Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Chiński padół łez

Patrząc na dzisiejszą eksplozję kapitalizmu w Chinach, obserwatorzy często pytają, kiedy zapanuje tam demokracja będąca naturalnym politycznym następstwem kapitalizmu. Dokładniejsza analiza szybko rozwiewa jednak te nadzieje.

W tym, co dzieje się dzisiaj w Chinach, powinniśmy dostrzec nie kapitalizm w wypaczonej wersji orientalno-despotycznej, lecz powielenie procesu rozwoju kapitalizmu w Europie. W epoce wczesnonowożytnej większość państw europejskich była daleka od demokracji. W tych najbardziej demokratycznych, takich jak Holandia, dobrodziejstwa tego ustroju obejmowały tylko liberalną elitę, ale nie robotników. Warunki niezbędne do istnienia kapitalizmu stworzyła i podtrzymywała brutalna dyktatura, bardzo podobna do tej w dzisiejszych Chinach: państwo legalizowało bezwzględne wywłaszczanie zwykłych ludzi, czyniące z nich proletariuszy, i narzucało im twardą dyscyplinę, żeby dobrze się wywiązywali ze swej nowej roli. Wszystkie elementy, które dzisiaj utożsamiamy z liberalną demokracją (związki zawodowe, powszechne prawo wyborcze, darmowa powszechna edukacja, wolność słowa itd.), zostały mozolnie wywalczone przez klasy niższe w XIX wieku i bynajmniej nie były "naturalnym" następstwem kapitalistycznych stosunków produkcji. Przypomnijmy sobie listę postulatów zawartych w "Manifeście komunistycznym": z wyjątkiem zniesienia prywatnej własności środków produkcji wszystkie są dzisiaj powszechnie akceptowane w "burżuazyjnych" demokracjach. To właśnie wywalczył sobie lud.

Głosiciele naturalnego związku między kapitalizmem i demokracją oszukują, tak samo jak oszukuje Kościół katolicki, kiedy przedstawia się jako "naturalny" obrońca demokracji i praw człowieka przeciwko totalitaryzmowi. Kościół zaakceptował demokrację dopiero pod koniec XIX wieku, i to z zaciśniętymi zębami jako rozpaczliwy kompromis, dając jasno do zrozumienia, że woli monarchię i że jest to ustępstwo na rzecz nowych czasów. Kościół katolicki jako pochodnia szacunku dla wolności i godności człowieka? Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy. Dopiero na początku lat 60. Kościół zniósł osławiony indeks ksiąg zakazanych. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak wyglądałaby historia intelektualna nowożytnej Europy, gdybyśmy wykreślili z niej wszystkie dzieła, które w jakimś okresie znajdowały się na indeksie - jak wyglądałaby nowożytna Europa bez Kartezjusza, Spinozy, Leibniza, Hume'a, Kanta, Hegla, Marksa, Nietzschego i Sartre'a, nie wspominając już o większości klasyków literatury.

W sytuacji dzisiejszych Chin nie ma zatem nic egzotycznego: powtarza się tam nasza dawno zapomniana przeszłość. Rozważmy tezę stawianą przez niektórych liberalnych zachodnich obserwatorów: rozwój gospodarczy w Chinach byłby o wiele szybszy, gdyby połączyć go z demokracją polityczną. W wywiadzie telewizyjnym sprzed paru lat Ralf Dahrendorf powiązał narastający na całym świecie brak zaufania do demokracji z faktem, że po każdych rewolucyjnych zmianach droga do nowej zamożności prowadzi przez "padół łez". Po upadku socjalizmu nie można bezpośrednio przejść do obfitości zapewnianej przez dobrze funkcjonującą gospodarkę wolnorynkową. Najpierw trzeba zdemontować ograniczony, ale realny socjalistyczny system zabezpieczeń społecznych i te pierwsze kroki muszą być bolesne. To samo dotyczy Europy Zachodniej, gdzie przejście od państwa opiekuńczego do nowej globalnej gospodarki wymaga wielu wyrzeczeń, w tym redukcji gwarantowanych przez państwo świadczeń socjalnych. Dla Dahrendorfa problem sprowadza się do tego, że przejście przez "padół łez" trwa dłużej niż przeciętny okres między demokratycznymi wyborami, toteż istnieje wielka pokusa odkładania trudnych reform ze względu na doraźne korzyści wyborcze. Symboliczne jest tutaj rozczarowanie szerokich warstw społecznych w państwach postkomunistycznych konsekwencjami ekonomicznymi nowego porządku demokratycznego: w upojnych dniach 1989 roku ludzie utożsamiali demokrację z zamożnością zachodnich społeczeństw konsumpcyjnych, a teraz, po kilkunastu latach, kiedy zamożności wciąż nie ma, obwiniają o to samą demokrację. Niestety Dahrendorf znacznie mniej uwagi poświęca przeciwstawnej pokusie: skoro większość ludności jest przeciwna strukturalnym zmianom w gospodarce, to czy nie jest logiczne, że na jakieś 10 lat władzę powinna przejąć oświecona elita, nawet niedemokratycznymi środkami, żeby narzucić niezbędne zmiany i tym samym położyć fundamenty pod stabilną demokrację? Podchwytując ten wątek, Fareed Zakaria stwierdza, że demokracja może się "przyjąć" tylko w krajach rozwiniętych gospodarczo. "Przedwczesna demokratyzacja" krajów rozwijających się prowadzi do populizmu, który skutkuje z kolei katastrofą gospodarczą i politycznym despotyzmem. Nic zatem dziwnego, że najbogatsze kraje Trzeciego Świata (Tajwan, Korea Południowa, Chile) zafundowały sobie pełną demokrację dopiero po okresie rządów autorytarnych.

Czy ta linia rozumowania nie jest najlepszym argumentem za chińską drogą do kapitalizmu, przeciwstawianą rosyjskiej? Po upadku komunizmu Rosja przeprowadziła u siebie "terapię szokową" i szybko weszła na ścieżkę prowadzącą do demokracji i kapitalizmu, co doprowadziło do ekonomicznego krachu. (Pozwolę sobie w tym miejscu postawić lekko paranoiczne pytanie: czy zachodni doradcy ekonomiczni Jelcyna, którzy zaproponowali tę metodę, działali w dobrej wierze, czy też służyli interesom USA, dążąc do gospodarczego osłabienia Rosji?).

Chińczycy poszli natomiast drogą chilijską i południowokoreańską, wykorzystując autorytarną władzę państwową do kontrolowania społecznych skutków ubocznych transformacji i tym samym unikając chaosu. Słowem, dziwne połączenie kapitalizmu z autorytarnymi rządami komunistycznymi nie tylko nie jest jakąś absurdalną anomalią, ale okazało się zbawienne. Chiny rozwijają się tak szybko nie na przekór komunistycznemu ustrojowi politycznemu, lecz dzięki niemu. Sformułujmy zatem podejrzenie, które może zabrzmieć po stalinowsku: być może prawdziwym zmartwieniem tych, którzy wyrażają zatroskanie z powodu braku demokracji w Chinach, jest szybki rozwój gospodarczy Chin, dzięki któremu Państwo Środka zyskuje status globalnego supermocarstwa i tym samym zagraża supremacji Zachodu?

Można tutaj dostrzec jeszcze jeden paradoks: obok wszystkich tanich i powierzchownych analogii zachodzi głębokie strukturalne podobieństwo między maoistyczną permanentną rewolucją - nieustanną walką ze skostnieniem struktur państwowych - a wewnętrzną dynamiką kapitalizmu. Nasuwa się parafraza powiedzenia Bertolta Brechta: "Czym jest obrabowanie banku w porównaniu z założeniem banku?", a mianowicie: czym jest przemoc i zniszczenie spowodowane przez chińską rewolucję kulturalną w porównaniu ze skutkami prawdziwej rewolucji kulturalnej, czyli permanentnego niszczenia wszelkich struktur społecznych niezbędnego do funkcjonowania kapitalizmu? Dzisiaj tragedia chińskiego Wielkiego Skoku powtarza się jako komedia szybkiego kapitalistycznego Wielkiego Skoku w modernizację, gdzie stare hasło "piec hutniczy w każdej wiosce" powraca w nowej wersji: drapacz chmur przy każdej ulicy.

Historia okrutnie sobie z nas zakpiła, każąc Mao Tse-tungowi stworzyć ideologiczne warunki do szybkiego rozwoju kapitalizmu przez zdemontowanie struktur tradycyjnego społeczeństwa. Jak brzmiał jego apel do ludzi, zwłaszcza młodych, podczas rewolucji kulturalnej? Nie czekajcie na kogoś innego, żeby wam powiedział, co macie robić, macie prawo się zbuntować! Myślcie i działajcie sami, niszczcie relikty dawnej kultury, denuncjujcie i atakujcie nie tylko starszych od siebie, ale również urzędników rządowych i partyjnych! Zburzcie represyjne mechanizmy państwowe i zorganizujcie się w komuny! I apel Mao został wysłuchany - nastąpiła eksplozja niepohamowanej pasji kwestionowania wszelkich form władzy, toteż Mao musiał w końcu wysłać armię, by przywróciła porządek. Paradoks polega więc na tym, że najważniejsza bitwa rewolucji kulturalnej rozegrała się nie między aparatem partii komunistycznej a potępianymi przez partię tradycyjnymi wrogami, lecz między partią a siłami, które sam Mao powołał do istnienia.

Podobny proces można dostrzec w dzisiejszych Chinach: wielkie tradycje ideologiczne są przywracane do życia, by złagodzić dezintegrujące skutki kapitalistycznej eksplozji wywołanej przez samą partię. W tym kontekście należy interpretować zainicjowaną ostatnio kampanię wskrzeszenia marksizmu jako ideologii państwowej (w przedsięwzięcie to inwestuje się setki milionów dolarów). Ci, którzy widzą w tej operacji zagrożenie dla kapitalistycznej liberalizacji, którzy widzą w niej znak, że twardogłowi dążą do odzyskania hegemonii, zupełnie nie orientują się w sytuacji. Chociaż brzmi to nader paradoksalnie, powrót marksizmu jest świadectwem ostatecznego triumfu kapitalizmu, świadectwem jego pełnej instytucjonalizacji. (Wprowadzone ostatnio ustawowe zabezpieczenia własności prywatnej, chwalone przez Zachód jako arcyważny krok w stronę stabilizacji prawnej, są elementem tej samej kampanii).

Spójrzmy bowiem, jaki rodzaj marksizmu proponuje się jako odpowiedni dla dzisiejszych Chin. Marksizm z naciskiem odróżnia się od "lewicowości", pojęcia kojarzonego z emancypacją robotników, związkami zawodowymi i dążeniem do obalenia kapitalizmu. Wychodząc od marksistowskiej tezy o rozwoju środków produkcji jako kluczowym czynniku postępu społecznego, za główne zadanie postępowych sił uznaje się tworzenie warunków dla dalszej szybkiej "modernizacji" i unikanie wszelkich form destabilizacji, wywoływanej zarówno przez "lewicowość", jak i "prawicowość" (demokracja wielopartyjna), ponieważ destabilizacja jest wrogiem modernizacji. Wniosek nasuwa się sam: w dzisiejszych Chinach tylko przewodnia rola partii komunistycznej może zapewnić kontynuację szybkiej modernizacji w warunkach spokoju społecznego. Oficjalnie władze lansują konfucjańskie pojęcie "społeczeństwa harmonijnego".

Ujmując rzecz w dawnych kategoriach maoistycznych: chociaż może się wydawać, że głównym wrogiem jest zagrożenie "burżuazyjne", w istocie zasadnicza "dialektyczna sprzeczność" zachodzi między istniejącym "harmonijnym" porządkiem (czyli nieskrępowanym rozwojem kapitalistycznym zabezpieczanym przez rządy partii komunistycznej) a groźbą buntu robotniczo-chłopskiego. A zatem niedawne wzmocnienie aparatu represji (czyli powołanie specjalnych jednostek policji do tłumienia protestów) jest rzeczywistym wyrazem tego, co na płaszczyźnie ideologicznej jawi się jako odrodzenie marksizmu. Czy słowa Trockiego, który scharakteryzował carską Rosję z 1905 roku jako diabelskie połączenie azjatyckiego knuta z europejską giełdą, nie stosują się również do dzisiejszych Chin?

Co zatem będzie, jeśli obiecane demokratyczne drugie stadium, które rzekomo przychodzi po autorytarnym padole łez, nigdy nie nastąpi? Być może to właśnie budzi największy niepokój, kiedy patrzymy na dzisiejsze Chiny: podejrzenie, że autorytarny kapitalizm nie jest tylko przypomnieniem naszej przeszłości, powieleniem procesu kapitalistycznej akumulacji pierwotnej, który w Europie trwał od XVI do XVIII wieku, lecz zapowiedzią na przyszłość. Co będzie, jeśli diabelskie połączenie azjatyckiego knuta z europejską giełdą okaże się wydajniejsze gospodarczo od naszego liberalnego kapitalizmu? Co będzie, jeśli okaże się, że demokracja w naszym rozumieniu tego pojęcia nie jest już warunkiem i motorem napędowym rozwoju gospodarczego, lecz przeszkodą dla niego?

Autor: 
Žižek Slavoj