe te dążenia posiadają jednak zupełnie tę samą wartość, co dawniej­sze. Do czego bowiem sprowadza się siłą rzeczy aktywny udział związku zawodowego w ustalaniu rozmiarów produkcji i cen to­warów? Do kartelu robotników z przedsiębiorcami przeciw kon­sumentom, i to przy użyciu środków przymusowych przeciw konkurującym przedsiębiorcom, przy czym środki te w niczym nie ustępują metodom stosowanym przez normalne związki przedsiębiorców. Nie jest to już w gruncie rzeczy walka między pracą a kapitałem, lecz solidarna walka kapitału i siły roboczej przeciw konsumującemu społeczeństwu. Pod względem swej wartości społecznej jest to poczynanie reakcyjne, które nie mo­że stanowić etapu w walce o wyzwolenie proletariatu choćby już z tego powodu, że jest przeciwieństwem walki klasowej. Pod względem wartości praktycznej jest to utopia, gdyż - jak wyka­zuje krótkie zastanowienie się - nie może nigdy objąć więk­szych, produkujących na rynek światowy gałęzi przemysłu.

Działalność związków zawodowych ogranicza się więc głównie do walki o płace i skrócenie czasu pracy, tzn. jedynie do regulowania wyzysku kapitalistycznego w zależności od stosunków rynkowych; oddziaływanie na proces wytwórczy pozostaje dla nich z natury rzeczy niedostępne. Co więcej, cała tendencja rozwojowa ruchu związkowego zmierza - w zupełnym przeci­wieństwie do tego, co o tym sądzi Konrad Schmidt - w kierun­ku uwolnienia rynku pracy od jakiegokolwiek bezpośredniego związku z pozostałym rynkiem towarowym. Najbardziej zna­mienny jest pod tym względem fakt, że nawet dążenie, by choć­by biernie, przez wprowadzenie systemu ruchomej skali płac, ustanowić bezpośredni związek między umową o pracę a ogól­nym stanem produkcji, pozostało już obecnie w tyle za rozwo­jem wypadków i że angielskie trade-uniony coraz bardziej się od tego systemu odwracają[16].

Ale także w rzeczywistych granicach swego oddziaływania ruch związkowy nie zmierza - wbrew założeniom teorii o przy­stosowywaniu się kapitalizmu - do nieograniczonego rozsze­rzania się. Wręcz przeciwnie! Jeżeli weźmiemy pod rozwagę dłuższe okresy rozwoju społecznego, to nie sposób pominąć faktu, że na ogół zbliżamy się nie do okresu zwycięskiego roz­woju potęgi ruchu związkowego, lecz do okresu rosnących trud­ności tego ruchu. Gdy rozwój przemysłu osiągnie swój punkt szczytowy i na rynku światowym kapitał poruszać się zacznie po krzywej „spadku", wówczas walka związków zawodowych stanie się podwójnie trudna: po pierwsze, ulegnie pogorszeniu obiektywna koniunktura na rynku siły roboczej, gdyż popyt bę­dzie wzrastał wolniej, a podaż szybciej niż obecnie; po drugie, kapitał rzuci się tym bezwzględniej na należną robotnikowi część produktu, aby w ten sposób powetować sobie straty po­niesione na rynku światowym. Redukcja wynagrodzenia za pracę jest wszak jednym z najważniejszych środków hamują­cych spadek stopy zysku![17] Anglia jest dla nas już obecnie obrazem rozpoczynającego się drugiego stadium ruchu związ­kowego. Ruch ten ogranicza się obecnie z konieczności coraz bardziej jedynie do obrony tego, co dotychczas osiągnięto, a i to staje się coraz trudniejsze. Odpowiednikiem tego ogólnego biegu rzeczy jest właśnie ożywienie politycznej i socjalistycznej walki klas.

Ten sam błąd, polegający na odwróceniu perspektywy histo­rycznej, popełnia Konrad Schmidt w ocenie reform socjalnych, po których obiecuje sobie, że „ręka w rękę ze związkowymi zrzeszeniami robotniczymi narzucą klasie kapitalistów warunki, na których wyłącznej podstawie będzie mogła zatrudniać siłę roboczą". W sensie tak pojętej reformy socjalnej nazywa Bern­stein ustawy fabryczne zaczątkiem „kontroli społecznej" i jako takie - zaczątkiem socjalizmu. Także Konrad Schmidt mówi 0 „kontroli społecznej" wszędzie tam, gdzie omawia państwową ochronę pracy, i zmieniwszy w ten sposób szczęśliwie państwo w społeczeństwo, dodaje już ze spokojem ducha: „tj. rozwijają­ca się klasa robotnicza"; przez tę operację niewinne postanowie­nia niemieckiego Bundesratu o ochronie pracy zmieniają się w socjalistyczne środki przejściowe niemieckiego proletariatu.

Mistyfikacja jest tu zupełnie oczywista. Obecne państwo nie jest właśnie żadnym „społeczeństwem" w sensie „rozwijającej się klasy robotniczej", lecz przedstawicielem społeczeństwa ka­pitalistycznego, a więc państwem klasowym. Dlatego też reali­zowana przez nie reforma socjalna nie jest działaniem „kontroli społecznej", tj. kontroli wolnego pracującego społeczeństwa nad własnym procesem pracy, lecz kontrolą organizacji klasowej ka­pitału nad procesem wytwórczym kapitału. W tym właśnie, tzn. w interesach kapitału, reforma socjalna znajduje swe naturalne granice. Rozumie się, że Bernstein i Konrad Schmidt widzą i pod tym względem w teraźniejszości tylko „słabe stadium po­czątkowe" i obiecują sobie w przyszłości sięgającą w nieskoń­czoność reformę socjalną na korzyść klasy robotniczej. Popeł­niają jednak przy tym taki sam błąd jak przy przewidywaniu nie­ograniczonego rozwoju potęgi ruchu związkowego.

Teoria stopniowego wprowadzania socjalizmu poprzez re­formy socjalne zakłada jako warunek - i tu leży jej punkt cięż­kości - pewien określony, obiektywny rozwój zarówno własno­ści kapitalistycznej, jak i państwa. Co się tyczy własności kapi­talistycznej, schemat przyszłego rozwoju idzie według założeń Konrada Schmidta w tym kierunku, aby „sprowadzić właścicie­la kapitału przez ograniczenie jego praw coraz bardziej do roli zarządcy". Wobec rzekomej niemożliwości jednorazowego na­głego wywłaszczenia środków produkcji, preparuje sobie Kon­rad Schmidt teorię o stopniowym wywłaszczaniu. W tym celu konstruuje jako konieczne założenie rozszczepienie prawa wła­sności na „własność zwierzchnią", którą wyznacza „społeczeń­stwu" i której rozmiar miałby się stale powiększać, i na „wła­sność użytkową", która w rękach kapitalisty ma się coraz bar­dziej kurczyć, aż stanie się zwykłym zarządzaniem własnym przedsiębiorstwem. Otóż konstrukcja ta jest albo niewinną grą słów, przy której nie miano nic ważnego na myśli, a wtedy teo­ria o stopniowym wywłaszczaniu nie ma żadnego pokrycia, al­bo też jest to na serio pomyślany schemat rozwoju prawnego, a wtedy jest on zupełnie mylny. Rozszczepienie tkwiących w prawie własności różnych uprawnień, do którego Konrad Schmidt ucieka się dla uzasadnienia swojego „stopniowego wy­właszczania", jest charakterystyczne dla społeczeństwa o gospo­darce feudalno-naturalnej, w którym podział produktu pomię­dzy różne klasy społeczne odbywał się w naturze i na podstawie stosunków osobistych między feudałem a jego poddanymi. Roz­szczepienie własności na rozmaite prawa cząstkowe było tam daną z góry organizacją podziału bogactwa społecznego. Wraz z przejściem do produkcji towarowej i zanikiem wszelkich oso­bistych więzów między poszczególnymi uczestnikami procesu wytwórczego umocnił się, na odwrót, stosunek między człowie­kiem a rzeczą, a więc własność prywatna. Z chwilą gdy przy podziale miejsce stosunków osobistych zajęła już wymiana, roz­maite roszczenia o udział w bogactwie społecznym mierzy się nie cząstkami prawa własności do wspólnego przedmiotu, lecz wartością, którą każdy przynosi na rynek. Pierwszym przewro­tem w stosunkach prawnych, towarzyszącym pojawieniu się wy­miany towarowej w średniowiecznych komunach miejskich, by­ło też ukształtowanie się absolutnej, zwartej własności prywat­nej w łonie feudalnych stosunków prawnych o własności podzielonej. W produkcji kapitalistycznej rozwój ten trwa nadal. Im bardziej społeczny staje się proces wytwórczy, w tym więk­szym stopniu proces podziału opiera się wyłącznie na wymianie i tym bardziej nienaruszalna i zwarta staje się kapitalistyczna własność prywatna, tym bardziej własność kapitału przedzierzga się z prawa do wytworu własnej pracy w wyłączne prawo do przywłaszczania sobie wytworów cudzej pracy. Dopóki kapitali­sta sam kieruje fabryką, dopóty podział jest jeszcze do pewne­go stopnia związany z jego osobistym udziałem w procesie wy­twórczym. W miarę jak osobiste kierownictwo fabrykanta staje się zbędne, a już całkowicie w spółkach akcyjnych, własność kapitału jako tytuł roszczenia o udział w podziale produktu oddzie­lił się w zupełności od osobistego stosunku do produkcji i uka­zuje się w swej najczystszej, zwartej formie. Dopiero w kapita­le akcyjnym i w przemysłowym kapitale kredytowym kapitali­styczne prawo własności dochodzi do pełnego rozwoju.

Historyczny schemat rozwoju kapitalisty, określony przez Konrada Schmidta słowami: „od właściciela do zwykłego za­rządcy", jest zatem odwróceniem rzeczywistego rozwoju, który prowadzi od właściciela i zarządcy do samego tylko właściciela. Konrad Schmidt mógłby w tej sprawie odnieść do siebie słowa Goethego:

Was er besitzt, das sieht er wie im Weiten,
Und was verschwand, wird ihm zu Wirklichkeiten[18]

I podobnie jak jego historyczny schemat cofa się pod wzglę­dem ekonomicznym od nowoczesnej spółki akcyjnej do manu­faktury, a nawet do warsztatu rzemieślniczego, tak pod wzglę­dem prawnym chce on świat kapitalistyczny cofnąć do powija­ków gospodarki feudalno-naturalnej.

Z tego punktu widzenia ukazuje się także „kontrola społecz­na" w innym świetle, niż ją widzi Konrad Schmidt. To, co dzi­siaj działa jako „kontrola społeczna" - ochrona pracy, nadzór nad spółkami akcyjnymi itp. - nie ma w rzeczywistości absolut­nie nic wspólnego z udziałem w prawie własności, z „własno­ścią zwierzchnią". Kontrola ta działa niejako ograniczenie wła­sności kapitalistycznej, lecz przeciwnie, jako jej ochrona. Albo, używając terminów ekonomicznych, stanowi ona nie naruszenie istoty kapitalistycznego wyzysku, lecz normalizację, uporządko­wanie tego wyzysku. I jeżeli Bernstein stawia pytanie, czy usta­wa fabryczna zawiera dużo, czy mało socjalizmu, to możemy go zapewnić, że nawet w najlepszej ustawie fabrycznej tkwi dokła­dnie tyle „socjalizmu", ile go się mieści w zarządzeniach magi­stratu o czyszczeniu ulic i zapalaniu latarni gazowych, co prze­cież jest też „kontrolą społeczną".

4. POLITYKA CELNA I MILITARYZM

Drugą przesłanką stopniowego wprowadzania socjalizmu jest - zdaniem Edwarda Bernsteina - ewolucyjne przekształca­nie się państwa w społeczeństwo. Truizmem wprost stało się już powiedzenie, że dzisiejsze państwo jest państwem klasowym. Według nas jednak powinno się także to zdanie - jak zresztą wszystko, co dotyczy społeczeństwa kapitalistycznego - pojmo­wać niejako określające coś stale i bezwzględnie obowiązujące­go, lecz coś znajdującego się w stałym rozwoju.

Po politycznym zwycięstwie burżuazji państwo stało się państwem kapitalistycznym. Sam rozwój kapitalistyczny zmie­nia wprawdzie w sposób istotny naturę państwa, albowiem roz­szerza coraz bardziej sferę jego działania, wyznacza mu nowe funkcje, mianowicie czyni coraz bardziej konieczną kontrolę i ingerencję państwa w życie gospodarcze. W tym sensie przy­gotowuje się powoli przyszłe stapianie się państwa ze społeczeń­stwem, rzec można - przywrócenie społeczeństwu funkcji spra­wowanych przez państwo. W tym znaczeniu można też mówić o ewolucyjnym przekształcaniu się kapitalistycznego państwa w społeczeństwo i w tym niewątpliwie znaczeniu mówi Marks, że ochrona pracy jest pierwszą świadomą ingerencją „społe­czeństwa" w proces życia społecznego - zdanie, na które Bern­stein się powołuje.

Z drugiej jednak strony ten sam rozwój kapitalizmu powo­duje w istocie państwa inną przemianę. Przede wszystkim pań­stwo dzisiejsze jest organizacją panującej klasy kapitalistów. Je­żeli w interesie rozwoju społecznego przejmuje ono różne funk­cje leżące w interesie ogólnym, to czyni to tylko dlatego, że i o ile interesy te i rozwój społeczny są w ogólnych zarysach zgodne z interesami klasy panującej. Na przykład ochrona pracy leży zarówno w bezpośrednim interesie kapitalistów jako klasy, jak i w interesie całego społeczeństwa. Ale harmonia ta trwa tyl­ko do pewnego określonego momentu rozwoju kapitalizmu. Z chwilą, gdy rozwój ten osiągnął pewien określony punkt - in­teresy burżuazji jako klasy i interesy postępu ekonomicznego stają się, także w sensie kapitalistycznym, rozbieżne. Jesteśmy zdania, że ta faza już nastąpiła; uwidacznia się to w dwóch naj­ważniejszych przejawach dzisiejszego życia społecznego, a mia­nowicie w p o 1 i tyce celnej i w militaryzmie. Oba te czynniki - zarówno polityka celna, jak militaryzm - odegra­ły w historii kapitalizmu swoją niezbędną i odpowiednio do te­go postępową rolę. Bez ochrony celnej nie mógłby był zapewne powstać w poszczególnych krajach ciężki przemysł. Dzisiaj jed­nak rzecz ma się inaczej. [We wszystkich najważniejszych kra­jach, a szczególnie w tych, które najgorliwiej uprawiają politykę celną, produkcja kapitalistyczna osiągnęła przeciętnie ten sam poziom][19]. Z punktu widzenia rozwoju kapitalizmu, tzn. z punktu widzenia gospodarki światowej, jest dzisiaj zupełnie obojętne, czy Niemcy wywożą więcej towarów do Anglii, czy też Anglia do Niemiec. Z punktu widzenia tegoż rozwoju Mu­rzyn zrobił swoje i mógłby odejść. Tak, powinien by ode­jść. Przy istniejącej dzisiaj wzajemnej zależności między rozma­itymi gałęziami przemysłu cło ochronne na pewne towary musi spowodować podrożenie innych towarów w kraju, tzn. znowu zahamować przemysł. Nie tak jednak przedstawia się sprawa z punktu widzenia interesów klasy kapitalistów. Prze­mysł nie potrzebuje dla swego rozwoju ochrony celnej, potrze­buje jej natomiast przedsiębiorca dla ochrony swego zbytu. Zna­czy to, że cło nie służy już dzisiaj do ochrony rozwijającej się produkcji kapitalistycznej przed produkcją bardziej dojrzałą, lecz jest środkiem walki grupy kapitalistów jednego państwa przeciwko grupie kapitalistów innego państwa. Cła nie są też już dzisiaj potrzebne jako środek ochrony przemysłu w celu utwo­rzenia i zdobycia rynku wewnętrznego, lecz jako nieodzowny środek kartelizacji przemysłu, tzn. do walki kapitalistycznych producentów przeciw konsumującemu społeczeństwu. Wreszcie fakt, który najjaskrawiej uwydatnia specyficzny charakter dzi­siejszej polityki celnej, mianowicie to, że decydującą rolę od­grywa w niej obecnie nie przemysł, lecz rolnictwo, tzn. że poli­tyka celna stała się dziś właściwie środkiem do nadawania interesom feudalnym formy kapitalistycz­nej i do wyrażania ich w tej formie.

Taka sama zmiana nastąpiła w militaryzmie. Jeżeli będzie­my rozpatrywali historię nie taką, jaką mogła lub powinna była być, lecz jaką była rzeczywiście, to będziemy musieli stwier­dzić, że wojna stanowiła nieodzowny czynnik rozwoju kapitali­zmu. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i Niemcy, Włochy i państwa bałkańskie, Rosja i Polska - wszystkie te państwa za­wdzięczają warunki względnie bodziec do swego kapitalistycz­nego rozwoju wojnom, niezależnie od tego, czy były to wojny zwycięskie, czy też zakończone klęską. Dopóki istniały kraje, których wewnętrzne rozdrobnienie względnie odosobnienie spo­wodowane gospodarką naturalną należało przezwyciężyć, do­póty militaryzm odgrywał rolę rewolucyjną w sensie kapitali­stycznym. Także i tu rzecz ma się jednak dzisiaj inaczej. [Mili­taryzm nie może już dzisiaj uprzystępnić nowych krajów dla ka­pitalizmu][20]. Jeśli polityka światowa stała się areną grożących konfliktów, to nie dlatego, że chodzi o odkrycie nowych krajów dla kapitalizmu, lecz ze względu na dojrzałe przeciwieństwa europejskie, które przeszczepiły się do innych części świa­ta i teraz dochodzą tam gwałtownie do głosu. Państwa, które dzi­siaj stoją naprzeciw siebie z bronią w ręku, wszystko jedno czy w Europie, czy też w innych częściach świata - to nie z jednej strony kraje kapitalistyczne, a z drugiej kraje o gospodarce na­turalnej, lecz państwa, które do konfliktu pcha właśnie jedno­rodność ich wysokiego kapitalistycznego rozwoju. Dla samego tego rozwoju konflikt, jeżeli wybuchnie, może w tych warun­kach mieć jedynie fatalne skutki, gdyż wywoła głęboki wstrząs i przewrót w życiu gospodarczym wszystkich krajów kapitali­stycznych. Inaczej jednak wygląda sprawa z punktu widzenia klasy kapitalistów. Dla niej militaryzm stał się dzisiaj niezbędny z trzech względów: po pierwsze, jako środek walki konkurujących interesów kapitalistów jednego kraju przeciwko grupom kapitalistów innego kraju, po drugie, jako najważniej­szy rodzaj inwestycji zarówno dla kapitału finansowego, jak i przemysłowego, a po trzecie, jako instrument panowania klaso­wego wewnątrz kraju, wymierzony przeciw ludowi pracującemu - a więc dla ochrony interesów, które nie mają nic wspólnego z postępem kapitalistycznego sposobu produkcji. Specyficzny charakter dzisiejszego militaryzmu ujawnia się najwyraźniej, po pierwsze, w ogólnym jego rozwoju dokonującym się na wyścigi we wszystkich krajach, niejako na mocy własnej, wewnętrznej, mechanicznej siły napędowej militaryzmu, zjawisko przed kilku dziesiątkami lat jeszcze zupełnie nie znane, a następnie w fatal­nej wręcz nieuchronności zbliżającego się wybuchu, przy rów­noczesnej zupełnej nieokreśloności powodu wybuchu, bezpośre­dnio zainteresowanych państw, przedmiotu sporu i wszystkich bliższych okoliczności. Z siły napędowej rozwoju kapitalizmu militaryzm także stał się chorobą kapitalizmu.

Wobec opisanej sprzeczności między rozwojem społecznym a interesami klasy panującej państwo staje po stronie klasy pa­nującej. Popada ono w swej polityce, podobnie jak burżuazja, w sprzeczność z rozwojem społecznym, zatraca za­tem coraz bardziej charakter przedstawiciela całego społeczeń­stwa i w miarę tego staje się w coraz większym stopniu pań­stwem klasowym. Albo wyrażając się ściślej, obie te jego właściwości oddzielają się od siebie i przekształcają się w ostrą sprzeczność wewnątrz istoty państwa. A sprzeczność ta sta­je się z każdym dniem ostrzejsza. Albowiem z jednej strony roz­szerzają się funkcje państwa o charakterze ogólnym, jego inge­rencja w życie społeczeństwa i „kontrola" nad nim. Z drugiej jednak strony charakter klasowy zmusza państwo do przesuwa­nia w coraz większym stopniu punktu ciężkości swej działalno­ści i środków swej władzy w dziedziny, które przynoszą pożytek tylko interesom klasowym burżuazji, dla społeczeństwa nato­miast mają znaczenie wyłącznie negatywne, a więc w dziedzinę militaryzmu, polityki celnej i kolonialnej. Po wtóre, „społeczną kontrolę" państwa przenika i opanowuje wskutek tego coraz bar­dziej charakter klasowy (por. sposób realizowania ochrony pra­cy we wszystkich krajach).

Z opisaną tu zmianą w istocie państwa nie tylko nie jest sprzeczny, lecz odpowiada jej w zupełności rozwój demokracji, w którym Bernstein widzi również środek stopniowego wprowa­dzania socjalizmu.

Jak wyjaśnia Konrad Schmidt, zdobycie przez socjaldemo­krację większości w parlamencie ma być bezpośrednią drogą stopniowej socjalizacji społeczeństwa. Otóż demokratyczne for­my życia politycznego są niewątpliwie zjawiskiem, które najdo­bitniej wyraża przekształcanie się państwa w społeczeństwo i o tyle też stanowi etap prowadzący do socjalistycznego prze­wrotu. Ale scharakteryzowana już przez nas sprzeczność, tkwią­ca w istocie państwa, występuje tym jaskrawiej w nowoczesnym parlamentaryzmie. Wprawdzie parlamentaryzm, jeśli chodzi o swą formę, służy do tego, aby w organizacji państwowej zna­lazły wyraz interesy całego społeczeństwa. Z drugiej jednak strony wyraża on tylko społeczeństwo kapitalistyczne, tj. społe­czeństwo, w którym miarodajne są interesy kapitalistycz­ne. Instytucje demokratyczne pod względem swej formy stają się zatem pod względem swej treści narzędziem panujących in­teresów klasowych. Znajduje to jaskrawe odbicie w fakcie, że gdy tylko demokracja wykazuje tendencję do wyparcia się swe­go charakteru klasowego i przekształcenia w narzędzie prawdzi­wych interesów ludu, burżuazja i jej przedstawicielstwo pań­stwowe natychmiast poświęca formy demokratyczne. Idea so­cjaldemokratycznej większości parlamentarnej okazuje się wo­bec tego kalkulacją, która - całkiem w duchu burżuazyjnego li­beralizmu - bierze pod uwagę tylko jedną, formalną stronę de­mokracji, pomija natomiast zupełnie drugą stronę, mianowicie jej realną treść. Parlamentaryzm zaś jako całość okazuje się nie elementem bezpośrednio socjalistycznym, który przenika stop­niowo społeczeństwo kapitalistyczne, jak to przyjmuje Bernste­in, lecz, na odwrót, specyficznym środkiem burżuazyjnego pań­stwa klasowego, powołanym do doprowadzenia do stanu dojrza­łości sprzeczności kapitalistycznych i do nadania im zakończo­nej formy.

Wobec takiego obiektywnego rozwoju państwa teza Bernste­ina i Konrada Schmidta o rosnącej „kontroli społecznej", która ma bezpośrednio wprowadzić socjalizm, zmienia się we frazes, który z każdym dniem coraz bardziej sprzeczny jest z rzeczywi­stością.

Teoria o stopniowym wprowadzaniu socjalizmu sprowadza się do stopniowej reformy własności kapitalistycznej i państwa kapitalistycznego w kierunku socjalistycznym. Obie te instytu­cje rozwijają się wszelako na podstawie obiektywnego przebie­gu wydarzeń w łonie obecnego społeczeństwa w kierunku wręcz przeciwnym. Proces produkcji staje się coraz bardziej społecz­ny, a ingerencja, kontrola państwa nad tym procesem staje się coraz szersza. Jednocześnie jednak własność prywatna staje się coraz bardziej formą nagiego kapitalistycznego wyzysku cudzej pracy, a kontrolę państwową przenikają coraz wyłączniej kapita­listyczne interesy klasowe. Wobec tego że państwo, tj. poli­tyczna organizacja kapitalizmu, i stosunki własnościowe, tj. prawna organizacja kapitalizmu, stają się coraz bardziej kapitalistyczne, a nie socjalistyczne, przeto stawiają one te­orii o stopniowym wprowadzaniu socjalizmu dwie nieprzezwy­ciężone przeszkody.

Idea Fouriera, aby przez system falansterów przemienić wo­dę morską na całej kuli ziemskiej w lemoniadę, była bardzo fan­tastyczna. Ale idea Bernsteina, by przez dolewanie flaszkami socjalreformistycznej lemoniady przekształcić morze kapitali­stycznej goryczy w morze socjalistycznej słodyczy, jest tylko bardziej trywialna, ale ani o włos mniej fantastyczna.

Stosunki wytwórcze społeczeństwa kapitalistycznego zbli­żają się coraz bardziej do socjalistycznych, natomiast jego sto­sunki polityczne i prawne wznoszą coraz wyższy mur między społeczeństwem kapitalistycznym a socjalistycznym. Rozwój reform socjalnych i demokracji muru tego nie przebija, lecz wręcz przeciwnie, czyni go bardziej twardym i zwartym. Obalić więc może go tylko młot rewolucji, tzn. zdobycie władzy politycznej przez proletariat.

5. PRAKTYCZNE KONSEKWENCJE I OGÓLNY CHARAKTER REWIZJONIZMU

W pierwszym rozdziale staraliśmy się wykazać, że teoria Bernsteina odrywa program socjalistyczny od materialnej pod­stawy i umieszcza go na bazie idealistycznej. Odnosi się to do uzasadnienia teoretycznego. Jak wygląda jednak ta teoria przeło­żona na język praktyki? Na pierwszy rzut oka i formalnie nic różni się ona wcale od dotychczasowej praktyki walki socjalde­mokratycznej. Związki zawodowe, walka o reformy socjalne i demokratyzację instytucji politycznych - wszystko to stanowi właśnie formalną treść działalności partii socjaldemokratycznej. Różnica leży więc nie w odpowiedzi na pytanie „c o", lecz w od­powiedzi na pytanie „j a k". Według tego, jak sprawa ma się obe­cnie, walkę związkową i parlamentarną uważa się za środek, za pomocą którego należy proletariat stopniowo poprowadzić i przygotować do zdobycia władzy politycznej. Według poglądu rewizjonistycznego walkę tę winno się - wobec niemożliwości i bezcelowości zdobycia władzy politycznej - prowadzić jedynie ze względu na jej bezpośrednie wyniki, tzn. w celu osiągnięcia poprawy materialnego położenia robotników i stopniowego ograniczania wyzysku kapitalistycznego oraz rozszerzania kon­troli społecznej. Jeżeli pominiemy cel bezpośredniej poprawy położenia robotników, jako wspólny obu poglądom, a więc za­równo przyjętemu dotąd w partii, jak i rewizjonistycznemu, to cała różnica streszcza się, krótko mówiąc, w tym, że według do­tychczas przyjętego poglądu socjalistyczne znaczenie walki związkowej i politycznej polega na tym, iż przygotowuje ona proletariat, tzn. subiektywny czynnik przewrotu socjali­stycznego, do przeprowadzenia tego przewrotu, podczas gdy we­dług Bernsteina znaczenie to polega na tym, że walka związko­wa i polityczna ma ograniczać stopniowo sam wyzysk kapitali­styczny, pozbawiać społeczeństwo kapitalistyczne w coraz większym stopniu charakteru kapitalistycznego i nadawać mu charakter socjalistyczny, że ma, jednym słowem, spowodować W sensie obiektywnym przewrót socjalistyczny. Jeżeli sprawie przyjrzeć się bliżej, to oba poglądy są wręcz przeciwstawne. Według przyjętego w partii poglądu proletariat dochodzi przez walkę związkową i polityczną do przekonania, że zasadnicze przekształcenie jego położenia przez tę walkę jest niemożli­we i że definitywne przejęcie przezeń środków władzy politycz­nej jest nieuchronne. W poglądzie Bernsteina zakłada się nie­możliwość przejęcia władzy politycznej, aby stąd wyprowadzić lezę, że ustrój socjalistyczny można zrealizować przez samą tyl­ko walkę związkową i polityczną.

Socjalistyczny charakter walki związkowej i parlamentarnej polega zatem u Bernsteina na wierze, że walka ta będzie oddzia­ływać stopniowo w sensie socjalizującym na gospodarkę kapita­listyczną. Takie oddziaływanie jest jednak - jak staraliśmy się wykazać - czystym urojeniem. Kapitalistyczne instytucje własności i państwa rozwijają się w przeciwnym kierunku. Wsku­tek tego jednak praktyczna walka codzienna socjaldemokracji traci w ostatecznym rachunku wszelki związek z socjalizmem. Wielkie socjalistyczne znaczenie walki związkowej i politycznej polega na tym, że kształtuje ona w sensie socjalistycznym świadomość proletariatu, że organizuje proletariat jako klasę. Z chwilą gdy pojmuje się ją jako środek bezpośredniej so­cjalizacji gospodarki kapitalistycznej, walka ta nie tylko przesta­je oddziaływać w przypisywany jej sposób, lecz traci zarazem drugie swe znaczenie: przestaje być środkiem przygotowania klasy robotniczej do proletariackiego zdobycia władzy.

Dlatego też jest zupełnym nieporozumieniem, gdy Edward Bernstein i Konrad Schmidt uspokajają się, że przy ogranicze­niu całej walki do reformy socjalnej i związków zawodowych cel ostateczny ruchu robotniczego jednak nie ginie, albowiem każdy krok po tej drodze ma szersze znaczenie i w ten sposób cel socjalistyczny tkwi jako tendencja w samym ruchu. Jest to istotnie w pełni słuszne, jeśli chodzi o obecną taktykę socjalde­mokracji niemieckiej, tzn. gdy świadome i stanowcze dążenie do zdobycia władzy politycznej jest gwiazdą przewo­dnią przyświecającą walce związków zawodowych i walce o reformę socjalną. Ale gdy to dążenie odłączy się od ruchu i wysunie reformę socjalną, jako cel sam w sobie, to nie tylko nie doprowadzi ona do urzeczywistnienia socjalistycznego celu ostatecznego, lecz raczej przeciwnie. Konrad Schmidt zdaje się po prostu na mechaniczny niejako ruch, który raz rozkołysany nie może sam przez się zatrzymać się, a to na podstawie proste­go twierdzenia, że apetyt przychodzi w miarę jedzenia i klasa ro­botnicza nie może nigdy zadowolić się reformami, dopóki nie zostanie zakończony przewrót socjalistyczny. Założenie to jest wprawdzie słuszne i rękojmią tego jest dla nas niewystarczalność kapitalistycznej reformy socjalnej, ale wysnuty stąd wnio­sek mógłby być słuszny tylko wtedy kiedy udałoby się skon­struować nieprzerwany łańcuch ciągłych i stale rosnących re­form socjalnych, wiodący od dzisiejszego ustroju społecznego bezpośrednio do socjalistycznego. Jest to jednak fantazja; łań­cuch taki z natury rzeczy bardzo rychło pęknie, a drogi, które ruch od tej chwili może obrać, są różnorodne.

Najprawdopodobniej nastąpi wówczas zmiana taktyki w tym kierunku, by wszelkimi środkami zabezpieczyć praktycz­ne wyniki walki, tzn. reformy socjalne. Nieprzejednane, ostre stanowisko klasowe, które ma sens wtedy, kiedy się dąży do zdo­bycia władzy politycznej, stanie się coraz bardziej tylko prze­szkodą, gdy głównym celem będą bezpośrednie sukcesy prak­tyczne. Następnym krokiem będzie zatem „polityka kompensa­cji" - mówiąc po prostu: polityka przetargów - i pojednawcza, w duchu racji stanu rozsądna postawa. Ruch nie może się jednak zatrzymać na długo. A ponieważ w świecie kapitalistycznym re­forma socjalna jest i zawsze pozostanie pustym orzechem -bez względu na to, jaką obierze się taktykę - więc następnym logicznym krokiem będzie rozczarowanie się także do reformy socjalnej, tj. spokojna przystań, do której teraz przybili profesorowie Schmoller i ska., którzy przecież także przebyli cały wiel­ki i mały świat na socjalreformistycznych wodach, by wreszcie wszystko zdać na łaskę opatrzności[21]. Socjalizm nie wynika więc bynajmniej sam przez się i we wszystkich okolicznościach z co­dziennej walki klasy robotniczej. Wynika natomiast tylko z coraz bardziej zaostrzających się sprzeczności gospodarki kapita­listycznej i z uświadomienia sobie przez klasę robotniczą ko­nieczności zniesienia tej gospodarki przez przewrót socjalny. Jeżli - jak to czyni rewizjonizm - zaprzecza się zaostrzaniu sprzeczności w gospodarce kapitalistycznej i odrzuca koniecz­ność przewrotu socjalnego, to ruch robotniczy redukuje się zra­zu do prostej działalności związkowej i do działalności na rzecz reformy socjalnej, by siłą własnego ciążenia doprowadzić osta­tecznie do porzucenia stanowiska klasowego.

Konsekwencje te wyjdą również na jaw, jeżeli będziemy rozpatrywali teorię rewizjonistyczną jeszcze z innej strony i po­stawimy sobie pytanie, jaki jest ogólny charakter tych poglądów. Jest oczywiste, że rewizjonizm nie stoi na gruncie stosunków kapitalistycznych i nie zaprzecza istnieniu sprzeczności w tych stosunkach, jak to czynią ekonomiści burżuazyjni. Przeciwnie -podobnie jak pogląd marksowski - przyjmuje on w swej teorii za punkt wyjścia założenie, że sprzeczności te istnieją. Z drugiej strony jednakże - i to jest zarówno jądrem poglądu rewizjoni­stycznego w ogóle, jak i zasadniczą różnicą między nim a przy­jętym dotychczas poglądem socjaldemokratycznym - nie opiera się on w swej teorii na zniesieniu tych sprzeczności przez ich własny konsekwentny rozwój.

Teoria rewizjonizmu zajmuje miejsce pośrednie między obiema skrajnościami; nie chce doprowadzić sprzeczności kapitalistycznych do pełnej dojrzałości i znieść ich w punkcie szczytowym przez przewrót rewolucyjny, lecz chce złamać ich ostrze, chce je stępić. Tak właśnie brak kryzysów i organiza­cja przedsiębiorców mają stępić sprzeczność między produkcją a wymianą, poprawa położenia proletariatu i dalsze istnienie sta­nu średniego - sprzeczność między kapitałem a pracą, a rosnąca kontrola i demokracja - sprzeczność między państwem klaso­wym a społeczeństwem.

Zapewne, przyjęta dotychczas taktyka socjaldemokracji również nie polega na tym, by wyczekiwać na rozwój sprzeczności kapitalistycznych do punktu szczytowego i następ­nie dopiero na ich nagłą zmianę. Przeciwnie, opieramy się tylko na poznanym już kierunku rozwoju, ale potem, w walce po­litycznej, doprowadzamy konsekwencje tego rozwoju do osta­teczności - na czym zresztą polega w ogóle istota każdej takty­ki rewolucyjnej. Socjaldemokracja zwalcza więc na przykład cła i militaryzm stale, a nie dopiero wtedy, gdy ich reakcyjny cha­rakter wyjdzie w pełni na jaw. Bernstein natomiast opiera swą taktykę w ogóle nie na dalszym rozwoju i zaostrzaniu się sprzeczności kapitalistycznych, lecz na ich stępianiu. On sam najtrafniej to sformułował, mówiąc o „przystosowywaniu się" gospodarki kapitalistycznej. Kiedy pogląd taki byłby słuszny? Wszystkie sprzeczności obecnego społeczeństwa są prostym wynikiem kapitalistycznego sposobu produkcji. Jeżeli zakłada­my, że ten sposób produkcji będzie się rozwijał nadal w dotych­czasowym kierunku, to wraz z nim muszą rozwijać się nieroz­łącznie także wszystkie jego konsekwencje, co oznacza, że sprzeczności kapitalistyczne muszą się nadal zaostrzać, a nie ulegać stępieniu. Przesłanką takiego stępienia musiałoby być, na odwrót, zahamowanie rozwoju kapitalistycznego sposobu pro­dukcji. Najogólniejszą przesłanką teorii Bernsteina jest więc, krótko mówiąc, zastój w rozwoju kapitalizmu.

Przez to jednak teoria rewizjonizmu sama wydaje na siebie wyrok, i to w znaczeniu podwójnym. Albowiem po pierwsze, ujawnia swój utopijny charakter w odniesieniu do socjalistycz­nego celu ostatecznego - jest przecież z góry oczywiste, że zabagniony rozwój kapitalizmu nie może doprowadzić do prze­wrotu socjalistycznego - i tu mamy potwierdzenie słuszności przedstawionych przez nas praktycznych konsekwencji tej teo­rii. Po drugie, ujawnia ona swój charakter reakcyjny w od­niesieniu do rzeczywiście dokonywającego się szybkiego rozwo­ju kapitalizmu. Nasuwa się zatem pytanie: jak wobec tego rze­czywistego rozwoju kapitalizmu można wyjaśnić lub raczej scharakteryzować teorię Bernsteina?

Że przesłanki ekonomiczne, które Bernstein przyjmuje za punkt wyjścia w swej analizie obecnych stosunków społecznych jego teoria o kapitalistycznym „przystosowywaniu się" - nie wytrzymują krytyki, wykazaliśmy już, jak sądzimy, w pierw­szym rozdziale. Widzieliśmy, że ani system kredytowy, ani kar­tele nie mogą uchodzić za „środki przystosowywania się" gospo­darki kapitalistycznej i że ani w chwilowym braku kryzysów, ani w dalszym istnieniu stanu średniego nie można dopatrywać się przejawów przystosowywania się kapitalizmu. Wszystkie omówione szczegóły teorii o przystosowywaniu się kapitalizmu posiadają jednak - pomijając ich bezpośrednią błędność - pew­ną wspólną charakterystyczną cechę. Teoria ta ujmuje wszystkie omawiane zjawiska życia ekonomicznego nie w organicznej łączności z ogólnym rozwojem kapitalizmu, nie w związku z ca­łym mechanizmem gospodarczym, lecz w oderwaniu od tego związku, w samodzielnym bycie jako „disiecta membra" [roz­rzucone części] martwej maszyny Weźmy na przykład pogląd na rolę kredytu jako środka przystosowywania się kapitali­zmu. Jeżeli weźmiemy pod uwagę kredyt jako naturalny wyższy stopień wymiany i będziemy go rozpatrywać w związku z wszy­stkimi sprzecznościami tkwiącymi w wymianie kapitalistycznej, to nie możemy absolutnie widzieć w nim jakiegoś znajdującego się niejako poza procesem wymiany mechanicznego „środka przystosowywania się", tak samo jak nie możemy uważać same­go pieniądza, towaru i kapitału za „środek przystosowywania się" kapitalizmu. Kredyt jest bowiem zupełnie tak samo jak pie­niądz, towar i kapitał organicznym członem gospodarki kapita­listycznej na pewnym określonym stopniu jej rozwoju i stanowi na tym stopniu rozwoju, znowu tak samo jak pieniądz, towar i kapitał, zarówno niezbędną część składową jej mechanizmu, jak i narzędzie jej zniszczenia, gdyż wzmaga jej sprzeczności wewnętrzne.

To samo odnosi się do karteli i do udoskonalonych środków komunikacji.

Taki sam mechaniczny i niedialektyczny pogląd tkwi w spo­sobie, w jaki Bernstein przyjmuje brak kryzysów za objaw „przystosowywania się" gospodarki kapitalistycznej. Według niego kryzysy są po prostu zakłóceniami w mechanizmie gospo­darczym i jeżeli nie występują, to mechanizm może oczywiście sprawnie działać. W rzeczywistości kryzysy nie są jednak „za­kłóceniami" we właściwym znaczeniu, lub raczej są zakłócenia­mi, lecz takimi, bez których gospodarka kapitalistyczna jako ca­łość nie może się obejść. Jeżeli jest istotnie faktem, że kryzysy stanowią, krótko mówiąc, na bazie kapitalistycznej jedyną moż­liwą i dlatego zupełnie normalną metodę okresowego rozwiązy­wania sprzeczności między nieograniczoną zdolnością rozsze­rzania się produkcji a ciasnymi granicami rynku zbytu, to są one również zjawiskami nierozłącznie i organicznie związanymi z całokształtem gospodarki kapitalistycznej.

W „wolnym od zakłóceń" toku produkcji kapitalistycznej tkwi dla niej, wręcz przeciwnie, niebezpieczeństwo jeszcze większe niż same kryzysy. Jest nim mianowicie wynikający nie ze sprzeczności między produkcją a wymianą, lecz z rozwoju wydajności pracy stały spadek stopy zysku, spadek, który wyka­zuje wysoce niebezpieczną tendencję, tę mianowicie, że unie­możliwia produkcję wszystkim mniejszym i średnim kapitałom, przez co ogranicza nowe inwestycje kapitałowe i ich postęp. Właśnie kryzysy, które wynikają z tego samego procesu jako in­na jego konsekwencja, wywołują - przez okresową dewalua­cję kapitału, przez potanienie środków produkcji i sparaliżo­wanie części czynnego kapitału - zarazem wzrost zysków i two­rzą w ten sposób miejsce dla nowych inwestycji, a tym samym dla nowych postępów w produkcji. Są zatem środkiem podsyca­jącym i rozszerzającym ogień rozwoju kapitalistycznego; gdyby natomiast przestały występować, i to nie - jak to przyjmujemy -w określonych tylko momentach rozwoju rynku światowego, ale w ogóle, wówczas wbrew temu, co utrzymuje Bernstein, oko­liczność ta nie tylko nie przyczyniłaby się do szybkiego rozkwi­tu gospodarki kapitalistycznej, lecz wręcz przeciwnie, wciągnę­łaby ją wprost w błoto. Na skutek mechanicznego sposobu ujmo­wania zjawisk, cechującego całą teorię o przystosowywaniu się kapitalizmu, pomija Bernstein zarówno nieodzowność kryzysów, jak i nieodzowność periodycznie ponawiających się no­wych inwestycji drobnego i średniego kapitału; z tego też powo­du widzi w ciągłym odradzaniu się drobnego kapitału oznakę zastoju kapitalizmu, a nie, jak jest w istocie, oznakę jego normalnego rozwoju.

Istnieje oczywiście punkt widzenia, z którego wszystkie omawiane zjawiska przedstawiają się rzeczywiście tak, jak je uj­muje „teoria o przystosowywaniu się kapitalizmu", mianowicie punkt widzenia indywidualnego kapitalisty, w którego świadomości fakty życia gospodarczego występują w postaci zniekształconej przez prawa konkurencji. Indywidualny kapita­lista widzi rzeczywiście każdy organiczny człon mechanizmu gospodarczego przede wszystkim jako samą w sobie samodziel­ną całość, widzi go nadto tylko w tym aspekcie, w którym na niego, indywidualnego kapitalistę, oddziaływa, a więc tylko jako „zakłócenia" lub jako „środki przystosowywania się". Dla indy­widualnego kapitalisty kryzysy są rzeczywiście tylko „zakłóce­niami", a ich brak przedłuża okres jego egzystencji; dla indywi­dualnego kapitalisty także i kredyt jest tylko środkiem umożli­wiającym przystosowywanie jego niewystarczających sił wy­twórczych do wymagań rynku, dla niego kartel, do którego wstępuje, znosi rzeczywiście anarchię w produkcji.

Jednym słowem, teoria Bernsteina o przystosowywaniu się kapitalizmu nie jest niczym innym jak tylko teoretycznym uo­gólnieniem poglądów indywidualnego kapitalisty Czym jednak jest teoretyczny wyraz tych poglądów, jeśli nie tym, co stanowi istotę i charakterystyczny rys wulgarnej ekonomii burżuazyjnej? Wszystkie błędy ekonomiczne tej szkoły polegają właśnie na nieporozumieniu, że zjawiska konkurencji widziane oczami indywidualnego kapitalisty bierze ona za zjawiska gospodarki kapitalistycznej jako całości. 1 podobnie jak Bernstein kredyt, tak wulgarna ekonomia uważa jeszcze na przykład pieniądz za pomysłowy „środek przystosowywania się" do potrzeb wymiany; szuka ona także w samych zjawiskach kapitalistycznych odtrutki na kapitalistyczne zło, wierzy — zgodnie z Bernstei­nem -w możliwość regulowania gospodarki kapitalistycznej; sprowadza się wreszcie, podobnie jak teoria Bernsteina, w ostatecznym wyniku do stępiania przeciwieństw kapita­listycznych! i zalepiania kapitalistycznych ran, czyli, innymi sło­wy, do postępowania reakcyjnego, a nie rewolucyjnego, a tym sa­mym do utopii.

Teorię rewizjonistyczną ujętą jako całość można zatem scharakteryzować następującymi słowami: jest to teoria zabagnienia socjalizmu mająca wulgarno-ekonomiczne uzasadnienie w postaci teorii zabagnienia kapitalizmu.

1. ROZWÓJ EKONOMICZNY I SOCJALIZM

Najważniejszym osiągnięciem walki klasowej proletariatu w jej rozwoju było to, że punkty oparcia dla urzeczywistnienia socjalizmu odkryła ona w stosunkach ekonomicz­nych społeczeństwa burżuazyjnego. Wskutek tego socjalizm stał się z „ideału", który przez tysiące lat przyświecał ludzkości, koniecznością historyczną.

Bernstein zaprzecza istnieniu tych przesłanek ekonomicz­nych socjalizmu w obecnym społeczeństwie. Przechodzi przy tym sam w swym dowodzeniu interesujący rozwój. Początkowo, w Neue Zeit, zaprzeczał tylko szybkości koncentracji w prze­myśle, opierając swe dowodzenie na porównaniu danych staty­styki przemysłowej w Niemczech z lat 1895 i 1882. By móc te dane wykorzystać dla swoich celów, musiał przy tym uciec się do zupełnie sumarycznego i mechanicznego sposobu postępo­wania. Ale nawet w najlepszym wypadku nie mógł Bernstein swym wskazaniem na żywotność średnich przedsiębiorstw podważyć choćby w najmniejszym stopniu słuszności analizy dokonanej przez Marksa. Analiza ta nie zakłada bowiem ani określonego tempa koncentracji przemysłu, tzn. określone­go terminu urzeczywistnienia socjalistycznego celu osta­tecznego, ani - jak już wykazaliśmy - absolutnego za­niku drobnych kapitałów, tzn. zaniku drobnomieszczaństwa, jako warunku, od którego miałaby zależeć możliwość zrealizo­wania socjalizmu.

Rozwijając dalej swe poglądy, Bernstein podaje obecnie w swej książce dalszy materiał dowodowy, mianowicie staty­stykę spółek akcyjnych, która ma wykazać, że liczba akcjonariuszy stale się zwiększa, że zatem klasa kapitalistów nie tylko liczebnie nie topnieje, lecz wręcz przeciwnie, staje się coraz liczniejsza. Jest rzeczą zadziwiającą, jak słabo Bernstein zna istniejący materiał i jak mało umie go wykorzystać dla swo­ich celów!

Jeżeli powołując się na spółki akcyjne chciał dowieść czegoś przeciwnego marksowskiemu prawu rozwoju przemysłowego, to powinien był przytoczyć całkiem inne liczby. Każdy, kto zna hi­storię zakładania spółek akcyjnych w Niemczech, wie mianowi­cie, że ich przeciętny na jedno przedsiębiorstwo przypadający kapitał zakładowy wykazuje prawie stałą tendencję spad­kową. Tak więc kapitał ten wynosił przed 1871 r. około 10,8 min marek, w roku 1871 już tylko 4,01 min marek, w 1873 r. 3,8 min marek, w latach 1883-1887 mniej niż I min marek, w 1891 r. tylko 0,56 min marek, a w roku 1892 - 0,62 min marek. Od te­go czasu kwoty wahają się wokół I min marek, spadły mianowi­cie znowu z 1,78 min marek w 1895 r. do 1,19 min marek w pierwszym półroczu 1897 r.[23]

Zadziwiające liczby! Bernstein sformułowałby prawdo­podobnie na ich podstawie zwróconą przeciw Marksowi tezę o tendencji powrotnego przechodzenia od wielkich przedsię­biorstw do drobnych. Ale w tym wypadku każdy mógłby mu odpowiedzieć: Jeżeli chcecie dowieść czegoś za pomocą tej statystyki, musicie przede wszystkim udowodnić, że dotyczy ona tych samych gałęzi przemysłu, że drobne przed­siębiorstwa zajmują obecnie miejsce dawnych wielkich, a nie występują tam, gdzie dotąd panował niepodzielnie ka­pitał jednostkowy względnie nawet rzemiosło lub przedsię­biorstwo karłowate. Tego dowodu nie potraficie jednak prze­prowadzić, albowiem przejście od zakładania olbrzymich spółek akcyjnych do zakładania średnich i mniejszych da się właśnie tylko w ten sposób wyjaśnić, że system spółek ak­cyjnych przenika do coraz to nowych gałęzi przemysłu i je­żeli początkowo był odpowiedni jedynie dla niewielu olbrzy­mich przedsiębiorstw, to teraz przystosował się coraz bardziej do przedsiębiorstwa średniego, a tu i ówdzie nawet do drobnego. (Zdarzają się nawet spółki akcyjne o kapitale poniżej 1000 marek!).

Co oznacza jednak z gospodarczego punktu widzenia stałe rozpowszechnianie się systemu spółek akcyjnych? Oznacza ono postępujące uspołecznienie produkcji w formie kapitalistycznej, uspołecznienie nie tylko wielkiej, ale także średniej i drobnej produkcji, a więc coś, co nie tylko nie przeczy teorii Marksa, ale ją w sposób wręcz znakomity potwierdza.

W samej rzeczy na czym polega ekonomiczne zjawisko za­łożenia spółki akcyjnej? Z jednej strony na połączeniu wielu drobnych majątków pieniężnych w jeden kapitał produkcyjny, z drugiej zaś na oddzieleniu produkcji od własności kapitału, a więc na dwojakim przezwyciężeniu kapitalistycznego sposobu produkcji - ciągle na bazie kapitalistycznej. Co wobec tego oznacza podana przez Bernsteina statystyka wielkiej ilości ak­cjonariuszy uczestniczących w jednym przedsiębiorstwie? Nic innego właśnie jak tylko to, że dzisiaj jedno przedsiębiorstwo ka­pitalistyczne jest odpowiednikiem niejednego właściciela kapi­tału -jak dawniej - lecz całego mnóstwa, stale wzrastającej licz­by właścicieli kapitału, że zatem ekonomiczne pojęcie „kapita­lista" nie pokrywa się już z jednostką, że dzisiejszy kapitalista przemysłowy jest osobą zbiorową, która składa się z setek, a na­wet z tysięcy osób, że sama kategoria „kapitalista" stała się w ra­mach gospodarki kapitalistycznej społeczna, że została uspo­łeczniona.

Czym należy jednak wobec tego wytłumaczyć fakt, że Bern­stein ujmuje zjawisko spółek akcyjnych właśnie odwrotnie, jako rozdrobnienie, a nie jako połączenie kapitału, że dopatruje się rozszerzenia własności kapitału tam, gdzie Marks widzi „znie­sienie własności kapitału"? Bardzo prostym, wulgarno-ekonomicznym błędem: dla Bernsteina kapitalista oznacza nie katego­rię produkcji, lecz kategorię prawa własności, nie jednostkę go­spodarczą, lecz jednostkę podatkową, a kapitał - nie pewną sa­modzielną całość produkcyjną, lecz po prostu majątek pienięż­ny. Dlatego Bernstein widzi w angielskim truście nicianym nie zespolenie 12 300 osób w jednego kapitalistę, lecz całych 12 300 kapitalistów, dlatego też jego inżynier Schulze, który w posagu swej żony otrzymał od rentiera Mullera „większą ilość ak­cji", jest według niego także kapitalistą, dlatego cały świat roi się u niego od „kapitalistów"[24].

Ale tutaj, jak wszędzie, wulgarno-ekonomiczny błąd jest u Bernsteina tylko teoretyczną podstawą wulgaryzacji socjali­zmu. Przenosząc pojęcie „kapitalista" ze sfery stosunków pro­dukcji do sfery stosunków własnościowych i „zamiast o przed­siębiorcach mówiąc o ludziach" (str. 53), przenosi Bernstein rów­nież sprawę socjalizmu z dziedziny produkcji do dziedziny sto­sunków majątkowych, z dziedziny stosunków między kapitałem a pracą do dziedziny stosunków między bogatym a biednym.

W ten sposób wróciliśmy szczęśliwie od Marksa i Engelsa do autora Ewangelii biednego grzesznika, z tą jedynie różnicą, że Weitling wiedziony słusznym proletariackim instynktem rozpoznał właśnie w tym przeciwieństwie między biednym a bogatym w prymitywnej formie przeciwieństwa klasowe i chciał z nich uczynić dźwignię ruchu socjalistycznego, podczas gdy Bernstein, na odwrót, widzi przyszłość socjalizmu w prze­mianie biednych w bogatych, tzn. w zatarciu przeciwieństw kla­sowych, a więc w postępowaniu drobno-mieszczańskim.

Bernstein nie ogranicza się co prawda do statystyki docho­dów. Podaje nam też statystykę przedsiębiorstw, i to z wielu krajów : z Niemiec i Francji, z Anglii i Szwajcarii, z Austrii i Stanów /.jednoczonych. Ale jaka jest ta statystyka? Nie są to wcale licz­by porównawcze z różnych okresów w jednym kraju, ale /, jednego okresu w różnych krajach. Bernstein porównuje więc /. wyjątkiem Niemiec, odnośnie do których powtarza swe daw­ne liczby porównawcze z lat 1895 i 1882 - nie strukturę przed­siębiorstw jednego kraju w różnych latach, lecz tylko abso­lutne liczby dla różnych krajów (dla Anglii z 1891 n, Francji z 1894 r., dla Stanów Zjednoczonych z 1890 r. itd.). Na tej pod­stawie dochodzi do wniosku, „że jeżeli wielkie przedsiębiorstwo posiada już dzisiaj rzeczywiście przewagę w przemyśle, to jed­nak, wliczając zależne od niego przedsiębiorstwa, reprezentuje nawet w tak przodującym kraju, jak Prusy, najwyżej połowę ludności zatrudnionej w produkcji"; podobnie przedstawia się sprawa w całych Niemczech, w Anglii, Belgii itd. (str. 84).

Bernstein wykazuje jednak przez to nie taką czy inną tenden­cję rozwoju ekonomicznego, lecz tylko absolutny stosunek sił między rozmaitymi rodzajami przedsiębiorstw względnie rozma­itymi grupami zawodowymi. Jeżeli chciał tym dowieść, że socja­lizm nie posiada widoków powodzenia, to dowodzenie takie opiera się na teorii, według której o wyniku dążeń socjalnych rozstrzyga liczbowy, fizyczny stosunek sił między walczącymi, n więc jedynie moment przemocy. Tu Bernstein, węszący wszędzie blankizm, popada dla odmiany sam w najgrubszy błąd blankistowski. Co prawda znowu z tą różnicą, że blankiści, jako reprezentanci kierunku socjalistycznego i rewolucyjnego, zakła­dali ekonomiczną możliwość realizacji socjalizmu jako coś samo przez się zrozumiałego i na tym opierali widoki powodzenia gwałtownej rewolucji przeprowadzonej choćby tylko przez zniko­mą mniejszość, podczas gdy Bernstein, na odwrót, z faktu, że lud nie stanowi liczebnie dostatecznej większości, wyprowadza wniosek o ekonomicznej niemożliwości zrealizowania socjali­zmu. Socjaldemokracja natomiast nie uzależnia swego celu osta­tecznego ani od zwycięskiej przemocy mniejszości, ani od li­czebnej przewagi większości, lecz wywodzi go z ekonomicznej konieczności - i zrozumienia tej konieczności - która prowadzi do zniesienia kapitalizmu przez masy ludowe i przejawia się przede wszystkim w anarchii kapitalistycznej.

Co się tyczy tej decydującej kwestii, kwestii anarchii w gospodarce kapitalistycznej, to sam Bernstein zaprzecza tylko wielkim i ogólnym kryzysom, nie zaś kryzysom częściowym i w skali krajowej. Zaprzecza zatem tylko istnieniu anarchii wielkiej, uznając zarazem istnienie małej. Z gospodarką kapitalistyczną ma się u Bernsteina rzecz tak, jak - mówiąc słowa mi Marksa - z ową głupią dziewicą z dzieckiem, które było „przecież całkiem małe". Fatalne w całej sprawie jest to że w takich sprawach, jak anarchia, mało i dużo jest w takim samym stopniu złe. Jeżeli Bernstein uznaje istnienie małej anarchii, to mechanizm gospodarki towarowej postara się już o to by anarchia ta rosła aż do rozmiarów olbrzymich - do ostatecznego krachu. Jeżeli natomiast Bernstein ma nadzieję - przy jednoczesnym utrzymaniu produkcji towarowej - przekształcić stopniowo tę odrobinę anarchii w porządek i harmonię, to popada znowu w kardynalny błąd wulgarnej ekonomii burżuazyjnej, gdyż rozpatruje sposób wymiany jako niezależny od sposobu produkcji[25].

Nie tu miejsce, by ukazać w całości zadziwiającą gmatwaninę, którą ujawnia Bernstein w swej książce, gdy chodzi o elementarne zasady ekonomii politycznej. Wszelako jeden punkt, do którego wiedzie nas zasadnicza kwestia anarchii kapitalistycznej, należy jeszcze krótko naświetlić.

Bernstein oświadcza, że sformułowane przez Marksa pra­wo wartości jest zwykłą abstrakcją, co w ekonomii poli­tycznej jest według niego widocznie obelgą. Ale jeśli wartość mierzona pracą jest tylko abstrakcją, „obrazem myślowym" (Gedankenbild, str. 44), to każdy przyzwoity obywatel, który służył w wojsku i płaci podatki, ma takie same prawo, co Karol Marks, z byle nonsensu urobić sobie takiż „obraz myślowy", tzn. prawo wartości. „W gruncie rzeczy wolno zarówno Mar­ksowi abstrahować tak dalece od właściwości towarów, że w końcu stają się one tylko ucieleśnieniem pewnych ilości prostej racy ludzkiej, jak wolno szkole Bohm-Bawerka i Jevonsa abstrahować od wszystkich właściwości towarów poza ich użytecznością" (str. 42).

Tak więc sformułowana przez Marksa praca społeczna i sformułowana przez Mengera abstrakcyjna użyteczność są dla Bernsteina zupełnie tym samym; jedno i drugie jest tylko abstrakcją. W ten sposób Bernstein zupełnie zapomniał, że ab­strakcja Marksa nie jest wymysłem, lecz odkryciem, że istnieje ona nie w głowie Marksa, lecz w gospodarce towarowej, że wie­dzie nie urojony, lecz realny społeczny żywot - żywot tak real­ny że kraje się ją i kuje, waży i stempluje. Odkryta przez Mar­ksa abstrakcyjna ludzka praca jest mianowicie w swej rozwinię­tej formie pieniądzem. 1 to jest właśnie jedno z najgenial­niejszych odkryć ekonomicznych Marksa, podczas gdy dla całej ekonomii burżuazyjnej, od pierwszego merkantylisty poczyna­jąc, a na ostatnim klasyku kończąc, mistyczna istota pieniądza jest nadal księgą zamkniętą na siedem pieczęci.

Natomiast abstrakcyjna użyteczność Bohm-Bawerka i Jevonsa jest rzeczywiście tylko obrazem myślowym, a raczej obra­zem bezmyślności, prywatnym głupstwem, za które nie można czynić odpowiedzialną ani kapitalistycznej, ani żadnej innej ludzkiej społeczności, lecz jedynie i wyłącznie wulgarną ekono­mię burżuazyjną. Z tym „obrazem myślowym" w głowie mogą Bernstein oraz Bohm-Bawerk i Jevons wraz z całą subiektywną szkołą stać jeszcze przez dwadzieścia lat przed misterium pie­niądza, nie znajdując nadal żadnego innego rozwiązania jak tylko to, które i bez nich znał już każdy szewc, że pieniądz jest tak że „użyteczną" rzeczą.

Bernstein stracił więc zupełnie zrozumienie dla marksowskiego prawa wartości. Dla człowieka jednak, który choć trochę obeznany jest z systemem ekonomicznym Marksa, jest najzupełniej oczywiste, że bez prawa wartości cały system pozostaje zupełnie niezrozumiały lub też, wyrażając się konkretniej, bez zrozumienia istoty towaru i jego wymiany cała gospodarka kapitalistyczna wraz z wszystkimi jej powiązaniami musi pozostać tajemnicą.

Co jest jednak owym czarodziejskim kluczem otwierającym przed Marksem najgłębsze tajniki wszystkich kapitalistycznych zjawisk, pozwalającym mu z taką łatwością rozwiązywać problemy których istnienia najwięksi przedstawiciele klasycznej ekonomii burżuazyjnej, jak Smith i Ricardo, nawet nie przeczuwali? Jest nim właśnie pogląd, który całą gospodarkę kapitalistyczną ujmuje jako zjawisko historyczne, i to nie tylko w odnie­sieniu do tego, co było wcześniej, jak to w najlepszym wypadku rozumiała ekonomia klasyczna, lecz także w odniesieniu do tego co będzie później, nie tylko gdy chodzi o feudalną przeszłość, ale zwłaszcza gdy chodzi o socjalistyczną przyszłość. Tajemnicą teorii wartości Marksa, jego analizy pieniądza, jego teorii kapitału, jego nauki o stopie zysku, a więc tajemnicą całego jego systemu ekonomicznego jest przemijający charakter gospodarki kapitalistycznej, jej nieuchronny krach, a zatem - co jest tylko innym wyrażeniem tego samego - socjalistyczny cel ostateczny. Właśnie i tylko dlatego, że Marks analizował gospodarkę kapitalistyczną już jako socjalista, tzn. z historycznego punktu widzenia, mógł on odczytać jej hieroglify, a ponieważ stanowisko socjalistyczne uczynił punktem wyjścia naukowej analizy społeczeństwa burżuazyjnego, mógł, na odwrót, uzasa­dnić w sposób naukowy socjalizm.

Według tego należy oceniać uwagi Bernsteina umieszczone na końcu jego książki, gdzie skarży się on na „dualizm występujący w całym monumentalnym dziele Marksa", „dualizm pole­gający na tym, że dzieło to chce być naukowym badaniem, a zarazem udowodnić tezę, która była gotowa na długo przed jego opracowaniem, że opiera się na schemacie, w którym rezultat, do którego analiza miała dopiero doprowadzić, był już z góry dany. Nawrót do Manifestu Komunistycznego (tzn. do socjalistycznego celu ostatecznego! - R. L.) wskazuje tu na rzeczywistą pozostałość utopizmu w systemie Marksa" (str. 177).

Marksowski „dualizm" nie jest jednak niczym innym jak właśnie dualizmem socjalistycznej przyszłości i kapitalistycznej teraźniejszości, kapitału i pracy burżuazji i proletariatu, jest mo­numentalnym naukowym odzwierciedleniem dualizmu istniejącego w społeczeństwie burżuazyjnym, odzwierciedleniem burżuazyjnych przeciwieństw klasowych.

I jeżeli Bernstein w tym teoretycznym dualizmie Marksa widzi „pozostałość utopizmu", to jest to tylko naiwne przyzna­nie się, że zaprzecza historycznemu dualizmowi tkwiącemu w społeczeństwie burżuazyjnym, że neguje kapitalistyczne przeciwieństwa klasowe, że dla niego socjalizm sam stał się „pozostałością utopizmu". Monizm, tzn. jednolitość Bernsteina, jest jednolitością uwiecznionego ustroju kapitalistycznego, jednoli­tością socjalisty, który porzucił swój cel ostateczny by za to w jednolitej i niezmiennej społeczności burżuazyjnej widzieć kres rozwoju ludzkości.

Jeżeli jednak Bernstein nie widzi sprzeczności w ekonomicznej strukturze samego kapitalizmu, jeżeli nie widzi rozwoju ku socjalizmowi, to dla formalnego przynajmniej ocaleniu programu socjalistycznego musi uciec się do konstrukcji leżącej poza rozwojem ekonomicznym, do konstrukcji idealistycznej, i przekształcić socjalizm z określonego historycznego etapu rozwoju społecznego w abstrakcyjną „zasadę".

Bernsteinowska „zasada spółdzielczości", którą gospodarka kapitalistyczna ma zostać przyozdobiona, ten najbardziej rozwodniony wywar socjalistycznego celu ostatecznego, jest wobec tego ustępstwem jego burżuazyjnej teorii nie na rzecz socjalistycz­nej przyszłości społeczeństwa, lecz na rzecz socjalistycznej przeszłości Bernsteina.

2. ZWIĄZKI ZAWODOWE, SPÓŁDZIELNIE I DEMOKRACJA POLITYCZNA

Jak widzieliśmy, socjalizm Bernsteina sprowadza się do phi nu, który by miał umożliwić robotnikom uczestniczenie w bogactwie narodowym - umożliwić przemianę biednych w boga tych. W jaki sposób należy to przeprowadzić? Bernstein w swych artykułach pt. „Problemy socjalizmu" w Neue Zeit czynił w tym względzie tylko mało zrozumiałe aluzje, w swej książce natomiast wyjaśnia tę kwestię w pełni. Jego socjalizm ma zostać urzeczywistniony dwiema drogami: przez związki zawodu we lub - jak to Bernstein nazywa - demokrację gospodarczą oraz przez spółdzielnie. Przez związki zawodowe chce dobrać się do zysku przemysłowego, a przez spółdzielnie - do kupieckiego (str. 118).

Co się tyczy spółdzielni, a przede wszystkim spółdzielni wytwórczych, to z wewnętrznej swej istoty stanowią one w łonie gospodarki kapitalistycznej coś o b o j n a c z e g o : na małą skalę uspołecznioną produkcję przy zachowaniu kapitalistyczni'] wymiany W gospodarce kapitalistycznej wymiana panuje jednak nad produkcją i wobec istniejącej konkurencji czyni bezwzględny wyzysk, tzn. zupełne opanowanie procesu wytwórczego przez interesy kapitału, warunkiem egzystencji przedsiębiorstwa. Praktycznie znajduje to wyraz w konieczności uczynienia pracy możliwie najbardziej intensywną, skracania względnie przedłużania jej zależnie od sytuacji rynkowej, przyciągania lub odpychania i wyrzucania na bruk siły roboczej zależnie od wymagań rynku zbytu, słowem - stosowania wszystkich dobrze znanych metod, które czynią przedsiębiorstwo kapitalistyczne zdolnym do konkurencji. W spółdzielni wytwórczej wy­nika stąd dla robotników pełna sprzeczności konieczność, by sa­mi rządzili się wymaganym absolutyzmem, by wobec siebie sa­mych odgrywali rolę kapitalistycznego przedsiębiorcy. Ta sprzeczność powoduje też upadek spółdzielni wytwórczej, gdyż musi ona albo przejść wsteczny rozwój ku przedsiębiorstwu ka­pitalistycznemu, albo też, jeśli interesy robotników są silniejsze, rozwiązać się. To są fakty, które Bernstein sam konstatuje, ale Ich nie rozumie, gdyż - zgodnie z panią Potter-Webb - widzi przyczynę upadku spółdzielni wytwórczych w Anglii w niedostatecznej „dyscyplinie". To, co się tu powierzchownie i płytko określa mianem dyscypliny, nie jest niczym innym jak natural­nym absolutnym reżimem kapitału, którego oczywiście robotni­cy wobec siebie samych nie mogą stosować[26].

Wynika z tego, że spółdzielnia wytwórcza może w gospodarce kapitalistycznej zapewnić sobie egzystencję tylko wówczas, gdy usuwając się w sposób sztuczny spod działania praw wolnej konkurencji zniesie okólną drogą sprzeczność, którą w sobie zawiera, sprzeczność między sposobem produkcji a sposobem wymiany. Może to jednak uczynić tylko wtedy, kiedy zapewni sobie z góry rynek zbytu, tj. stały krąg konsumentów. Jako taki środek służy jej właśnie związek spożywców. W tym znowu, a nie w rozróżnieniu między spółdzielniami zakupu a spółdzielniami sprzedaży, czy jak tam brzmi pomysł Oppenheimera, kryje się omawiana przez Bernsteina tajemnica, dlaczego samodzielne spółdzielnie wytwóórcze upadają i dlaczego dopiero związek spożywców może im zapewnić egzystencję.

Jeżeli jednak warunki egzystencji spółdzielni wytwórczych są w dzisiejszym społeczeństwie związane z warunkami egzystencji związków spożywców, to jako dalsza konsekwencja wynika z tego, że spółdzielnie wytwórcze zdane są w najlepszym wypadku na mały zbyt lokalny i na nieliczne artykuły pierwszej potrzeby. głównie na środki żywnościowe. Wszystkie najważniejsze gałęzie produkcji kapitalistycznej, a więc przemysł włókienniczy, węglowy, metalowy, naftowy oraz przemysł budowy maszyn, parowozów i okrętów - są z góry wyłączone ze związku spożywców, a tym samym ze spółdzielni wytwórczych. Pomijając więc ich obojnaczy charakter, spółdzielnie wytwórcze nie mogą uchodzić za ogólną reformę socjalną już choćby z tego powodu, że ich powszechne wprowadzenie zakłada zniesienie rynku światowego i rozdrobnienie istniejącej gospodarki światowej w małe lokalne grupy wytwórczości i wymiany, a więc w istocie cofnięcie się z wielkokapitalistycznej do średniowiecznej gospodarki towarowej.

Ale nawet w granicach ich możliwego urzeczywistnieniu spółdzielnie wytwórcze sprowadzają się w obecnym społeczeństwie siłą rzeczy do roli zwykłych przybudówek związków spożywców, które wobec tego występują na pierwszy plan jako główne filary zamierzonej reformy socjalistycznej. Cała socjalistyczna reforma poprzez spółdzielnie zmniejsza się jednak przez to z walki przeciw kapitałowi produkcyjnemu, tj. główni-mu pniowi gospodarki kapitalistycznej, do walki przeciw kapitałowi handlowemu, i to przeciw kapitałowi drobnego handlu i handlu pośredniczącego, tj. tylko przeciw drobnym odgałę­zieniom kapitalistycznego pnia.

Co się tyczy związków zawodowych, które według Bernsteina mają stanowić środek przeciw wyzyskowi uprawianemu przez kapitał produkcyjny, to wykazaliśmy już, że związki zawodowe nie mogą zapewnić robotnikom wpływu na proces produkcji - ani na rozmiary produkcji, ani na proces techniczny.

Co się jednak tyczy strony czysto ekonomicznej, „walki stopy płacy ze stopą zysku", jak Bernstein to nazywa, to walka ta jak to również już wykazaliśmy, toczy się nie w przestworzach, lecz w określonych granicach prawa płacy, którego nie może złamać lecz tylko urzeczywistnić. Okaże się to także, gdy sprawę ujmiemy z innej strony i zapytamy, jakie są właściwie funkcje związków zawodowych.

Związki zawodowe, które według roli wyznaczonej im przez Bernsteina mają w walce wyzwoleńczej klasy robotniczej prowadzić główny atak przeciw przemysłowej stopie zysku i prze­kształcać ją stopniowo w stopę płacy, nie są mianowicie wcale w stanie prowadzić ofensywnej polityki ekonomicznej przeciw zyskowi, gdyż nie są niczym innym jak tylko zorganizowaną defensywą siły roboczej przed atakami zysku, obroną kla­sy robotniczej przed tendencją gospodarki kapitalistycznej do obniżania płac. A to z dwóch powodów.

Po pierwsze, związki zawodowe mają za zadanie organizacją swą wywierać wpływ na sytuację rynkową towaru „siła robo­cza"; jednakże proces proletaryzacji warstw średnich, który do­starcza rynkowi pracy stale nowego towaru, dokonuje stale wy­łomu w tej organizacji. Po wtóre, związki zmierzają do podnie­sienia stopy życiowej, do zwiększenia udziału klasy robotniczej w bogactwie społecznym; udział ten zmniejsza się jednak z fatalnością procesu przyrodniczego na skutek wzrostu wydajności pracy Aby to pojąć, nie trzeba wcale być marksistą - wystarczy wziąć do ręki Przyczynek do kwestii socjalnej Rodbertusa.

A więc w obu głównych funkcjach gospodarczych walka /wiązkowa zmienia się wskutek obiektywnego biegu rzeczy w społeczeństwie kapitalistycznym w swego rodzaju pracę sy­zyfową. Ta syzyfowa praca jest co prawda nieodzowna, jeżeli ro­botnik ma w ogóle otrzymać płacę przypadającą mu według każ­dorazowego stanu rynku, jeżeli kapitalistyczne prawo płacy ma być urzeczywistnione, a wpływ spadkowej tendencji rozwoju go­spodarczego sparaliżowany lub, ściślej, osłabiony Jeżeli się jed­nak chce zmienić związki zawodowe w środek stopniowego zmniejszania zysku na rzecz płacy roboczej, zakłada to przede wszystkim jako warunek społeczny, po pierwsze, zahamowanie proletaryzacji warstw średnich i wzrostu klasy robotniczej, po wtóre, zahamowanie wzrostu wydajności pracy, a więc w obu wypadkach, zupełnie tak samo jak przy urzeczywistnieniu go­spodarki spółdzielczej, nawrót do stosunków, które panowały przed powstaniem wielkiego ka­pitału.

Oba upatrzone przez Bernsteina środki reformy socjali­stycznej - spółdzielnie i związki zawodowe - okazują się zatem zupełnie niezdolne do przekształcenia kapitalistycznego spo­sobu produkcji. Bernstein sam, acz niejasno, zdaje sobie z tego w gruncie rzeczy sprawę i uważa je tylko za środek do uszczknięcia cząstki z kapitalistycznego zysku i wzbogacenia w ten sposób robotników. Tym samym jednak rezygnuje on z walki z kapitalistycznym sposobem produkcji i kieruje ruch socjalistyczny do walki przeciw kapita­listycznemu podziałowi. Bernstein formułuje też nie­raz swój socjalizm jako dążenie do „sprawiedliwego", „sprawie­dliwszego" (str. 81 jego książki), a nawet ,Jeszcze sprawiedliw­szego" {Vorwärts, 26 marca 1899) podziału.

Bezpośrednim impulsem ruchu socjaldemokratycznego jest wprawdzie, przynajmniej wśród mas ludowych, także „niespra­wiedliwy" podział panujący w ustroju kapitalistycznym. Walcząc o uspołecznienie całej gospodarki socjaldemokracja dąży przez to oczywiście także do „sprawiedliwego" podziału bogactwa spo­łecznego. Ale opierając się na wynikach przeprowadzonej przez Marksa analizy, według której każdorazowy podział jest tylko naturalnym skutkiem każdorazowego sposobu produkcji, socjalde­mokracja kieruje swą walkę nie na podział w ramach produk­cji kapitalistycznej, lecz na zniesienie samej produkcji towaro­wej. Jednym słowem, socjaldemokracja chce wprowadzić podział socjalistyczny przez usunięcie kapitali­stycznego sposobu produkcji, natomiast postępowanie Bernsteina jest wręcz odwrotne: chce on zwalczać podział kapitalistyczny i spodziewa się, że w ten spo­sób wprowadzi socjalistyczny sposób produkcji.

Ale jak w takim wypadku można uzasadnić reformę socja­listyczną Bernsteina? Czy określonymi tendencjami produkcji kapitalistycznej? Bynajmniej, gdyż, po pierwsze, Bernstein za­przecza, jakoby takie tendencje istniały a po wtóre, w myśl tego. co wyżej powiedzieliśmy, upragnione ukształtowanie produkcji jest u niego wynikiem, a nie przyczyną podziału. Uzasadnienie Jego socjalizmu nie może być zatem ekonomiczne. Od­wróciwszy cel i środek socjalizmu, a tym samym stosunki eko­nomiczne do góry nogami, nie m o ż e on znaleźć dla swojego programu uzasadnienia materialistycznego i musi uciec się do idealistycznego.

„Po co wyprowadzać socjalizm z konieczności ekonomicz­nej? - zapytuje. - Po co degradować rozum, świado­mość prawa, wolę człowieka?" (Vorwarts, 26 marca 1899). Sprawiedliwszy podział Bernsteina ma być zatem urze­czywistniony przez wolną, nie wprzęgniętą w służbę konieczno­ści gospodarczej wolę człowieka lub, dokładniej, wobec tego, że wola jest tylko narzędziem, przez zrozumienie sprawiedliwości, słowem - przez ideę sprawiedliwości.

A więc wreszcie dotarliśmy szczęśliwie do zasady sprawiedliwości, tego starego konia wyścigowego, którego od tysięcy lat dosiadają wszyscy poprawiacze świata w braku pewniejszego historycznego środka lokomocji, tego człapiącego Rosynanta, na którym wszyscy donkiszoci historii wyruszali na bój o wielką reformę świata, by w końcu przywieźć z tej wyprawy tylko podbite oko.

Stosunek biednego do bogatego jako społeczna podstawa so­cjalizmu, „zasada" spółdzielczości jako jego treść, „sprawiedliw­szy podział" jako jego cel i idea sprawiedliwości jako jego jedy­na historyczna legitymacja - o ileż mocniej, błyskotliwiej i świetniej bronił jednak Weitling przed z górą pięćdziesięciu la­ty tego rodzaju socjalizmu! Oczywiście, genialny krawiec nie znał jeszcze naukowego socjalizmu. 1 jeśli dziś, w pół wieku później, pogląd Weitlinga, poszarpany w drobne strzępy przez Marksa i Engelsa, ofiarowuje się, szczęśliwie znów załatany, pro­letariatowi niemieckiemu jako ostatnie słowo nauki - zaiste, po­trzeba na to, w każdym razie także krawca, ale nie genialnego!

Podobnie jak związki zawodowe i spółdzielnie są ekono­micznymi punktami oparcia teorii rewizjonistycznej, tak stale postępujący rozwój demokracji jest jej najważniejszą przesłanką polityczną. Dzisiejsze wybuchy reakcji są dla rewizjonizmu tylko „drgawkami", które uważa za przypadkowe i przemijające, i z którymi nie należy się liczyć przy ustalaniu ogólnych wytycznych walki robotniczej.

[Nie chodzi jednak o to, co Bernstein na podstawie ustnych i pisemnych zapewnień swoich przyjaciół myśli o trwałości reak­cji, lecz o to, jaki wewnętrzny, obiektywny związek istnieje mię­dzy demokracją a rzeczywistym rozwojem społeczeństwa][27].

Według Bernsteina na przykład demokracja jest nieuniknio­nym stopniem rozwoju nowoczesnego społeczeństwa, co więcej, demokracja jest dla niego, zupełnie tak samo jak dla burżuazyj­nego teoretyka liberalizmu, wielkim zasadniczym prawem roz­woju dziejowego w ogóle, którego urzeczywistnieniu winny słu­żyć wszystkie aktywne siły życia politycznego. Pogląd ten jest jednak w tej absolutnej formie zasadniczo fałszywy i stanowi tylko drobnomieszczańskie, i to powierzchowne, poszufladko­wanie wyników małego wycinka rozwoju burżuazyjnego — roz­woju mniej więcej ostatnich 25-30 lat. Jeżeli zanalizujemy bli­żej, jak przebiegał rozwój demokracji w historii, a zarazem za­nalizujemy historię polityczną kapitalizmu, wynik będzie wy­glądał całkiem inaczej.

O ile chodzi o rozwój demokracji, to spotykamy ją w rozma­itych formacjach społecznych: w społeczeństwach komunizmu pierwotnego, w starożytnych państwach niewolniczych, w śre­dniowiecznych komunach miejskich. Tak samo spotykamy w najrozmaitszych warunkach gospodarczych absolutyzm i mo­narchię konstytucyjną. Z drugiej strony kapitalizm powołuje w swych początkach, jako produkcja towarowa, do życia ustrój demokratyczny w komunach miejskich; później, w swej bardziej rozwiniętej formie, jako manufaktura, znajduje odpowiednią formą polityczną w monarchii absolutnej. Wreszcie, jako rozwi­nięta gospodarka przemysłowa, powołuje we Francji do życia na przemian republikę demokratyczną (1793), monarchię absolutną Napoleona I, monarchię szlachecką czasów Restauracji (1815 1830), burżuazyjną monarchię konstytucyjną Ludwika Filipa, znowu republikę demokratyczną, znowu monarchię Napoleona III, wreszcie po raz trzeci republikę. W Niemczech jedyna prawdziwie demokratyczna instytucja, powszechne prawo wyborcze, nie jest zdobyczą liberalizmu burżuazyjnego, lecz narzędziem, które miało służyć do zespolenia małych państewek, i tylko pod tym względem posiada znaczenie w rozwoju burżuazji niemiec­kiej, która poza tym zadowala się na wpół feudalną monarchią konstytucyjną. W Rosji kapitalizm dojrzewał przez długi czas pod panowaniem wschodniego despotyzmu, a burżuazja wcale nie zdradzała tęsknoty do demokracji. W Austrii powszechne prawo wyborcze było w znacznej mierze pasem ratunkowym dla rozpadającej się monarchii [jak mało jest ono związane z praw­dziwą demokracją, dowodzi panowanie § 14][28]. W Belgii wre­szcie zdobycz demokratyczna ruchu robotniczego - powszechne prawo wyborcze - pozostaje w niewątpliwym związku ze słabo­ścią militaryzmu, a więc ze szczególnym geograficzno-politycznym położeniem Belgii; przede wszystkim zaś ten „kawałek de­mokracji" został wywalczony nie przez burżuazję, lecz prze­ciw burżuazji.

Nieprzerwany rozwój demokracji, który tak naszemu rewizjonizmowi, jak i burżuazyjnym wolnomyślnym wydaje się wielkim prawem zasadniczym całej lub przynajmniej nowożyt­nej historii, okazuje się po bliższym przyjrzeniu czystym uroje­niem. Między rozwojem kapitalizmu i demokracją nie można ustalić jakiegoś ogólnego absolutnego związku. Forma politycz­na jest w każdym wypadku wynikiem całego szeregu czynników politycznych, wewnętrznych i zewnętrznych, i obejmuje w swych granicach całą skalę - od monarchii absolutnej aż po republikę demokratyczną.

Jeżeli musimy w ten sposób zrezygnować z ogólnego hi­storycznego prawa rozwoju demokracji także w ramach no­woczesnego społeczeństwa i zwrócimy naszą uwagę tylko na obecną fazę historii burżuazji, to i tu odkryjemy w sytuacji politycznej czynniki, które prowadzą nie do potwierdzenia schematu Bernsteina, lecz raczej wprost przeciwnie, do zrzekania się przez społeczeństwo burżuazyjne dotychczasowych zdobyczy.

Z jednej strony - i to jest niezwykle ważne - instytucje de­mokratyczne odegrały już w znacznej mierze rolę, jaka przypa­dła im w rozwoju burżuazji. Jeśli w przeszłości były konieczne dla zespolenia małych państewek i utworzenia wielkich nowo­czesnych państw (Niemcy, Włochy), to obecnie stały się już zbędne; rozwój gospodarczy doprowadził w międzyczasie do wewnętrznego, organicznego zrośnięcia się państw [i bandaż po­litycznej demokracji można zdjąć bez niebezpieczeństwa dla organizmu społeczeństw burżuazyjnych][29].

To samo dotyczy przekształcenia całej polityczno-admini­stracyjnej machiny państwowej z mechanizmu na wpół lub zu­pełnie feudalnego w mechanizm kapitalistyczny. To przekształ­cenie, historycznie związane nierozłącznie z demokracją, doszło dzisiaj również do tak wysokiego stopnia, że czysto demokra­tyczne ingrediencje państwowości, jak powszechne prawo wy­borcze czy republikańska forma państwa, można by usunąć nie wywołując cofnięcia się administracji, skarbowości, wojskowo­ści itp. do form przedmarcowych.

Jeżeli liberalizm stał się w ten sposób dla społeczeństwa burżuazyjnego jako takiego zasadniczo zbędny, to z drugiej strony pod innymi ważnymi względami stał się on wręcz prze­szkodą; w rachubę wchodzą tu dwa czynniki dominujące nad całym życiem politycznym państw dzisiejszych, mianowicie polityka światowa i ruch robotniczy, które sta­nowią jedynie dwa różne aspekty obecnej fazy rozwoju kapita­listycznego.

Powstanie gospodarki światowej oraz zaostrzenie i upo­wszechnienie się walki konkurencyjnej na rynku światowym uczyniły z militaryzmu i marynizmu decydujące narzędzie za­równo wewnętrznej, jak i zagranicznej polityki wielkich mo­carstw. Jeżeli jednak polityka światowa i militaryzm wykazuj;| w obecnej fazie tendencję wzrostu, to w konsekwencji ruch de­mokracji burżuazyjnej musi odbywać się po linii spadko­wej. [Najbardziej jaskrawym tego przykładem są Stany Zjed­noczone A. R od czasu wojny hiszpańskiej. We Francji republi­ka zawdzięcza swe istnienie głównie międzynarodowej sytuacji politycznej, która czyni wojnę chwilowo niemożliwą. Gdyby jednak do niej doszło i Francja, jak według wszelkiego prawdo­podobieństwa należy przypuszczać, okazałaby się nie dość do­brze uzbrojona dla prowadzenia polityki wielkomocarstwowej, lo odpowiedzią na pierwszą klęskę Francji na polu bitwy byłoby proklamowanie monarchii w Paryżu. W Niemczech nową erę wielkich zbrojeń (1893) i zapoczątkowaną przez zajęcie Kiaoczou politykę wielkomocarstwową opłaciła demokracja burżua­zyjną natychmiast dwiema ofiarami: rozpadnięciem się partii wolnomyślnych i zmianą frontu partii Centrum][30].

W objęcia reakcji pcha burżuazję nie tylko polityka zagra­niczna, lecz w nie mniejszym stopniu polityka wewnętrzna -walcząca o swe wyzwolenie klasa robotnicza. Bernstein sam to przyznaje, gdy czyni socjaldemokratyczną „legendę o pożera­niu" [„Fressiegende"][31], tzn. socjalistyczne dążenia klasy robot­niczej, odpowiedzialną za dezercję liberalnej burżuazji. Radzi w związku z tym proletariatowi, aby porzucił socjalistyczny cel ostateczny, gdyż w ten sposób uda mu się znowu wywabić zastraszony na śmierć liberalizm z mysiej dziury reakcji. Przyjmu­jąc jednak, że likwidacja socjalistycznego ruchu robotniczego jest obecnie warunkiem istnienia i społeczną przesłanką burżu­azyjnej demokracji, Bernstein dowodzi sam w sposób jak naj­bardziej przekonywający, że demokracja ta w takiej samej mie­rze sprzeciwia się wewnętrznej tendencji rozwojowej obecnego społeczeństwa, w jakiej socjalistyczny ruch robotniczy jest lej tendencji bezpośrednim wytworem.

Ale Bernstein dowodzi tym jeszcze czegoś. Czyniąc wyrze­czenie się socjalistycznego celu ostatecznego przez klasę robot­niczą przesłanką i warunkiem odrodzenia demokracji burżua­zyjnej, wykazuje sam, w jak małym stopniu, na odwrót, demo­kracja burżuazyjną może być koniecznym warunkiem i prze­słanką ruchu socjalistycznego i socjalistycznego zwycięstwa. Tu rozumowanie Bernsteina zamyka się w błędne koło; przy czym ostatni wniosek „pożera" jego pierwszą przesłankę.

Wyjście z tego koła jest bardzo proste. Z faktu, że liberalizm burżuazyjny wyzionął ducha ze strachu przed rosnącym ruchem robotniczym i jego celem ostatecznym, wynika tylko, że socjali­styczny ruch robotniczy jest i może być dzisiaj jedynym oparciem dla demokracji i że nie los ruchu socjalistycznego jest związany z demokracją burżuazyjną, lecz na odwrót, los rozwo­ju demokratycznego - z ruchem socjalistycznym, że demokracja staje się zdolna do życia nie w miarę tego, jak klasa robotnicza rezygnuje z walki wyzwoleńczej, lecz na odwrót, w miarę tego, jak wzrastają siły ruchu socjalistycznego, umożliwiające mu walkę przeciw reakcyjnym skutkom polityki mocarstwowej i de­zercji burżuazji. Że każdy, kto życzy sobie wzmocnienia demo­kracji, musi także pragnąć wzmocnienia, a nie osłabienia ruchu socjalistycznego, i że rezygnacja z dążeń socjalistycznych jest zarazem wyrzeczeniem się zarówno ruchu robotniczego, jak i demokracji.

[Bernstein oświadcza w zakończeniu swej odpowiedzi Kautskiemu w Vorwärts z 26 marca 1899 r., że zgadza się w zupełności z praktyczną częścią programu socjaldemokracji, a miałby coś do zarzucenia tylko jego części teoretycznej. Nic zależnie od tego uważa widocznie, że ma jeszcze pełne prawo maszerować w szeregach partii, bo jakąż wagę można przekładać do tego, „czy w części teoretycznej znajduje się jakieś zda­nie, które nie zgadza się już z jego poglądem na przebieg roz­woju?" To oświadczenie wskazuje w najlepszym wypadku, że Bernstein stracił już wszelkie poczucie związku zachodzącego między praktyczną działalnością socjaldemokracji i jej ogólny­mi zasadami, że te same słowa przestały oznaczać to samo dla partii i dla Bernsteina. W rzeczy samej, własne teorie Bernste­ina prowadzą, jak widzieliśmy, do elementarnej socjaldemokra­tycznej tezy, że bez podstawy ideologicznej także walka prak­tyczna staje się bezwartościowa i bezcelowa, że z wyrzecze­niem się celu ostatecznego musi nastąpić także upadek samego ruchu][32].

3. ZDOBYCIE WŁADZY POLITYCZNEJ

Losy demokracji są, jak widzieliśmy, związane z losami ru­chu robotniczego. Ale czyż rozwój demokracji czyni choćby w najlepszym wypadku zbędną lub niemożliwą rewolucję prole­tariacką w znaczeniu uchwycenia władzy państwowej, zdobycia władzy politycznej?

Bernstein rozstrzyga tę kwestię przez gruntowne odważanie dobrych i złych stron reformy ustawodawczej i rewolucji, a czy­ni to z upodobaniem przypominającym odważanie cynamonu lub pieprzu w sklepie spółdzielczym. W rozwoju drogą ustawo­dawczą widzi działanie intelektu, w rozwoju drogą rewolucyjną widzi działanie uczucia, w reformie widzi powolną, a w rewolu­cji - szybką metodę postępu historycznego, w ustawodawstwie -planową, w przewrocie zaś - żywiołową siłę (str. 183).

Stara to historia, że drobnomieszczański reformator widzi we wszystkich rzeczach świata „dobrą" i „złą" stronę i że zbie­ra miód ze wszystkich kwiatów. Równie starą historią jest jed­nak to, że rzeczywisty bieg rozwoju serdecznie mało troszczy się o drobnomieszczańskie kombinacje i najstaranniej zgromadzoną kupkę „dobrych stron" wszystkich możliwych rzeczy świata bu­rzy jednym prztyczkiem jak domek z kart. Faktycznie bowiem widzimy, że w historii reforma ustawodawcza i rewolucja kierują się w swym działaniu głębszymi względami niż wzgląd na korzyści lub ujemne strony tego czy innego sposobu postępowania.

W dziejach społeczeństwa burżuazyjnego reforma ustawo­dawcza służyła do stopniowego umacniania rozwijającej się klasy póki klasa ta nie poczuła się dość dojrzała do zdobycia władzy politycznej i obalenia całego istniejącego systemu prawne­go, by na jego miejscu zbudować nowy. Bernstein, który piorunuje przeciw zdobyciu władzy politycznej jako przeciw blankistowskiej teorii przemocy, ma tu takiego pecha, że uważa /a blankistowski błąd to, co od wieków jest osią i siłą napędową historii ludzkości. Odkąd istnieją społeczeństwa klasowe i odkąd walka klas stanowi istotną treść ich historii, zawsze zdobycie władzy politycznej było celem wszystkich rozwijających się klas oraz początkiem i końcem każdego okresu historycznego. Widzimy to w długotrwałych walkach chłopstwa z kapitalistami pieniężnymi i arystokracją w starożytnym Rzymie, w walkach patrycjatu miejskiego z biskupami i rzemieślników z patrycjuszami w miastach średniowiecznych, w walkach burżuazji z feudalizmem w czasach nowożytnych.

Reforma ustawodawcza i rewolucja nie są tedy różnymi me­todami postępu historycznego, które można wybrać według gu­stu w bufecie historii jak gorące lub zimne parówki, lecz różny mi momentami rozwoju społeczeństwa klasowego, które się wzajemnie w taki sam sposób warunkują i uzupełniają, a zarazem wykluczają, jak na przykład biegun północny i południowy, jak burżuazja i proletariat.

Każdorazowy system prawny jest mianowicie tylko pro­duktem rewolucji. Podczas gdy rewolucja jest twórczym aktem politycznym historii klas, ustawodawstwo jest dalszą wegetacją polityczną społeczeństwa. Praca nad reformą w drodze ustawy nie ma w sobie żadnej własnej, niezależnej od re­wolucji siły napędowej, przebiega ona w każdym okresie historycznym tylko po tej linii, na którą pchnął ją ostatni przewrót, i tylko na tak długo, jak długo trwa działanie tego pchnięcia, a mówiąc konkretniej, tylko w ramach formacji społecznej wydanej na świat przez ostatni przewrót. To jest właśnie sedno zagadnienia.

Zasadniczo fałszywe i historycznie błędne jest wyobrażanie sobie pracy nad reformą w drodze ustawy jako rozciągniętej wszerz rewolucji, a rewolucji jako skondensowanej reformy. Przewrót społeczny i reforma ustawodawcza są różnymi momentami nie ze względu na czas ich trwania, lecz ze względu na ich istotę. Cała tajemnica przewrotów histo­rycznych dokonywanych przy użyciu siły politycznej polega właśnie na przejściu zmian tylko ilościowych w nową jakość, konkretniej mówiąc, na przejściu jednego okresu historycznego. Jednego ustroju społecznego w drugi.

Kto zatem opowiada się za drogą reform ustawodawczych zamiast i w przeciwieństwie do zdobycia władzy politycznej i dokonania przewrotu społecznego, ten wybiera w rzeczywistości nie spokojniejszą, pewniejszą i powolniejszą drogę do tego samego celu, lecz inny cel, mianowicie zamiast wprowadzenia nowego ustroju społecznego tylko nieistotne zmiany w istniejącym ustroju społecznym. Tak więc polityczne poglądy rewizjonizmu prowadzą nas do tego samego wniosku, do którego doprowadziły jego teorie ekonomiczne, mia­nowicie, że w gruncie rzeczy zmierzają one nie do urzeczywist­nienia ustroju socjalistycznego, lecz tylko do zreformowania ustroju k a p i t a l i s t y c z n e g o, nie do zniesienia syste­mu pracy najemnej, lecz do tego, by w tym czy innym stopniu zmniejszyć wyzysk, jednym słowem - do usunięcia kapitalistycznych wybujałości, a nie do zniesienia samego kapitalizmu.

Ale może powyższe wywody o funkcjach reformy ustawodawczej i rewolucji są słuszne tylko w odniesieniu do dotychczasowych walk klasowych? Może odtąd - dzięki rozwojowi burżuazyjnego systemu prawnego - reformie ustawodawczej przypa­lili w udziale przeprowadzenie społeczeństwa z jednej fazy historycznej w drugą, a zdobycie władzy państwowej przez proletariat „stało się pozbawionym treści frazesem", jak mówi Bernstein na 183 stronie swej książki?

Rzecz ma się właśnie wręcz odwrotnie. Co odróżnia społeczeństwo burżuazyjne od poprzednich społeczeństw klasowych, n więc od społeczeństwa antycznego i średniowiecznego? Wła­dnie okoliczność, że panowanie klasowe opiera się obecnie nie na „słusznie nabytych prawach", lecz na rzeczywistych stosunkach gospodarczych, że system pracy najemnej nie jest stosunkiem prawnym, lecz czysto ekonomicznym W całym naszym systemie prawnym nie znajdziemy żadnej lor muły ustawowej określającej obecne panowanie klasowe, jeżeli istnieją ślady czegoś takiego, są to, jak na przykład rozporządzę nie o czeladzi, pozostałości stosunków feudalnych.

Jakże tedy można znieść stopniowo „w drodze ustawowej" najemne niewolnictwo, skoro nie znajduje ono w ogóle żadnego odbicia w ustawach? Bernstein, zabierając się do pracy nad reformą w drodze ustawy, by zgotować w ten sposób kres kapitalizmowi, popada w położenie owego rosyjskiego policjanta, który w powieści Uspieńskiego opisuje swe przygody: „...Szybko chwyciłem draba za kołnierz i co się okazało? - To przeklęli-chłopisko w ogóle nie miało kołnierza..." W tym sęk!

„Wszystkie dotychczasowe społeczeństwa opierały się na przeciwieństwie między klasami uciskającymi i uciskanymi" (Manifest Komunistyczny). Ale w poprzednich fazach nowoczesnego społeczeństwa przeciwieństwo to znajdowało wyra/ w określonych stosunkach prawnych i właśnie dlatego mogło powstającym nowym stosunkom udzielić jeszcze do pewnego stopnia miejsca w ramach starych stosunków. „Chłop poddany wydźwignął się w warunkach poddaństwa na członka komuny (tamże). W jaki sposób? Przez stopniowe znoszenie w obrębi miasta wszystkich owych praw cząstkowych, jak na przykład poradlnego, pogłównego, przymusu małżeńskiego, prawa podziału spadku itd. Itd., których całokształt składał się na poddaństwo.

W podobny sposób wydźwignął się „drobnomieszczanin pod jarzmem feudalistycznego absolutyzmu na bourgeois" (tamże). W jaki sposób? Po części przez formalne zniesienie, a po części przez faktyczne rozluźnienie oków cechowych, przez stopniowe przekształcanie w najkonieczniejszych granicach administracji, systemu finansowego czy wojskowości.

Jeżelibyśmy zatem chcieli traktować rzecz abstrakcyjnie, a nie historycznie, to przy dawniejszych stosunkach klasowych czysto ustawowo-reformistyczne przejście od społeczeństwu feudalnego do burżuazyjnego byłoby przynajmniej do pn myślenia. Co widzimy jednak w rzeczywistości? Że także tam reformy ustawodawcze nie służyły do tego, by uczynić zbędnym zdobycie władzy politycznej przez burżuazję, lecz przeciwnie, służyły do tego, by to zdobycie władzy przygotować i wywołać. Rzeczywisty polityczno-socjalny przewrót był nieodzowny zarówno dla zniesienia poddaństwa, jak i dla obalenia feudalizmu.

A jeszcze całkiem inaczej przedstawia się sprawa obecnie, Żadne prawo nie zmusza proletariusza, by zaprzągł się w jarzmo kapitału; proletariusz czyni to z konieczności, z braku środków produkcji. Żadne prawo świata nie może mu jednak w ramach społeczeństwa burżuazyjnego środków tych przyznać dekretem, gdyż został ich pozbawiony nie przez ustawy, lecz przez rozwój ekonomiczny.

Dalej, wyzysk w ramach systemu pracy najemnej rów­nież nie polega na ustawach, gdyż wysokość płacy jest określana nic w drodze ustawodawczej, lecz przez czynniki ekonomicz­ne, Ale sam fakt wyzysku polega nie na postanowieniu ustawowym, lecz na czysto gospodarczym fakcie, że siła robocza występuje jako towar, który między innymi posiada jeszcze tę przyjemną właściwość, że produkuje wartość, i to więcej wartości niż pochłania sam w środkach żywności robotnika. Jednym słowem wszystkie zasadnicze stosunki kapitalistycznego panowania klasowego dlatego nie dadzą się przekształcić na platfor­mie burżuazyjnej przez reformy ustawodawcze, że nie wprowadziły ich żadne ustawy burżuazyjne ani też nie nadano im formy takich ustaw. Bernstein nie wie tego, gdy planuje „reformę" socjalistyczną, ale mówi to, czego nie wie, gdy na stronie 10 swej książki pisze, że „motyw ekonomiczny występuje dzisiaj jawnie, podczas gdy dawniej był zamaskowany wszelkiego rodzaju stosunkami panowania i ideologiami".

Do tego dochodzi wszakże jeszcze jedno. Właściwością ustroju kapitalistycznego jest jeszcze to, że wszystkie znajdują­ce się w stadium rozwoju elementy przyszłego społeczeństwa przybierają w ustroju kapitalistycznym zrazu formę, w której nie zbliżają się do socjalizmu, lecz się od niego oddalają. Charakter społeczny produkcji przejawia się coraz silniej. Ale w jakiej formie? W formie wielkich przedsiębiorstw, spółek akcyjnych, karteli, w których sprzeczności kapitalistyczne, wyzysk, ucisk siły roboczej osiągają swój punkt szczytowy.

W wojskowości rozwój ten powoduje rozszerzenie powszechnego obowiązku służby wojskowej, skrócenie okresu służby, a więc materialnie zbliżenie do milicji ludowej. Ale dzie­je się to w formie nowoczesnego militaryzmu, w którym najbar­dziej jaskrawo przejawia się władza państwa militarnego nad lu­dem, a więc klasowy charakter państwa.

W stosunkach politycznych rozwój demokracji, jeżeli natra­fia na podatny grunt, prowadzi do udziału wszystkich warstw ludu w życiu politycznym, a więc w pewnym stopniu do „pań­stwa ludowego". Ale dzieje się to w formie burżuazyjnego par­lamentaryzmu, w którym przeciwieństwa klasowe i panowanie klasowe nie są zniesione, lecz właśnie rozwijają się i wychodzą na jaw. Ponieważ cały rozwój kapitalizmu przebiega w ten spo­sób wśród sprzeczności, przeto aby wyłuskać jądro społeczeń­stwa socjalistycznego z uciskającej go kapitalistycznej powłoki, proletariat musi i z tego powodu zdobyć władzę polityczną i oba­lić bez reszty system kapitalistyczny

Bernstein wysnuwa stąd co prawda inne wnioski: gdyby roz­wój demokracji miał prowadzić do zaostrzenia, a nie do osłabie­nia sprzeczności kapitalistycznych, to „socjaldemokracja musia­łaby - odpowiada on nam - jeżeli nie chce sobie sama utrudniać roboty, dążyć w miarę możności do udaremnienia reform socjal­nych i do zapobieżenia rozszerzeniu instytucji demokratycz­nych" (str. 71). Oczywiście tylko w tym wypadku, gdyby socjal­demokracja na drobnomieszczańską modłę znajdowała upodoba­nie w bezpłodnym wybieraniu wszystkich dobrych i odrzucaniu wszystkich złych stron historii. Tylko że wtedy musiałaby konse­kwentnie „dążyć do udaremnienia" w ogóle całego kapitalizmu, bo przecież o n jest tym głównym złoczyńcą, który stawia jej wszystkie przeszkody na drodze do socjalizmu. W rzeczywisto­ści jednak kapitalizm stwarza obok przeszkód zarazem je­dyne możliwości urzeczywistnienia programu socjalistycz­nego. To samo odnosi się też w pełni do demokracji.

Jeżeli demokracja stała się dla burżuazji po części zbędna, a po części przeszkodą, to dla klasy robotniczej jest za to ko­nieczna i nieodzowna. Jest po pierwsze konieczna, albowiem stwarza formy polityczne (samorząd, prawo wyborcze itp.), które posłużą proletariatowi za punkty oparcia przy przekształ­caniu społeczeństwa burżuazyjnego. Jest zaś po drugie nie­odzowna, albowiem tylko w niej, w walce o demokrację, w wy­konywaniu praw demokratycznych proletariat może dojść do uświadomienia sobie swych interesów klasowych i swych zadań historycznych.

Jednym słowem, demokracja jest nieodzowna nie dlatego, że czyni zbędnym zdobycie władzy politycznej przez proleta­riat, lecz przeciwnie, dlatego, że to uchwycenie władzy czyni równie koniecznym, jak także jedynym możliwym. Jeżeli Engels we wstępie do Walk klasowych we Francji zrewido­wał taktykę dzisiejszego ruchu robotniczego i przeciwstawił ba­rykadom walkę w granicach prawa, to omawiał -co wyni­ka jasno z każdego wiersza wstępu -nie spra­wę ostatecznego zdobycia władzy politycznej, lecz problemy związane z dzisiejszą codzienną walką, nie postępowanie prole­tariatu wobec państwa kapitalistycznego w chwili zdobycia wła­dzy państwowej, lecz jego postępowanie w ramach państwa ka­pitalistycznego. Jednym słowem, Engels dawał wytyczne ujarzmionemu proletariatowi, a nie zwycięskiemu[33].

Natomiast znana wypowiedź Marksa w kwestii agrarnej w Anglii, na którą się Bernstein również powołuje - „wyszłoby może najtaniej, gdyby się wykupiło landlordów" - dotyczy nie postępowania proletariatu przed jego zwycięstwem, lecz p o zwycięstwie. Albowiem o „wykupieniu" klas panujących mo­że być oczywiście mowa tylko wtedy gdy klasa robotnicza jest u władzy Marks rozważał tu zatem możliwość pokój owego sprawowania dyktatury proletariatu nie zastą­pienia dyktatury kapitalistycznymi reformami socjalnymi.

Sama konieczność zdobycia władzy politycznej przez prole­tariat nie ulegała nigdy ani dla Marksa, ani dla Engelsa żadnej wątpliwości. Dopiero Bernstein miał dojść do tego, by kurnik burżuazyjnego parlamentaryzmu uważać za organ powołany do dokonania najpotężniejszego przewrotu w historii świata - prze­kształcenia społeczeństwa z formy kapitalistycznej w formę socjalistyczną!

Ale Bernstein rozpoczął przecież wykład swej teorii od wy­rażenia obawy i ostrzeżenia, by proletariat nie przyszedł do ste­ru za wcześnie! W tym wypadku bowiem proletariat mu­siałby - według Bernsteina - pozostawić stosunki burżuazyjne w takim stanie, w jakim się znajdują, i ponieść straszliwą klęskę. Z tej obawy wynika przede wszystkim, że teoria Bernsteina ma dla proletariatu - gdyby warunki postawiły go u steru - tylko jedną „praktyczną" wskazówkę: by się położył spać. Przez to jednak teoria ta wydaje sama na siebie wyrok, jako pogląd, który w najważniejszych chwilach walki skazuje proletariat na bez­czynność, a więc na bierną zdradę swej własnej sprawy.

Cały nasz program byłby rzeczywiście nędznym świstkiem papieru, gdyby nie mógł nam służyć w każdej ewentualno­ści i we wszystkich chwilach walki, i to służyć przez jego wykonywanie, a nie przez niewykonywanie. Jeżeli pro­gram nasz jest sformułowaniem dziejowego rozwoju społeczeń­stwa od kapitalizmu do socjalizmu, to musi także oczywiście formułować wszystkie fazy przejściowe tego rozwoju, musi je w głównych zarysach zawierać w sobie, a więc także wskazy­wać proletariatowi odpowiednie postępowanie w sensie zbliża­nia się w każdej chwili do socjalizmu. Z tego wynika, że nie może być dla proletariatu takiej chwi1i, w której musiałby porzucić swój program albo w której zostałby porzu­cony przez swój program.

Praktycznie przejawia się to w fakcie, że nie może być chwi­li, w której proletariat, postawiony przez bieg rzeczy u steru, nie mógłby i nie byłby obowiązany do przedsięwzięcia pewnych środków w celu urzeczywistnienia swego programu, do podjęcia pewnych zarządzeń przejściowych w duchu socjalizmu. Za twierdzeniem, że program socjalistyczny mógłby w jakimś mo­mencie politycznego panowania proletariatu całkowicie zawieść i nie dawać żadnych wskazówek co do sposobu jego realizacji, kryje się bezwiednie inne twierdzenie: program socjali­styczny nie nadaje się w ogóle i w żadnym czasie do realizacji.

A jeżeli zarządzenia przejściowe są przedwczesne? Pytanie to kryje w sobie cały splot nieporozumień dotyczących rzeczy­wistego przebiegu przewrotów społecznych.

Przede wszystkim zdobycie władzy państwowej przez prole­tariat, tzn. przez wielką klasę ludową, nie może być wywołane sztucznie. Pomijając tego rodzaju wypadki, jak Komuna Pary­ska, kiedy władza dostała się w ręce proletariatu niejako wynik świadomej swego celu walki, lecz wyjątkowo jako przez wszyst­kich opuszczone bezpańskie dobro, zdobycie władzy państwo­wej ma za przesłankę pewien stopień dojrzałości stosunków ekonomiczno-politycznych. Tu tkwi główna różnica między blankistowskimi zamachami stanu „zdecydowanej mniejszości", które wybuchają jak wystrzał z rewolweru i właśnie dlatego zawsze w niewłaściwym czasie, a zdobyciem władzy państwowej przez wielkie i klasowo uświadomione masy ludowe, które same mo­gą być tylko wytworem rozpoczynającego się krachu społeczeń­stwa burżuazyjnego i dlatego noszą w sobie samych ekonomiczno-polityczną legitymację wystąpienia we właściwym czasie.

Jeżeli zatem z punktu widzenia przesłanek społecz­nych zdobycie władzy politycznej przez klasę robotniczą nie mo­że wcale nastąpić „za wcześnie", to z drugiej strony, z punktu wi­dzenia efektu politycznego, tj. utrzymania władzy, musi ono z konieczności nastąpić „za wcześnie". Przedwczesna rewo­lucja, która spędza Bernsteinowi sen z powiek, grozi nam jak miecz Damoklesa i na to nie poradzą żadne prośby ni modły, żad­ne obawy ni wahania. A to z dwóch bardzo prostych powodów.

Po pierwsze, tak potężny przewrót, jak przejście społeczeń­stwa z ustroju kapitalistycznego w socjalistyczny, jest zupełnie nie do pomyślenia od jednego razu, za jednym zwycięskim za­machem proletariatu. Założyć, że coś takiego jest możliwe, zna­czyłoby ujawnić pogląd na wskroś blankistowski. Przewrót so­cjalistyczny zakłada długą i zaciekłą walkę, w czasie której pro­letariat zostanie według wszelkiego prawdopodobieństwa nie­jednokrotnie odparty, tak że zdobycie władzy po raz pierwszy będzie z punktu widzenia ostatecznego rezultatu z konieczności „przedwczesne".

Po drugie zaś, nie można uniknąć „przedwczesnego" zdoby­cia władzy państwowej także dlatego, że właśnie same te „przed­wczesne" ataki proletariatu są bardzo ważnym czynnikiem, który stwarza polityczne warunki ostatecznego zwycię­stwa, gdyż dopiero w ciągu kryzysu politycznego, który będzie towarzyszył zdobyciu władzy, dopiero w ogniu długich i zacię­tych walk proletariat może osiągnąć konieczny stopień dojrzało­ści politycznej, potrzebny do dokonania ostatecznego wielkiego przewrotu. Tak więc „przedwczesne" ataki proletariatu na poli­tyczną władzę państwową okazują się same ważnymi momenta­mi dziejowymi, które zbliżają i określają chwilę ostateczne­go zwycięstwa. Z tego punktu widzenia „przedwczesne" zdoby­cie władzy politycznej przez lud pracujący jest politycznym ab­surdem, wywodzącym się z mechanicznego poglądu na rozwój społeczny i zakładającym, że chwilę zwycięstwa w walce klaso­wej ustala się p o z a walką klasową i niezależnie od niej.

Wobec tego zaś, że proletariat nie jest w stanie zdobyć wła­dzy państwowej inaczej jak tylko „za wcześnie" albo, innymi słowy, musi bezwarunkowo zdobyć ją raz lub kilka razy „za wcześnie", by wreszcie zdobyć ją na stałe - wobec tego opozy­cja przeciw „przedwczesnemu" zdobyciu władzy jest po prostu opozycją przeciw dążeniu proletariatu do zdobycia władzy państwowej w ogóle.

A więc i z tej strony dochodzimy konsekwentnie - podobnie jak wszystkimi drogami dochodzi się do Rzymu - do wyniku, że rewizjonistyczne zalecenie, by wyrzec się socjalistycznego celu ostatecznego, sprowadza się do tego, by wyrzec się także całego ruchu socjalistycznego [że rada dana socjalde­mokracji, by na wypadek zdobycia władzy „położyła się spać", jest identyczna z radą, by już teraz i w ogóle położyła się spać, tzn. zrezygnowała z walki klas][34].

4. KRACH KAPITALIZMU

Bernstein rozpoczął swą rewizję programu socjaldemokra­tycznego od odrzucenia teorii krachu kapitalizmu. Wobec tego jednak, że krach społeczeństwa burżuazyjnego jest kamieniem węgielnym socjalizmu naukowego, przeto usunięcie tego kamie­nia musiało logicznie doprowadzić u Bernsteina do krachu ca­łej teorii socjalistycznej. By utrzymać swe pierwsze twierdze­nie, oddaje Bernstein w toku dyskusji jedną pozycję socjalizmu za drugą.

Bez krachu kapitalizmu niemożliwe jest wywłaszczenie kla­sy kapitalistów - Bernstein rezygnuje więc z wywłaszczenia i jako cel ruchu robotniczego wysuwa stopniową realizację „za­sady uspółdzielczenia".

Ale uspółdzielczenie nie da się przeprowadzić w ramach produkcji kapitalistycznej - Bernstein rezygnuje więc z uspo­łecznienia produkcji i wpada na pomysł zreformowania handlu przez związki spożywców.

Jednakże przekształcenie społeczeństwa przez związki spo­żywców, nawet razem ze związkami zawodowymi, nie zgadza się z rzeczywistym materialnym rozwojem społeczeństwa kapi­talistycznego - Bernstein poświęca więc materialistyczne poj­mowanie dziejów.

Ale jego pogląd na rozwój ekonomiczny nie zgadza się z prawem wartości dodatkowej Marksa - Bernstein rezygnuje więc z prawa wartości dodatkowej i z prawa wartości, a tym sa­mym z całej teorii ekonomicznej Karola Marksa.

Ale bez określonego celu ostatecznego i bez bazy ekonomicz­nej w obecnym społeczeństwie proletariacka walka klas traci grunt pod nogami - Bernstein rezygnuje więc z walki klas i staje się orędownikiem pojednania z liberalizmem burżuazyjnym.

Ale w społeczeństwie klasowym walka klas jest zupełnie na­turalnym, nieuniknionym zjawiskiem - Bernstein zaprzecza więc w dalszej konsekwencji nawet istnieniu klas w naszym spo­łeczeństwie: klasa robotnicza jest dla niego jedynie zbiorowi­skiem jednostek rozproszonych nie tylko pod względem poli­tycznym i umysłowym, ale także gospodarczym. Także burżua­zję - uważa Bernstein - zespalają politycznie nie wewnętrzne interesy ekonomiczne, lecz tylko zewnętrzny nacisk - z dołu al­bo z góry.

Ale jeżeli nie ma podłoża ekonomicznego dla walki klas i je­żeli w gruncie rzeczy nie ma nawet klas, to nie tylko przyszła walka proletariatu z burżuazja, ale i obecna okazuje się niemoż­liwa, a zatem niezrozumiałe jest samo zjawisko socjaldemokra­cji z jej sukcesami. Albo też staje się ono zrozumiałe tylko jako wynik politycznego nacisku rządu, nie jako prawidłowy wynik rozwoju historycznego, lecz jako przypadkowy twór kursu hohenzollernowskiego, nie jako prawe dziecko społeczeństwa ka­pitalistycznego, lecz jako bękart reakcji. Tak przechodzi Bern­stein ze zniewalającą logiką od materialistycznego pojmowania dziejów do Frankfurter i Vossiche Zeitung.

Po wyrzeczeniu się całej socjalistycznej krytyki społeczeń­stwa kapitalistycznego pozostaje jeszcze tylko uznanie obecne­go stanu rzeczy, przynajmniej na ogół za zadowalający Bernste­in nie cofa się nawet przed tym: uważa, że reakcja w Niemczech nie jest tak silna, że „w państwach zachodnioeuropejskich nie odczuwa się prawie reakcji politycznej", że we wszystkich kra­jach Zachodu „postawa klas burżuazyjnych wobec ruchu socja­listycznego jest co najwyżej postawą defensywy, a nie ucisku (Vorwärts, 26 marca 1899). Robotnicy nie żyją w nędzy, lecz przeciwnie, są coraz zamożniejsi, burżuazja jest pod względem politycznym postępowa, a nawet moralnie zdrowa, reakcji i uci­sku widać niewiele - i wszystko dzieje się jak najlepiej na tym najlepszym ze światów...

Tak przechodzi Bernstein logicznie i konsekwentnie całą drabinę od a do z. Zaczął od odrzucenia celu ostatecz­nego ze względu na ruch. Ponieważ jednak w rzeczywistości nie może być ruchu socjaldemokratycznego bez socjalistyczne­go celu ostatecznego - kończy więc na odrzuceniu także same­go ruchu.

W ten sposób runęła cała socjalistyczna teoria Bernsteina. Z dumnego, symetrycznego, wspaniałego gmachu systemu marksowskiego została u Bernsteina wielka kupa gruzów, w której znalazły wspólny grób szczątki wszystkich systemów, okruchy myśli wszystkich wielkich i małych duchów. Marks i Proudhon, Leo von Buch i Franz Oppenheimer, Friedrich Albert Lange i Kant, pan Prokopowicz i dr Ritter von Neupauer, Herkner i Schulze-Gaevernitz, Lassalle i prof. Julius Wolf - wszyscy oni przyczynili się czymś do powstania systemu Bernsteina, u wszy­stkich Bernstein terminował. Nic w tym dziwnego! Porzucając stanowisko klasowe, stracił on kompas polityczny przez porzu­cenie socjalizmu naukowego - duchową oś krystalizacyjną, do­koła której poszczególne fakty grupują się w organiczną całość konsekwentnego światopoglądu.

Ta teoria, w której okruchy wszelkich możliwych systemów zostały ze sobą pomieszane bez rozróżnienia, jak groch z kapu­stą, wydaje się na pierwszy rzut oka zupełnie pozbawioną uprze­dzeń. Bernstein nie chce też nic wiedzieć o jakiejś „nauce par­tyjnej" lub, dokładniej, o jakiejś nauce klasowej ani też o libera­lizmie klasowym czy klasowej moralności. Uważa się on za przedstawiciela ogólnoludzkiej, abstrakcyjnej wiedzy, abstrak­cyjnego liberalizmu, abstrakcyjnej moralności. Ponieważ jednak rzeczywiste społeczeństwo składa się z klas, które mają diame­tralnie sprzeczne interesy, dążenia i poglądy, przeto ogólnoludz­ka nauka o sprawach socjalnych, abstrakcyjny liberalizm czy abstrakcyjna moralność są na razie fantazją, oszukiwaniem sa­mego siebie. To, co Bernstein uważa za swą ogólnoludzką nau­kę, demokrację i moralność, jest w rzeczywistości tylko panują­cą, tzn. burżuazyjną nauką, burżuazyjną demokracją, burżuazyj­ną moralnością.

I rzeczywiście, gdy Bernstein wypiera się ekonomicznego systemu Marksa, by przysięgać na nauki Brentano, Bähm-Ba-werka, Jevonsa, Saya, Juliusa Wolfa, to czyż nie zamienia nau­kowej podstawy wyzwolenia klasy robotniczej na apologię bur­żuazji? Gdy mówi o ogólnoludzkim charakterze liberalizmu i przekształca socjalizm w odmianę liberalizmu, to czyż nie odbiera socjalizmowi charakteru klasowego, a więc treści histo­rycznej, a więc w ogóle wszelkiej treści, i czyż historycznej re­prezentantki liberalizmu - burżuazji - nie czyni tym samym rzecznikiem interesów ogólnoludzkich?

A gdy rusza do walki przeciw „podnoszeniu czynników ma­terialnych do rangi wszechmocnych sił rozwoju", przeciw „po­gardzaniu ideałem" wśród socjaldemokracji, gdy staje w obro­nie idealizmu i moralności, występując jednak równocześnie przeciw jedynemu źródłu moralnego odrodzenia proletariatu -przeciw rewolucyjnej walce klas - to czyż nie występuje wobec klasy robotniczej jako orędownik kwintesencji moralności bur­żuazyjnej, a mianowicie pogodzenia się z istniejącym porząd­kiem i przeniesienia swych nadziei w zaświaty wyobrażeń etycznych?

I wreszcie, gdy kieruje swe najostrzejsze strzały przeciw dialektyce, to czyż nie występuje do walki przeciw specyficzne­mu sposobowi myślenia walczącego o swe wyzwolenie klasowo uświadomionego proletariatu? Czyż nie zwalcza miecza, za po­mocą którego proletariat przebija mroki swej dziejowej przy­szłości, czyż nie zwalcza broni duchowej, którą, pozostając pod względem materialnym jeszcze w jarzmie, zwycięża burżuazję, albowiem udowadnia jej, że jej panowanie jest przemijające, wy­kazuje nieuchronność własnego zwycięstwa, i rewolucję w dzie­dzinie ducha czyni już teraz faktem dokonanym! Rozstając się z dialektyką i przyswajając sobie huśtawkę myślową w rodzaju „z jednej strony - z drugiej strony", „wprawdzie - ale", „aczkol­wiek - to jednak", „mniej - więcej", Bernstein popada zupełnie konsekwentnie w historycznie uwarunkowany sposób myślenia upadającej burżuazji, w sposób myślenia będący dokładnym du­chowym odbiciem jej społecznego bytu i politycznego działania [Caprivi - Hohenlohe, Berlepsch - Posadowsky dekrety lutowe - projekt ustawy o ciężkim więzieniu]*; polityczne „z jednej strony - z drugiej strony", ,Jeśli" i „jednak" dzisiejszej burżua­zji ma te same cechy, co sposób myślenia Bernsteina, a sposób myślenia Bernsteina jest najdoskonalszym i najbardziej nieo­mylnym symptomem jego burżuazyjnego światopoglądu.

Ale dla Bernsteina nawet słowo „burżuazyjny" przestało być pojęciem klasowym i stało się pojęciem ogólnospołecznym. Oznacza to, że Bernstein - konsekwentnie aż do kropki nad i -zamieniając naukę, politykę, moralność i sposób myślenia za­mienił także historyczny język proletariatu na język burżuazji. Wobec tego, że przez słowo „mieszczanin" Bernstein rozumie zarówno bourgeois, jak i proletariusza, a więc w ogóle człowie­ka, przeto człowiek stał się dla niego w ogóle identyczny z bo­urgeois, a społeczeństwo ludzkie - ze społeczeństwem burżua­zyjnym.

[Jeśli na początku dyskusji z Bernsteinem ktoś mógł jeszcze żywić nadzieję, że zdoła go przekonać argumentami zaczerpnię­tymi z naukowego arsenału socjaldemokracji, że pozyska go z powrotem dla socjaldemokracji, to nadziei tej musi obecnie absolutnie się wyrzec. Obecnie bowiem te same słowa przestały dla obu stron oznaczać te same pojęcia, a te same pojęcia - te sa­me fakty społeczne. Dyskusja z Bernsteinem stała się teraz roz­prawą między dwoma światopoglądami, dwiema klasami, dwie­ma formacjami społecznymi. Bernstein i socjaldemokracja sto­ją obecnie na zupełnie różnym gruncie][35].

5. OPORTUNIZM W TEORII I PRAKTYCE

Książka Bernsteina miała dla niemieckiego i dla międzyna­rodowego ruchu robotniczego wielkie znaczenie historyczne: była to pierwsza próba, by prądom oportunistycznym w łonie socjaldemokracji dać podstawę teoretyczną.

Prądy oportunistyczne istnieją w naszym ruchu - jeżeli wziąć pod uwagę ich sporadyczne przejawy, na przykład w zna­nej sprawie subwencji na budowę parowców - od dłuższego cza­su. Ale zdecydowanie jednolity prąd tego rodzaju istnieje dopie­ro od początku lat dziewięćdziesiątych, od czasu upadku ustawy przeciw socjalistom i odzyskania przez partię prawnej podstawy działania. Socjalizm państwowy Vollmara, głosowanie w spra­wie budżetu bawarskiego, południowoniemiecki socjalizm agrarny, wnioski kompensacyjne Heinego, stanowisko Schippla w kwestii ceł i milicji - oto kamienie milowe w rozwoju prakty­ki oportunistycznej.

Co znamionuje ją przede wszystkim zewnętrznie? Wrogość wobec „teorii". I to jest samo przez się zrozumiałe, albowiem nasza „teoria" - tzn. zasady socjalizmu naukowego - wyznacza ściśle określone granice działalności praktycznej zarówno co się tyczy c e 1 ó w, do których należy dążyć, jak i środków wal­ki, które należy stosować, jak wreszcie nawet samego s p o s o -b u walki. Toteż u tych, którzy chcą uganiać się tylko za prak­tycznymi sukcesami, występuje zupełnie naturalne dążenie do zapewnienia sobie wolnych rąk, tj. oddzielenia naszej praktyki od „teorii", uczynienia tej praktyki niezależną od „teorii".

Ale przy każdej tego rodzaju próbie teoria ta biła ich na gło­wę: socjalizm państwowy, socjalizm agrarny, polityka kompensa­cji, sprawa milicji - to zarazem tyleż klęsk oportunizmu. Jest rze­czą oczywistą, że jeżeli prąd ten chciał wystąpić przeciw naszym zasadom, musiał w konsekwencji ważyć się na wystąpienie prze­ciw samej teorii, przeciw jej zasadom, a nie poprzestawać tylko na ich ignorowaniu; musiał starać się zachwiać nimi i wykoncypować własną teorię. Próbą idącą w tym kierunku była właśnie teoria Bernsteina i dlatego byliśmy świadkami, jak na zjeździe partyjnym w Stuttgarcie wszystkie elementy oportunistyczne skupiły się natychmiast pod sztandarem Bernsteina. Jeżeli z jed­nej strony prądy oportunistyczne w praktyce są zjawiskiem zu­pełnie naturalnym, znajdującym swe wytłumaczenie w warun­kach naszej walki i we wzroście jej nasilenia, to z drugiej strony teoria Bernsteina jest nie mniej zrozumiałą próbą nadania tym prądom ogólnego teoretycznego wyrazu, wynalezienia ich wła­snych teoretycznych założeń i porachowania się z socjalizmem naukowym. Teoria Bernsteina była zatem dla oportunizmu teore­tyczną próbą ogniową, jego pierwszą naukową legitymacją.

Jak wypadła ta próba? Widzieliśmy to. Oportunizm nie jest w stanie stworzyć pozytywnej teorii, która by choć w pewnej mierze wytrzymywała krytykę. Wszystko, co może, to zwalczać naukę Marksa zrazu w jej różnych oddzielnych zasadach, by w końcu — wobec tego, że nauka ta stanowi spoistą całość - zni­szczyć cały system od góry do dołu. Dowodzi to, że praktyka oportunistyczna w swej istocie i swych zasadach nie da się po­godzić z systemem Marksa.

Ale dowodzi to zarazem, że oportunizm nie da się pogodzić z socjalizmem w ogóle, że jego wewnętrzna tendencja zmierza do zepchnięcia ruchu robotniczego na tory burżuazyjne, tzn. zu­pełnego sparaliżowania proletariackiej walki klas. Walka ta w ujęciu historycznym nie jest co prawda identyczna z syste­mem Marksa. Także przed Marksem i niezależnie od niego istniał ruch robotniczy i różne systemy socjalistyczne, z których każdy był w swoim rodzaju i w sposób odpowiadający ówcze­snym warunkom - teoretycznym wyrazem dążeń wyzwoleń­czych klasy robotniczej. Uzasadnienie socjalizmu moralnymi pojęciami sprawiedliwości, walka przeciw sposobowi podziału zamiast walki przeciw sposobowi produkcji, pojmowanie prze­ciwieństw klasowych jako przeciwieństwa między biednym a bogatym, usiłowanie zaszczepienia „spółdzielczości" gospo­darce kapitalistycznej - wszystko, co znajdujemy w systemie Bernsteina, już kiedyś było. Teorie te były dla tamtych czasów mimo swej niedoskonałości prawdziwymi teoriami proletariackiej walki klas, były dziecięcymi bucikami olbrzyma, w których proletariat uczył się chodzić po scenie dziejów.

Ale gdy rozwój samej walki klas i jej warunków historycz­nych doprowadził już do porzucenia tych teorii i do sformułowania zasad socjalizmu naukowego, nie jest już - przy­najmniej w Niemczech - możliwy żaden inny socjalizm poza marksowskim i żadna socjalistyczna walka klas poza obrębem socjaldemokracji. Obecnie socjalizm i marksizm, walka wyzwo­leńcza proletariatu i socjaldemokracja są identyczne. Nawrót do przedmarksowskich teorii socjalizmu nie oznacza zatem dzisiaj nawet wdziania z powrotem olbrzymich butów dziecięcych pro­letariatu, nie - jest wdzianiem z powrotem skrojonych na miarę karła, wydeptanych pantofli burżuazji.

Teoria Bernsteina była pierwszą, ale zarazem o s t a t -n i ą próbą stworzenia teoretycznych podstaw oportunizmu. Mówimy: ostatnią, gdyż posunęła się ona w systemie Bernsteina - zarówno od strony negatywnej, w wyrzeczeniu się socjalizmu naukowego, jak i pozytywnej, w pomieszaniu wszelkich możli­wych odmian teoretycznego mętniactwa - tak daleko, że nie po­zostaje jej już nic więcej do zrobienia. Książką Bernsteina opor­tunizm zakończył rozwój w dziedzinie teorii [jak stanowiskiem Schippla w sprawie militaryzmu swój rozwój w dziedzinie prak­tyki][36] i doszedł do swych ostatecznych konsekwencji.

Nauka Marksa nie tylko jest w stanie wykazać teoretycznie błędność oportunizmu, ale ona - i tylko ona - może także w y -j a ś n i ć go jako zjawisko historyczne w rozwoju partii. Histo­ryczny marsz proletariatu aż do zwycięstwa nie jest wcale „rze­czą tak prostą". Cała specyfika tego ruchu polega na tym, że tu po raz pierwszy w historii masy ludowe przeprowadzają swą wo­lę same i przeciw wszystkim panującym klasom, ale wola ta musi wykraczać poza granice istniejącego społeczeństwa. Jed­nakże wolę tę masy mogą wykształcić w sobie tylko w usta­wicznej walce z istniejącym ustrojem, a więc tylko w jego ra­mach. Zespolenie najszerszych mas ludu z celem wykraczają­cym poza istniejący ustrój, walki codziennej z wielką reformą świata - oto wielki problem ruchu socjaldemokratycznego, który też w ciągu całego rozwoju musi konsekwentnie kroczyć naprzód między dwiema rafami: między rezygnacją z charakte­ru masowego a rezygnacją z celu ostatecznego, między ponow­nym przekształceniem się w sektę a stoczeniem się do burżua­zyjnego reformizmu, między anarchizmem a oportunizmem.

Nauka Marksa dostarczyła co prawda ze swego teoretyczne­go arsenału już pół wieku temu zabójczą broń zarówno przeciw jednej, jak i drugiej skrajności. Wobec tego jednak, że ruch nasz jest ruchem masowym, a grożące mu niebezpieczeństwa nie ro­dzą się w samych głowach ludzkich, lecz wynikają z warunków historycznych - teoria Marksa nie mogła raz na zawsze zapo­biec z góry wszelkim anarchistycznym i oportunistycznym od­chyleniom; dopiero gdy przejawią się one w praktyce, musi je ruch przezwyciężyć - oczywiście za pomocą oręża dostarczone­go przez Marksa. Mniejsze niebezpieczeństwo - anarchistyczną odrę - w postaci „ruchu niezależnych" socjaldemokracja już przezwyciężyła. Niebezpieczeństwo większe - oportunistyczną puchlinę wodną - przezwycięża obecnie.

Wobec olbrzymiego wzrostu naszego ruchu w ostatnich la­tach, wobec skomplikowanych warunków i zadań walki musiała nadejść chwila, w której doszedł w naszych szeregach do głosu sceptycyzm co do osiągalności naszych wielkich celów osta­tecznych i wahania w odniesieniu do idealnego elementu ruchu. Tak i nie inaczej może i musi przebiegać wielki ruch proletaria­cki, a chwile chwiejności i niepewności nie tylko nie są wcale niespodzianką dla nauki Marksa, lecz wręcz przeciwnie, zostały przez Marksa dawno przewidziane i przepowiedziane. „Rewolu­cje burżuazyjne - pisał Marks pół wieku temu w swym Osiem­nastym brumaire'a - jak na przykład rewolucje osiemnastego stulecia, mkną szybko od powodzenia do powodzenia, ich efek­ty dramatyczne są coraz świetniejsze, ludzie i rzeczy wydają się oprawni w ogniste brylanty, każdy dzień tchnie ekstazą; ale re­wolucje te mają krótki żywot, rychło dobiegają swego szczytu i kociokwik na długo ogarnia społeczeństwo, zanim nauczy się ono na trzeźwo przyswajać sobie rezultaty okresu burzy i napo­ru. Rewolucje proletariackie natomiast - rewolucje dziewiętna­stego stulecia - ustawicznie same siebie krytykują, wciąż prze­rywają swój własny bieg, nawracają do tego, co już na pozór zo­stało dokonane, by to samo rozpocząć od nowa, z okrutną do­kładnością szydzą z połowiczności, słabości i niedołęstwa swych pierwszych poczynań, zdają się obalać przeciwnika po to tylko, by zaczerpnął świeżych sił z ziemi i urósłszy w potęgę znów powstał przeciw nim, wciąż się cofają przerażone bezgra­nicznym ogromem własnych swych celów, póki nie wytworzy się sytuacja uniemożliwiająca wszelki odwrót i same okoliczno­ści zawołają:

„Hic Rhodus, hic salta!"

To pozostało prawdą także po wzniesieniu gmachu socjali­zmu naukowego. Ruch proletariacki nie stał się przez to od razu - także w Niemczech - socjaldemokratyczny staje się on nim z każdym dniem, staje się nim także podczas i wskutek cią­głego przezwyciężania odchyleń w stronę anarchizmu i oportu­nizmu, które są tylko momentami ruchu socjaldemokracji poję­tej jako proces.

Wobec tego niespodzianką jest nie powstanie prądu oportunistycznego, lecz raczej jego słabość. Dopóki przejawiał się on tylko w poszczególnych wypadkach praktyki partyjnej, dopóty można było spodziewać się po nim jakiejś poważnej teoretycz­nej podstawy Teraz jednak, gdy w książce Bernsteina znalazł pełny wyraz, musi każdy zawołać zdumiony: Jak to, to jest wszystko, co macie do powiedzenia? Ani cienia nowej myśli! Ani jednej myśli, której by marksizm przed dziesiątkami lat nie obalił, nie zmiażdżył, nie wyśmiał, nie unicestwił!

Wystarczyło, by oportunizm przemówił, a już okazało się, że nie ma nic do powiedzenia. 1 na tym polega właściwe znacze­nie książki Bernsteina w historii naszej partii.

Tak więc Bernstein może jeszcze przy rozstaniu się ze spo­sobem myślenia rewolucyjnego proletariatu, z dialektyką i z materialistycznym pojmowaniem dziejów podziękować im za okoliczności łagodzące, które przyznają one jego przeobra­żeniu. Albowiem tylko dialektyką i materialistyczne pojmowa­nie dziejów mogą w swej wspaniałomyślności ukazać go jako powołane, choć nieświadome narzędzie, za pomocą którego szturmujący proletariat dał wyraz swej chwilowej chwiejności, by je, po obejrzeniu przy świetle, odrzucić z szyderczym śmie­chem daleko od siebie.

[Powiedzieliśmy, że ruch nasz staje się socjaldemokra­tyczny podczas i wskutek przezwyciężania odchyleń w stronę anarchizmu i oportunizmu - odchyleń będących nieuniknionym wynikiem jego wzrostu. Ale przezwyciężyć — nie znaczy w spo­koju ducha pozostawić wszystko swemu biegowi. Przezwy­ciężyć obecny prąd oportunistyczny - zna­czy odtrącić go od siebie.

Bernstein kończy swą książkę radą dla partii, by miała odwagę okazać się tym, czym jest: demokratyczno-socjalistyczną partią reform. Partia, tj. jej instancja naczelna, zjazd partyj­ny, powinna - naszym zdaniem - skwitować tę radę przez spo­wodowanie, by Bernstein okazał się także formalnie tym, kim jest: drobnomieszczańsko-demokratycznym postępowcem][37].

Przypisy:

[1] Istnieją dwa różne wydania pracy „Reforma socjalna czy rewolucja?", oba opracowane przez samą autorkę, pierwsze z 1900 r., a drugie z 1908 r. Odbiegają one od siebie w szczegółach. Chodzi przy tym głównie o dwie rze­czy W drugim wydaniu wprowadzono rozmaite zmiany wyłaniające z nowych praktycznych doświadczeń, np. w kwestii kryzysu gospodarczego. Pominięto w drugim wydaniu wszystkie te miejsca, w których autorka żąda wykluczenia reformistów z partii lub czyni w tej sprawie aluzje. Gdy Róża Luksemburg wy­dawała broszurę po raz drugi, żądanie wykluczenia utraciło wszelki sens i by­łoby wprost śmieszne w dziesięć lat po rozpoczęciu dyskusji nad Bernsteinem i po opanowaniu przez oportunistów najważniejszych pozycji w partii. Obecny przedruk został dokonany na podstawie pierwszego wydania. Późniejsze opuszczenia zaznaczono w tekście kwadratowymi nawiasami. Uzu­pełnienia z drugiego wydania podano w przypisach. Poprawki stylistyczne i małe przeróbki przejęto z drugiego wydania bez .specjalnego zaznaczania. -Red. Ges. Werke
[2] Ustępów ujętych w nawiasy kwadratowe brak w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke.
[3] Omówienie serii artykułów Bernsteina pt. „Problemy socjalizmu”, Neue Zeit, 1897/98. – uwaga autorki.
[4] Mowa tu o strajku londyńskich robotników zakładów budowy maszyn w 1897 roku o 8-godzinny dzień pracy. Na strajk ten przedsiębiorcy odpowiedzieli lokautem, co wywołało strajk powszechny robotników tej gałęzi przemysłu w całej Anglii. Strajk trwał 30 tygodni i zakończył się porażką robotników.
[5] Mowa o zniesieniu w 1896 roku powszechnego prawa wyborczego w Saksonii i wprowadzeniu trójklasowego systemu wyborczego.
[6] Neue Zeit, 1897/98, nr 18, str. 555. – uwaga autorki.
[7] Neue Zeit, 1897/98, nr 18, str. 554. – uwaga autorki.
[8] (Uzupełnienie w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke). W przypisie do trzeciego tomu Kapitału, w rozdz. 6, pisał Fryderyk Engels w 1894 r.: „Od czasu kiedy powyższe słowa zostały napisane (1865 r.) konku­rencja na rynku światowym znacznie się wzmogła wskutek szybkiego rozwoju przemysłu we wszystkich krajach cywilizowanych, a zwłaszcza w Ameryce i w Niemczech. Ów fakt, że szybko i ogromnie rozwijające się nowoczesne si­ły wytwórcze z każdym dniem coraz bardziej przerastają prawa kapitalistycz­nej wymiany towarowej, w granicach których mają działać - ów fakt coraz bar­dziej narzuca się dziś także świadomości samych kapitalistów. Świadczą o tym zwłaszcza dwa symptomy Po pierwsze, nowa powszechna mania cel ochron­nych, które tym się w szczególności różnią od dawnego systemu cel ochron­nych, że chronią głównie towary najbardziej nadające się do eksportu. Po wtóre, kartele (trusty) zrzeszające fabrykantów całych wielkich sfer produkcji i mające na celu regulowanie produkcji, a tym samym cen i zysków. Rozumie się samo przez się, że eksperymenty te udają się jedynie przy stosunkowo sprzyjającej pogodzie ekonomicznej. Pierwsza burza musi je udaremnić, stano­wiąc dowód, że jeśli nawet produkcja wymaga regulacji, to jednak na pewno nie klasa kapitalistów jest do tego powołana. Tymczasem owe kartele mają je­dynie za zadanie dbać o to, aby wielkie rekiny połykały małe płotki jeszcze szybciej, niż połykały dotychczas". - Uwaga autorki.
[9] W miejsce fragmentu ujętego w nawiasy kwadratowe wszedł do drugiego wydania ustęp następujący: Odpowiedź na to pytanie nastąpiła z miejsca. Zaledwie Bernstein w 1898 r wyrzucił teorię kryzysów Marksa do rupieciarni, gdy w roku 1900 wybuchł gwałtowny kryzys ogólny, a w 7 lat później, w 1907 r., nawiedził rynek świa­towy nowy kryzys, który nadciągnął ze Stanów Zjednoczonych. Tak więc krzyczące fakty obaliły teorię o „przystosowywaniu się" kapitalizmu. Dowio­dły one zarazem, że ci, którzy odrzucili teorię kryzysów Marksa tylko dlatego, że nie sprawdziła się w dwóch rzekomych „terminach", pomieszali jądro tej te­orii z nieistotnym zewnętrznym szczegółem jej formy, mianowicie z cyklem dziesięcioletnim. Sformułowanie cyklu współczesnego przemysłu kapitali­stycznego jako okresu dziesięcioletniego było jednak u Marksa i Engelsa w la­tach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych tylko zwykłym stwierdzeniem fak­tów, które ze swej strony opierały się nie na jakichś prawach natury, lecz na szeregu historycznych warunków, pozostających w związku z odbywającym się skokami rozszerzaniem strefy działania młodego kapitalizmu. - Red. Ges. Werke.
[10] w miejsce ustępu ujętego w nawiasy kwadratowe wstawiono w drugim wydaniu: Niechby kryzysy te powtarzały się co 10 lub co 5 lat albo na prze­mian co 20 i co 8 lat. Najdobitniej jednak wykazuje niesłuszność teorii Bern­steina fakt, że ostatni kryzys 1907-1908 roku szalał najgwałtowniej właśnie w tym kraju, w którym sławetne „środki przystosowywania się" kapitalizmu, mianowicie kredyt, służba informacyjna i trusty są najbardziej rozwinięte. -Red. Ges. Werke.
[11] K. Marx, Das Kapital, t. III, rozdz. 15. - Uwaga autorki
[12] Skreślone w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke.
[13] Vorwärts z 20 lutego 1898 r. Kronika literacka. Uważamy się tym bardziej za uprawnionych do traktowania wywodów Konrada Schmidta jako pozostających w związku z wywodami Bernsteina, jako że Bernstein ani słówkiem nie zaprzeczył sposobowi komentowania jego poglądów w Vor­wärts. - Uwaga autorki.
[14] Webb, Theorie md Praxis der englischen Gewerkvereine, t. II, str. 100 i nast. — Uwaga autorki.
[15] Tamże, str. 115 i nast. - Uwaga autorki
[16] Tamże. - Uwaga autorki.
[17] K. Marx, Das Kapital, t. III, rozdz. 14. - Uwaga autorki.
[18] Co dziś posiadam, widzę w dali, mgliste, A co zniknęło, jest mi rzeczywiste. (Przekład W Kościelskiego. - Red. przekł. Polsk..).
[19] w drugim wydaniu znajduje się zamiast tego zdania ustąp następujący: „Dzisiaj ochronę celną wprowadza się nie po to, by rozwijać młode gałęzie przemysłu, lecz by utrzymać sztucznie przy życiu przestarzałe formy produk­cji". Red. Ges. Werke.
[20] Zdanie to zostało w drugim wydaniu skreślone. Tam, gdzie niżej w tek­ście mówi się o polityce światowej i odkryciu innych krajów, była w pierwszym wydaniu mowa tylko o Chinach. - Red. Ges. Werke.
[21] W 1872 r. profesorowie Wagner, Schmoller, Brentano i inni odbyli w l,i sanach kongres, na którym z wielkim szumem i hałasem proklamowali juko swój cel wprowadzenie reform socjalnych dla ochrony klasy robotniczej, ('i sami panowie, których liberał Oppenheim nazwał ironicznie „katheder-socjalistami”, założyli zaraz potem „Stowarzyszenie Reformy Socjalnej" („Verein für Süzialreform"). Już w kilka lat później, gdy walka przeciw socjaldemokracji zaostrzyła się, luminarze „katheder-socjalizmu" glosowali jako posłowie do Reichstagu za przedłużeniem ustawy przeciw socjalistom. Poza tym cała dzia­łalność Stowarzyszenia ogranicza się do odbywania corocznych walnych zgro­madzeń, podczas których odczytuje się kilka referatów profesorskich na roz­maite tematy; nadto stowarzyszenie to wydało ponad sto grubych tomów po­święconych sprawom ekonomicznym. Dla reformy socjalnej profesorowie ci, którzy zresztą występują w obronie cel ochronnych, militaryzmu itp., nie zro­bili literalnie nic. Stowarzyszenie samo zrezygnowało ostatnio z reformy so­cjalnej i zajmuje się obecnie sprawami kryzysów, karteli itp. - Uwaga autorki. (Uwagi tej nie ma w pierwszym wydaniu. - Red. Ges. Werke).
[22] Omówienie książki Edwarda Bernsteina Die Voraussetzungen des Socialismus und die Aufgabender Socialdemokratie [Pierwszy przekład tej książki w języku polskim ukazał się we Lwowie w 1901 roku nakładem PolskiegoTowarzystwa Nakładowego pt. Zasady socjalizmu i zadania socjalnej demokracji.] (Stuttgart 1899, J. H. W. Dietz Nachf.). – uwaga autorki.
[23] Van der Borght, Handwörterbuch der Staatswissenschafien, 1.1. - Uwaga autorki.
[24] Notabene, Bernstein widzi zapewne w znacznym rozpowszechnieniu się małych akcji dowód, że bogactwo społeczne zaczyna darzyć swym akcyjnym błogosławieństwem całkiem szarych ludzi. Bo rzeczywiście, który drobnomieszczanin lub nawet robotnik kupiłby w innym wypadku na przykład akcje za bagatelną sumą 1 funta lub 20 marek! Niestety, przypuszczenie to polega na zwykłym błędzie rachunkowym: operuje się wartością nominalną akcji, a nic ich wartością rynkową, choć są to dwie zupełnie różne rzeczy Przykład: Na rynku akcji kopalnianych handluje się m.in. południowoafrykańskimi ,”randmines”; nominalna wartość jednej takiej akcji, podobnie jak większości kopalnia­nych papierów wartościowych, opiewa na 1 flinta = 20 markom. Ale cena takiej akcji wynosiła już w 1889 r. 43 funty (por. kurs akcji z końca marca), a więc nie 20, lecz 860 marek! 1 tak jest przeważnie wszędzie. „Małe" akcje są zatem, mimo iż dźwięczą w uchu tak demokratycznie, zamożnomieszczańskimi, a by­najmniej nie drobnomieszczańskimi czy nawet proletariackimi „przekazami na bogactwo społeczne", gdyż tylko minimalna ilość akcjonariuszy nabywa je po cenie nominalnej. - Uwaga autorki.
[25] Bernstein odpowiada wprawdzie dość szeroko na niektóre punkty naszej serii artykułów w Leipziger Volkszeitung, ale w sposób, który zdradza tylko Je go zakłopotanie. Ułatwia sobie na przykład odpowiedź na naszą krytykę jego sceptycyzmu w sprawie kryzysów w ten sposób, że wmawia nam, jakobyśmy z całej teorii kryzysów Marksa zrobili muzyką przyszłości. Jest to jednak zupełnie dowolna interpretacja naszych słów, gdyż twierdziliśmy tylko, że regularna, mechaniczna periodyczność kryzysów, mówiąc dokładniej, dziesięcioletni cykl kryzysowy, stanowi schemat, który odpowiada jedynie zupełnie rozwiniętemu rynkowi światowemu. Jeśli chodzi o treść teorii kryzysów Marksa, to oświadczyliśmy że jest to jedyne naukowe ujęcie zarówno mechanizmu, jak i wewnętrznych ekonomicznych przyczyn wszystkich dotychczasowych kryzysów. Jeszcze bardziej dziwaczne są odpowiedzi Bernsteina na inne punkty naszej krytyki. Na naszą uwagę na przykład, że kartele nie mogą stanowić środka przeciw anarchii kapitalistycznej już z tego powodu, iż - jak to wykazuje przemysł cukrowniczy - wywołują tylko zaostrzoną konkurencję na rynku światowym - na tę naszą uwagę odpowiada Bernstein, że to jest wprawdzie słuszne, ale ostrzejsza konkurencja na rynku cukrowniczym w Anglii powołała dożycia potężną produkcję marmolad i konfitur (str. 78). Odpowiedź ta przypomina ćwiczenia w konwersacji zawarte w pienvszej części metody językowej dla samouków opracowanej przez Ollendorfa: „Rękaw jest krutki, ale trzewik jest ciasny. Ojciec jest wysoki, ale matka położyła się spać". W podobnie logiczny sposób odpowiada Bernstein na nasz wywód, że także kredyt nie może być „środkiem przystosowywania się kapitalizmu" zapobiegającym anarchii kapitalistycznej, gdyż powiększa raczej jeszcze anar­chię. Kredyt ma przecież - odpowiada Bemstein - obok niszczącej także jeszcze pozytywną, „odnawiająco-twórczą" właściwość, którą uznał także Marks. Dla tego, kto opierając się na teorii Marksa widzi w gospodarce kapitalistycznej w ogóle wszystkie pozytywne zalążki przyszłego socjalistycznego przeobrażenia społeczeństwa, taka uwaga także w odniesieniu do kredytu nie stanowi zbytniej nowości. W dyskusji chodziło jednak o to, czy ta pozytywna, prowadząca poza granice kapitalizmu właściwość kredytu przejawia się też pozytywnie w gospodarce kapitalistycznej, czy może ona przezwyciężyć anarchią kapitalistyczną, jak to utrzymuje Bernstein, czy też, przeciwnie, wyradza się sama w sprzeczność i powiększa jeszcze anarchię, jak to my wskazywali­śmy. Powoływanie się Bernsteina znowu na „odnawiająco-twórczą zdolność kredytu. która stanowiła przecież punkt wyjścia całej dyskusji, jest wobec tego tylko teoretyczną ucieczką w zaświaty" prowadzonej dyskusji. – Uwaga autorki. (Tej uwagi brak w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke).
[26] „Fabryki spółdzielcze należące do samych robotników stanowią w obrę­bie starej formy pierwszy dokonany w niej wyłom, aczkolwiek wszędzie, o ile chodzi o ich rzeczywistą organizację, reprodukują oczywiście - i muszą repro­dukować - wszelkie braki istniejącego systemu". K. Marx, Das Kapitał, t. 111, r«)/.dz. 27. - Uwaga autorki.
[27] Skreślone w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke.
[28] Skreślone w drugim wydaniu. Na podstawie § 14 konstytucji można było w monarchii habsburskiej zawieść gwarancje konstytucyjne, między innymi także parlament. Z prawa tego nieraz korzystano. – Red. Ges. Werke.
[29] Skreślone w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke.
[30] Róża Luksemburg skorygowała później swój pogląd na przypuszczalny wpływ wojny na Francję. Pogląd ten wynikł z ówczesnych stosunków (1899): V. dającego się wówczas jeszcze odczuć wpływu boulanżyzmu (silnego ruchu drobnomieszczańsko-monarchistycznego), z mniejszego pod wpływem woj­skowym znaczenia przymierza Francja-Rosja w porównaniu z trójprzymierzem, z niepewności co do stanowiska Anglii na wypadek wojny i ze słabości ruchu proletariackiego. Zamiast fragmentu ujętego w nawiasy znajduje się w drugim wydaniu ustąp następujący: „W Niemczech nową erę wielkich zbrojeń, która rozpoczęła się w 1893 r., i zapoczątkowaną przez zajęcie Kiao-czou politykę wielkomocar­stwową opłaciła demokracja burżuazyjną natychmiast dwiema ofiarami: rozpa­dnięciem się partii wolnomyślnych i zmianą frontu partii Centrum, która z opozycyjnej stała się partią rządową. Ostatnie wybory do Reichstagu (1907), rozegrane pod hasłem polityki kolonialnej, są zarazem historycznym pogrze­bem niemieckiego liberalizmu". - Red. Ges. Werke.
[31] Przez „legendę o pożeraniu" rozumie Bernstein „wypowiedzi, których punktem wyjścia jest ogólna, równoczesna i gwałtowna ekspropriacja" (Neue Zeit, 1898/99, str. 89). ~ Uwaga autorki
[32] Tego ustępu brak w drugim wydaniu. - Red. Ges. Werke.
[33] Kto zna sprawę sfałszowania wstępu Engelsa przez kierownictwo SPD w 1895 r. (ujawnioną przez Riazanowa), ten zauważy z zadowoleniem, że Róża' Luksemburg odczuła rzeczywisty sens prawdziwego wstępu. Wyraziłaby się niewątpliwie jeszcze jaśniej, gdyby znała zatajone ustępy Pojęcia: ujarzmiony i zwycięski proletariat są w każdym razie jeszcze niejasne. Lepsze byłoby mo­że wyrażenie: bezsilny proletariat i proletariat, którego siły dojrzały do roz­strzygających walk. - Red. Ges. Werke.
[34] Skreślone w drugim wydaniu. – Red. Ges. Werke.
[35] Skreślone w drugim wydaniu – Red. Ges. Werke.
[36] Skreślone w drugim wydaniu – Red. Ges. Werke.
[37] Skreślone w drugim wydaniu – Red. Ges. Werke.

Autor: 
Luksemburg Róża