Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Komputerowa iluzja demokracji. Niebezpieczeństwa cyberprzestrzeni.

Doroczny tytuł Człowieka Roku 2006 tygodnika "Time" nie został przyznany Ahmadineżadowi, Chávezowi, Kim Dzong Ilowi czy innemu spośród najbardziej prawdopodobnych kandydatów, lecz "tobie", czyli każdemu z nas, kto korzysta z internetu lub tworzy zawarte w nim treści. Na okładce pisma pojawiła się biała klawiatura z ekranem komputerowym w roli lustra, w którym każdy z nas, czytelników, może zobaczyć swoje odbicie.

Za tym wyborem kryje się coś znacznie istotniejszego, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Jest to wybór o charakterze par excellence ideologicznym: okładkowe przesłanie - w nowej cyberdemokracji miliony ludzi mogą się bezpośrednio komunikować i organizować, z pominięciem władzy państwowej - kamufluje cały szereg niepokojących luk i napięć. Pierwszy i najbardziej oczywisty paradoks polega na tym, że każdy, kto patrzy na okładkę "Time'a", nie widzi innych, z którymi jakoby bezpośrednio się komunikuje, lecz lustrzane odbicie samego siebie. Nic dziwnego, że jednym z głównych filozoficznych punktów odniesienia dla teoretyków cyberprzestrzeni jest myśl Leibniza: czy poprzez zanurzenie w cyberprzestrzeni nie ulegamy redukcji postaci do Leibnizjańskiej monady, która wprawdzie "nie ma okien" otwierających się na rzeczywistość zewnętrzną, ale odbija w sobie cały wszechświat? Czy typowy dzisiejszy internauta, siedzący samotnie przed ekranem peceta, nie jest w coraz większym stopniu monadą pozbawioną okien na rzeczywistość i napotykającą tylko wirtualne symulakry, ale jednocześnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zanurzoną w globalnej sieci, komunikującą się z całą planetą w czasie rzeczywistym? Najnowszym krzykiem mody wśród seksualnych radykałów jest "masturbaton", zbiorowa impreza charytatywna, podczas której setki mężczyzn i kobiet własnoręcznie robią sobie dobrze. Masturbacja buduje kolektyw z jednostek, które są gotowe podzielić się z innymi - czym? Solipsyzmem swojej głupiej przyjemności. Można przyjąć, że masturbacja jest tą formą seksualności, która doskonale wpisuje się we współrzędne cyberprzestrzeni. To jednak tylko część całej historii. Należy dodać, że owo "ty", które rozpoznaje się w ekranowym odbiciu, jest głęboko podzielone: nigdy nie jestem po prostu swoją ekranową personą. Po pierwsze zaznacza się tu (w sposób dosyć oczywisty) nadmiar "mnie" jako "rzeczywistej" fizycznej osoby w stosunku do mojej ekranowej persony: marksiści i inni krytycznie usposobieni myśliciele lubią zwracać uwagę, że równość w cyberprzestrzeni jest zwodnicza - pomija różne złożone czynniki materialne (moje zdrowie, moją pozycję społeczną, moją władzę lub jej brak itd.). Inercja prawdziwego życia magicznie znika w pozbawionym tarcia świecie cyberprzestrzeni.

Na rynku można dzisiaj znaleźć całą gamę produktów pozbawionych swoich trucicielskich, ale jednocześnie esencjonalnych właściwości: kawę bezkofeinową, śmietanę odtłuszczoną, piwo bezalkoholowe... Rzeczywistość wirtualna uogólnia tę procedurę: dostarcza rzeczywistości pozbawionej swej istoty - kawa bezkofeinowa pachnie i smakuje jak prawdziwa, ale nie jest prawdziwa i na tej samej zasadzie moja ekranowa persona - owo "ja", które tam widzę - zawsze jest jaźnią już bezkofeinową.

Z drugiej strony występuje znacznie bardziej niepokojący przeciwstawny nadmiar: nadmiar mojej ekranowej persony w stosunku do mojego "prawdziwego ja". Nasza tożsamość społeczna, osoba, za którą się uważamy w stosunkach społecznych, jest "maską", wymaga tłumienia zakazanych odruchów. W warunkach zabawy, kiedy przepisy regulujące nasze zachowania w "prawdziwym życiu" ulegają tymczasowemu zawieszeniu, pozwalamy sobie na okazywanie tych tłumionych postaw. Przypomnijmy przysłowiowego nieśmiałego impotenta, który podczas interaktywnej gry w cyberprzestrzeni przybiera tożsamość sadystycznego mordercy i uwodziciela. Uznanie tej tożsamości za wyimaginowany dodatek, chwilową ucieczkę od impotencji w prawdziwym życiu, jest nadmiernym uproszczeniem. Człowiek ten wie, że interaktywna gra w cyberprzestrzeni to "tylko zabawa", w związku z czym może on pokazać swoje "prawdziwe ja", robiąc rzeczy, na które nie odważyłby się w realnym życiu - pod płaszczykiem fikcji artykułuje się prawdę o sobie. Sam fakt, że postrzegam swój wirtualny wizerunek jako wyłącznie zabawę, pozwala mi zawiesić skrupuły, które w prawdziwym życiu powstrzymują mnie przed realizacją mojej "ciemnej połowy" - moje "elektroniczne id" dostaje tutaj skrzydeł. To samo dotyczy moich partnerów w komunikacji internetowej - nigdy nie mogę być pewien, kim są: czy "rzeczywiście" są tacy, jak się opisują, czy za ekranową personą w ogóle kryje się jakaś "prawdziwa" osoba, czy ekranowa persona jest maską dla mnogości osób, czy jedna "prawdziwa" osoba posiada więcej ekranowych person i żongluje nimi, czy też mam po prostu do czynienia z cyfrowym bytem, który nie reprezentuje żadnej "prawdziwej" osoby? Moja internetowa relacja z Innym nigdy nie jest relacją twarzą w twarz, ale relacją zapośredniczoną przez cyfrową maszynerię, której struktura jest strukturą labiryntu: "przeglądam", błądzę po nieskończonej przestrzeni, w której informacje krążą swobodnie bez określonego adresata, podczas gdy Całość - ten kolosalny układ zespolonych "pomruków" - pozostaje dla mnie niemożliwa do ogarnięcia.

Odwrotnością bezpośredniej demokracji cyberprzestrzeni jest ten chaotyczny i nieprzenikniony ogrom komunikatów i pętli, którego nie potrafię ogarnąć nawet największym wysiłkiem wyobraźni - Immanuel Kant nazwałby to internetową wzniosłością.

Mniej więcej 10 lat temu pojawiła się znakomita reklama piwa. Pierwsza część opowiada fabułę znanej baśni: dziewczyna idzie wzdłuż strumienia, widzi żabę, delikatnie bierze ją na kolana, całuje i żaba zamienia się w pięknego młodzieńca. Ale na tym nie koniec: młody człowiek spogląda na dziewczynę pożądliwie, przyciąga ją do siebie, całuje - a ona zamienia się w butelkę piwa, którą młodzieniec triumfalnym gestem chwyta w dłoń... Dziewczyna marzy o żabie, która naprawdę jest chłopakiem, a chłopak o dziewczynie, która naprawdę jest butelką piwa: miłość i uczucie dziewczyny (symbolizowane przez pocałunek) mogą zamienić żabę w pięknego mężczyznę, a miłość i uczucie mężczyzny mogą zredukować kobietę do "częściowego obiektu", jak to nazywa psychoanaliza, czyli "tego w tobie, co każe mi cię pożądać".

Rzeczywistą męsko-damską parę prześladuje zatem dziwny obraz żaby obejmującej butelkę piwa. Sztuka nowoczesna chwyta właśnie to widmo, które kryje się pod spodem: można sobie bez problemu wyobrazić obraz Magritte'a, na którym żaba obejmuje butelkę piwa, zatytułowany "Mężczyzna i kobieta" albo "Idealna para". (Skojarzenie ze "Zgniłym osłem" pędzla innego sławnego surrealisty jest w pełni uprawnione). Zagrożenie płynące z internetowych zabaw znajduje tutaj swój wyraz w najbardziej elementarnym wymiarze: kiedy mężczyzna i kobieta wchodzą ze sobą w interakcje w cyberprzestrzeni, może ich prześladować widmo żaby obejmującej butelkę piwa. Ponieważ żadne z nich nie uświadamia sobie tego, rozdźwięk między tym, czym "ty" naprawdę jesteś i czym wydajesz się być w cyfrowej przestrzeni, może prowadzić do przemocy i zbrodni.

Autor: 
Žižek Slavoj