Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Głęboko z gardła

Odkrywanie nieświadomości, jako grubych drzwi z tyłu głowy, za którymi pracuje jakaś ciemna, toporna maszyneria. Maszyneria, sterownia blokująca włazy i zasuwy. Samosterująca. Koniec. To był przebłysk, też zamazany i z trudem dobyty. Nawet istnienie blokad i włazów jest ukryte. Maszyneria udaje, że jej nie ma. Podobnie ta kapitalistyczna.

Wieczorem ściągam filmy i przypadkiem trafiam znów na serię "polish girl raped by 2 men". Od początku mnie to zastanowiło. Jak to? Serial o gwałcie?! Nie ściągnęłam tego, bo jestem przeciw. Ideologicznie i spontanicznie. Satysfakcja z pastwienia się nad słabszym - prosta odmowa. Fantazji o gwałcie nie miałam od ho-ho-ho kiedy. Ale kiedyś miałam. Właściwie raczej o wymuszonej bezwolności. Potem uznałam, że te fantazje są mi wrogie, że są masochistyczne i że się ich pozbędę. Trochę to trwało, ale pozbyłam się ich skutecznie. Pozbyłam się fantazji jako takich; fantazje ocenzurowane obraziły się i porzuciły mnie. Ta cenzura zaczęła się nomen omen na terapii analitycznej. A potem cenzura antymasochistyczna. W końcu jednak ściągnęłam pliki "tv-rape" z ciekawości. Co to za obrzydliwe zjawisko? Jak tak można? Ściągnęłam jeden. Obejrzałam i po chwili już drżącą ręką ściągałam całą serię. Pożądanie spłynęło po prostu, jak łaska boska, cała się w nim rozpłynęłam. Być może dorosnąwszy zyskałam na tyle poczucie bezpieczeństwa, by móc "to" dopuścić do głosu. Że muszę jednak mediować i negocjować z obrzydlistwem i masochizmem. Że nie przeskoczę tego i nie ominę. Dlaczego obrzydlistwem? Bo oglądając gwałt (odegrany przed kamerami - pocieszam się...) staję się współwinna zbrodni, sama zostaję gwałcicielem. Poszłam do kuchni i pomyślałam krojąc schab z indyka, że to jest to samo. Sama nie zabiłabym żadnego zwierzęcia, ale jem jego mięso. Jestem więc systemowo współwinna jego śmierci. Czerpiąc podniecenie z oglądania odegranego gwałtu staję się systemowo współwinna realnej przemocy seksualnej. Przez siedem lat nie jadłam mięsa. Ani grama. Odwracałam się od niego z obrzydzeniem. I tęskniłam po nocach przez sen. Po siedmiu latach zajrzałam u przyjaciółki do lodówki, poczułam podniecający zapach kiełbasy i rzuciłam się na nią jak wygłodniały pies. Ale stała wewnętrzna propaganda zrobiła swoje, nauczyłam się brzydzić mięsem do tego stopnia, że teraz w trakcie żucia go nagle zaczynam się czuć jak zwłokożerca i robi mi się niedobrze. Bo ideologicznie to ja jestem nadal jak najbardziej przeciw. Gdybym miała możliwość zakazania uboju zwierząt na całym świecie - zrobiłabym to natychmiast. I nie tknęłabym mięsa nigdy więcej pewnie. Bo to już nie byłaby anonimowa kiełbasa. Już wiedziałabym, że moje zapotrzebowanie przekłada się bezpośrednio na śmierć jakiegoś zwierzęcia. Ale póki co jem mięso. A ściśle jem i nie jem na zmianę. I co dziwne rozgrzeszam się sama, choć nie mam najmniejszych wątpliwości co jest słuszne i dobre. Myślę: wegeterianizm jest jedynie słuszny i nie umiem się na niego zdobyć. Po prostu to coś leży pod ręka, a ja nie mam siły, żeby walczyć ze sobą i sobie odmawiać czegoś co i tak już nie żyje. Może kiedyś znów zostanę konsekwentną wegetarianką, ale teraz płacę żarciem mięcha za wyparcie się własnego pożądania. Bo ja nie chciałam tylko nie jeść mięsa, ja sobie zabroniłam mieć na nie jakąkolwiek ochotę.

Wracam do gwałtu. Spotkałam się z nim znów i nie mogę udawać, że tego nie ma. Podniecenie ogłosiło niepodległość i wszelkie swoje prawo do wszystkiego bez żadnych ocen i cenzury i zażądało konfrontacji. Bez tego doświadczenia nie ma konfrontacji, konfrontacja teoretyczna nie istnieje. Moje ciało to pole walki, bez wątpienia. Kliknęłam na ikonkę z gwałtem i pastwiłam się nad kobietą razem z dwoma gwałcicielami. Czułam jak wspaniale jest gwałcić kobietę. Jak cudownie ją dręczyć i posiadać na własność, jak doskonale jej ciało poddaje się tej przemocy, jak jest do tego stworzone i jak bardzo jest tylko ciałem, i jak bardzo jest miejscem przeznaczonym do gwałtu. Jak bardzo jest szmatą, stworzoną do bycia szmatą - zobaczyć to czarno na białym. Wiadomo, że fantazja o gwałcie jest istotowym przeciwieństwem doświadczenia gwałtu, w fantazji nie tylko nikt nie ma władzy nad nami, ale jeszcze my mamy władzę reżysera nad gwałcicielem. Co nie zmienia istoty masochizmu. Byłam kobietą nie będąc nią. Byłam jednym i drugim na raz. Gwałcącym i gwałconą. Zostałam uwiedziona soczystością przemocy. Pięknem, blaskiem poniżenia ciała. Poniżenia kobiety. Wszelkich praktyk dokonywanych na jej ciele, przeciwko niej. Przeciwko sobie samej. Uwiedziona, chciałam krzyczeć: Boże, jaki gwałt jest piękny! Jeszcze! Jeszcze! Mocniej, dalej, głębiej, szybciej! Poniżcie ją/ mnie jeszcze bardziej. Niech przemoc będzie brutalniejsza, gwałt bardziej widoczny i oczywisty. Oto Prawda! Oto Wyzwolenie! Od czego? Od pań, które odgrywają ekstazę rozkoszy i pożądania penisa. Od tego żałosnego widoku jakiejś sztucznej dziuni ze sztucznym przyklejonym uśmiechem, która radośnie obciąga druta, jakby nie było na świecie większej przyjemności. Od przemocy odgrywania rozkoszy. Kobieta w pornograficznym gwałcie musiała już tylko odgrywać protest, ale ten protest odgrywany był z pewnością bliższy jej uczuciom niż ta żałośnie sztuczna ekstaza pornograficznych aktorek. Przemoc przymusowego uśmiechu jest znacznie bardziej przerażająca. Ale czy można napisać takie słowa w świecie, który jest na tyle durny, na tyle cynicznie i przemyślnie zidiociały, żeby znaleźć w nich usprawiedliwienie dla realnego gwałtu? Bo jeśli lubię przekomarzać się z moim ukochanym psem wkładając mu rękę do pyska, to z pewnością szczytem rozkoszy nie są dla mnie osiedlowe wściekłe rotwailery, które przegryzają mi gardło.

A jednak - mimo odkryć poczynionych przy oglądaniu reżyserowanej zbrodni - nie mogę powiedzieć, żeby stanowisko liberalne w sprawie pornografii było mi choć trochę bliskie. Mam poczucie, że zstąpiłam na chwilę do jednego z podniecających piekieł własnej seksualnej wyobraźni, ale jednocześnie, kiedy wyobraźnia ta trochę ochłonęła, pojawiło się pytanie dzięki komu, dzięki czemu mogłam tego doświadczyć. Różnica miedzy tym co piszę, a stanowiskiem liberalnych anty-antypornografek jest taka, że one piszą językiem teoretycznym o świeżo nabytej kobiecej wolności rynkowej, wolności do podniecania się pornografią, ale nie zaryzykują własną godnością porządnej kobiety żałując nam w swoich tekstach i wypowiedziach choćby odrobiny konkretu, choćby odrobiny doświadczenia. Nie nawołuję do zwierzeń w mediach, tylko zauważam fakt. Związany z tym, że wbrew ich deklaracjom między nimi a bohaterkami porno istnieje nadal przepaść nie do przekroczenia. W pewnym sensie jest to więc bliskie stanowisku prawicowych antypornografów, którzy jak powszechnie wiadomo są bardzo porządni i uprawiają seks tylko po ślubie, w pozycji misjonarskiej i wyłącznie w celu prokreacji. Do czasu gdy jakiś wścibski brukowiec nie ujawni drugiej twarzy, by nie rzec drugiego członka owego prawicowca. Oczywiście wolne, liberalne, anty-antypornograficzne feministki, lub w ogóle seksualnie wyzwolone do porno kobiety, pewien ich gatunek, nie sugeruje konserwatywnej wstrzemięźliwości. Chodzi raczej o zdolność do zaryzykowania swoim wizerunkiem. Zwłaszcza w kraju, gdzie tak długo się śmiano z jednej posłanki i jej miłości do owsa. Głupotę czy też brak jej poglądów pomijam. Była ona tylko czynnikiem sprzyjającym, ale nie główną motywacją i intencją publicznego obśmiechu. Ta główna wydaje się raczej klasistowsko-seksistowska. Śmiech zbyt łatwy jest zawsze podejrzany.

Ale wracam do demokratycznej wolności słowa i obrazu i świętowania możności podniecania się obrazami do niedawna zastrzeżonymi dla dorosłych mężczyzn. I do ryzykowania swoim wizerunkiem. Klasyczny wiktoriański podział na porządne aseksualne kobiety (żony) i seksualne do bólu dziwki (bezpańskie) istnieje nadal. Nieco tylko zamaskowany. Słyszę od różnych feministek, że "przecież one też lubią patrzeć na nagie kobiece ciała", że aby bronić się przez "Naszym Dziennikiem" musimy wejść w polityczny sojusz z "Playboyem". Tertium non datur. O czym za chwilę. Wrócił do mnie ten sprzeciw po obejrzeniu dokumentu o historii produkcji i dalszych losach słynnego pornograficznego przeboju lat 70. - "Głęboko w gardle", z którego to dokumentu właściwie wynikało, że feministki stanęły po stronie prawicowej cenzury. A przecież przebój porno miał również wyzwalać seksualnie kobiety. Nie przeczę, że na ogólnym odtabuizowaniu seksu mogły zyskać i zyskały również i one/ my. Że prawicowi oponenci ujrzeli w nim zagrożenie, bo sugerował wyższość orgazmu łechtaczkowego nad prawdziwym i słusznym pochwowym. Choć jak całkiem rozsądnie polemizowała w owym dokumencie z fantazjami filmowymi Erica Jong - łechtaczka nie znajduje się bynajmniej w gardle. Niemniej trzecia droga, trzecia pozycja, z której można protestować jakoś nie została specjalnie w dokumentalnym "Głęboko w gardle" zarysowana. Najwyraźniejszy wciąż, centralny obraz jaki pozostaje po projekcji tego filmu, to atomowa erekcja z przebitkami rakiety kosmicznej. Boże mój, co za moc, nic tylko paść na kolana i bić jej pokłony. Ja co prawda miałam swoje wzruszenia zaczerpnięte z marginesu opowieści i po obejrzeniu kolejnej feministycznej matki założycielki płakałam, prawie ze wzruszenia, kompletnie bez dystansu i ironii. Gorzej, ja nawet kiedy czytam przeklinaną już dziś niemal powszechnie Angelę Dworkin (współautorkę antypornograficznej ustawy z 1984 roku - która to współautorka nie tyle weszła w sojusz z prawicą, ile został jej projekt przez tę prawicę zawłaszczony i wykorzystany do swoich celów), kiedy czytam jej całkiem resentymentalną wściekłość na poniżenie kobiet w przemyśle porno - uważam, że jest ona uprawniona znacznie bardziej niż pornograficzna mizoginia (systemowa i głęboka). I wiele z jej zdań pozostaje wciąż aktualnych. Tu odsyłam do poświęconego pornografii - historycznego, wybitnego numeru biuletynu OŚKi, redagowanego przez nieocenioną Agnieszkę Grzybek - szczególnie polecam klasyczne teksty feministek z lat 70. i 80. , ale też świetny tekst Agaty Araszkiewicz. (Gdzie, na łamach czego mogłyby się dziś toczyć takie dyskusje?!)*. Agata pisze między innymi o zróżnicowaniu stanowisk feministycznych w sprawie pornografii, o proteście FACT przeciwko ustawie Dworkin / MacKinnon, o próbie stworzenia kobiecego porno, i gdyby te numery zostały przyswojone przez kolejne pokolenia polskich feministek - prawdopodobnie nie przeczytałabym w postach list dyskusyjnych, że film "Głęboko w gardle" jest świetnie wyważonym, rzetelnym dokumentem. Po amerykańskim "Głęboko w gardle" pozostaje też obraz centralnej ofiary politycznej, jaką był aktor grający główną męską rolę zwariowanego doktorka i głęboko pochłanianego przez głębokie gardło fallusa. Oczywiście wiele się dowiadujemy też o Lindzie Lovelace - odtwórczyni głównej roli. Ale ta wiedza jest już mocno przefiltrowana przez opinie producentów, reżyserów i znajomych. Dowiadujemy się, że Linda wciąż zmieniała zdanie na temat swojej przygody z "Głębokim gardłem". Jej krytyka, wyznanie że była wykorzystywana i gwałcona - zostaje zdewaluowane, podważone, bo jak mówi jeden z bohaterów filmu, bodajże producent, "ona pójdzie za każdym kto ją poprowadzi" - co jest wymierzone zdecydowanie w feministki, z którymi się sprzymierzyła, a nie w alfonsa, który ją wkręcił do filmu. Wiemy, że Linda trzy razy zmienia zdanie, la donna e mobile, nie można jej ufać, za tym przemawia klimat, w jakim jest przedstawiana. Tymczasem każde z jej stanowisk może być prawdziwe. I to, że była zachwycona będąc gwiazdą dzięki karierze, jaką zrobił film, i to, że czuła się gwałcona, i to, że w nosie ma walkę i feminizm, bo wreszcie chce zarobić w dojrzałych latach na swojej historii. W końcu poglądy i wglądy to proces, a człowiek zazwyczaj składa się z więcej niż jednej osoby. W każdym razie po obejrzeniu tego dokumentu miałam wrażenie, że znów wystąpiła w nim figura "tertium non datur". Wolność pornografii (tej uprzedmiotawiającej kobiety, bo przecież wtedy o innej się nawet nie śniło) kontra prawica i jej wyższość orgazmu pochwowego. (Swoją drogą na mój gust to czego prawica nie lubi w porno, to nie wyzwolenie kobiet, ale zbyt nachalne i niebezpieczne obnażanie kulisów władzy, ujawnianie ukrytych w sferze publicznej kulisów symbolicznej i realnej hierarchii seksualnej.)

I teraz mamy "Nasz Dziennik" kontra "Playboy". Bo, że się powtórzę, przecież kobiety też lubią patrzeć na nagie ciała kobiet. Mnie akurat te wygładzone ciała kobiece z "Playboya" kojarzą się bardziej ze zmumifikowanym żywym trupem, bo przecież są to ciała wyłącznie do patrzenia, ciała widoki, pozbawione jakiegokolwiek własnego podniecenia. Zbyt nachalne są ich sztuczne uśmiechy, mowa gestu i spojrzenia odgrywana pod męskiego widza. Fakt, to mnie nie podnieca. Ale skoro już sam "Playboy" się powołuje na te chętki kobiet do oglądania kobiet, skoro tak się o kobiece podniety troszczy - to zupełnie nie pojmuję czemu chęć kobiet do oglądania mężczyzn tak całkiem umyka redaktorom? W końcu naczelny - przekraczając wiktoriańską dychotomię - mógłby dać coś z siebie, osobiście, cieleśnie, wzrokowo! Ja na przykład, choć widziałam biusty różnych aktorek i prezenterek, nadal nie wiem jak prezentuje się klata bądź pupa naczelnego! I raczej nie grozi mi jej ujrzenie. Bo liberalna wolność bynajmniej nie ma służyć równości. Jest to wyłącznie równość między lepszymi. Pares inter primus. W wolności kobiet do oglądania porno/ reklam z gołymi kobietami, itp., itd. - niestety widzę więc powielenie figury służącej/ prostytutki, projekcji wypartej seksualności pani na pannę służącą, która i tak nie ma twarzy do stracenia. Aktorki porno - one mają odwalać za nas mokrą robotę, służyć naszemu podnieceniu, naszej przyjemności patrzenia - liberalne uznanie dla wolności seksualnej odbywa się cudzym, ukrytym kosztem. Ten rodzaj akceptacji dla pornografii jest dla mnie z gruntu fałszywy, bo żadna z nas nie zamieniłaby się z nią - aktorką grającą ciałem ku naszej (?) uciesze.
Jest czystą hipokryzją w swojej radosnej demokratyczno - oświeconej, piąto-poprawkowej odmowie spojrzenia na drugą stronę lustra, w którym odbija się nasze podniecenie. Nawet jeśli bohaterki porno realizują za nas nasze (czy też nasze, bo innych lepszych nie ma na rynku?) fantazje - to my wykorzystujemy ich ciała, używamy ich dla swojej przyjemności. Tak kobieto, użyj swojego ciała jako znaku dla mojej rozkoszy - żebym ja nie musiała się kompromitować, degradować społecznie. Zrób to dla mnie, strać twarz i godność…. Nasza wolność kosztem twojej pozycji. Nasza podmiotowość kosztem ciebie - towaru. Nasza przyjemność kosztem twojej społecznej degradacji. Bo przecież my nawet za dużych dekoltów do telewizji nie założymy, nóżki zgrabnie złożymy, bezpiecznie oddzielimy naszą szanowaną obecność w mediach od tej innej ukrytej gorszej obecności nagich ciał bez twarzy, albo z twarzami - lustrami męskich pożądań. Ale każde z tych nagich ciał ma swój życiorys. A my - liberalne feministki kapitalistki możemy je nabyć, wolne wolnością szanowanych obywatelek, wolnością w swoim podmiotowym nabywaniu ciebie - seksualny obiekcie dla swojej rozkoszy i szczycić się nową pozycją w symbolice. Wolny rynek, wolne podmioty nabywające towary swoich wypartych pragnień, fantazji scedowanych na te, z którymi żadna się nie zamieni.... Być może są aktorki porno zachwycone swoim zawodem. Nadal jednak są one wykluczone z tych środowisk, w których obracać się chcą szczęśliwi nabywcy.
Ktoś musiał zagrać kobiety w TV-rape. Ktoś musiał też pozować nagim ciałem do ładnych gładkich zdjęć. Soft, albo make-up, smile-up porno. Te pierwsze ukrywają twarz. Te drugie ją obnażają, żeby odnosić sukcesy na rynku seksualnym, jeśli pozują do "Playboya". Z tymi pierwszymi mogę się zjednoczyć tylko pokazując, że we mnie jest jedna z nich, i że choć sytuacja ekonomiczna nie zmusiła mnie do udziału w tym bezpośredniego - nie będę ukrywać swojego doświadczenia i swojej twarzy. Te drugie są w lepszej sytuacji - choć ich ciałom, wypreparowanym, martwym dla mnie - nie zazdroszczę. Ale kobiety, które tak lubią patrzeć na nagie kobiece ciała, te wyzwolone feministki - dlaczego one nie zapozują do takich zdjęć? Dlaczego tylko nabywają towar? A jeśli nie jest to dla nich towar, to co je powstrzymuje przed cyknięciem sobie takiej foty? Ich pozycja w świecie naukowym? Dobre mienie? Wiktoriańska jednakże dychotomia?

Internet - źródło i przestępstw, ale i tej całkiem przyjemnej sieciowej komunikacji seksualnej, obfituje też w przykłady całkiem wolnej pornografii, gdzie ekshibicjonizmu dokonuje się całkiem na własny rachunek. Jest na przykład cała seria masturbacyjnych filmów porno, w których kobieta kobiecie przez swoje ciało komunikuje autonomiczną rozkosz. Nikogo nie używamy, nie nabywamy. Nie ma producentów, alfonsów, zysków innych poza podnieceniem. Być może to samo jest możliwe w pornografii innego rodzaju, ale to wymaga pewnie większej inwencji.

Autor: 
Bratkowska Katarzyna