Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Eksperci i fasolki, czyli dyskursy o ciąży

Kobieta w ciąży nie może przejść niezauważona, znajduje się bowiem w centrum społecznej uwagi. Wszyscy chętnie za nią decydują, dysponują jej brzuchem. Każdy autorytet narzuca jej wytyczne postępowania, przy czym rzadko kiedy pyta o zdanie samą zainteresowaną.

Znalazłszy się w owym miejscu powszechnej widzialności, choć już nie słyszalności, postanowiłam przyjrzeć się dominującym dyskursom na temat ciąży. Nie będę się jednak skupiać na dobrze znanych poglądach biskupów i ich świeckich popleczników, wedle których stanowię pojemnik na ważniejszą ode mnie, obcą świętość. Wielokrotnie już zostało zauważone, że w tym dyskursie nie chodzi o niczyje dobro, nawet dobro istoty wyimaginowanej, lecz o władzę nad - rzekomo nietwórczym i zdolnym tylko do cierpienia – kobiecym ciałem. Zarządzają nim chętnie także specjaliści od edukacji zdrowotnej i media, u których ta intencja jest o wiele rzadziej dostrzegana; wedle deklaracji, zależy im przecież głównie na korzyści kobiety i przyszłego dziecka. Dlatego zajmę się po pierwsze ich radami, a po drugie tym, w jaki sposób same kobiety w ciąży mówią o swoim stanie, przyswajając i przetwarzając obowiązujące dyskursy.

Analizę przekazu dwóch najpopularniejszych pism dla matek i przyszłych matek, „Twoje dziecko” i „Mamo, to ja”, warto zacząć od rozpoznania adresata. Otóż jest nim wyłącznie kobieta, tak jakby dzieci nie miały ojców, tak jakby nikt inny – poza może nianią - nie miał prawa uczestniczyć w pielęgnacji i wychowaniu. Mówi to nawet tytuł drugiego z przywoływanych pism. Prezentowane tam kobiety w ciąży i matki są zadbane i zadowolone. Pracują i czerpią z pracy satysfakcję a zmęczenie się ich nie ima. Godzą mnóstwo obowiązków, w zwyczajnym życiu niezwykle trudnych do pogodzenia. Są wykonawczyniami niezliczonych eksperckich poleceń. Nie jest to łatwe, gdyż wymagania dotyczą wszystkich dziedzin życia, łącznie ze stanem psychicznym przyszłej matki. Ma ona obowiązek nieustannie dobrze się czuć, stres bowiem szkodzi przyszłemu dziecku. „Śmiej się jak najczęściej, śmiech poprawia krążenie, więc maluch będzie dotleniony, odżywiony!” – zaleca kobietom w ciąży ekspertka pisma „Twoje Dziecko”. Od innego eksperta tego pisma można się dowiedzieć, że czym mamy lepszy stosunek do ciąży, tym płód się lepiej rozwija i będzie szczęśliwszym człowiekiem…

W interesującym artykule Joanny Podgórskiej „Dość wkurzone anioły”, zamieszczonym w „Polityce” można przeczytać, że pisma poradnikowe dla mam zaszczepiają lęki, gdyż sugerują odpowiedzialność kobiety za wszystko, co w czasie ciąży i wychowania może się nie powieść. Takich rzeczy jest zaś oczywiście nieskończenie wiele. Sęk w tym, że pisma o nich nie mówią, toteż sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Poradniki oczywiście mogą stać się źródłem obsesji, ponieważ liczba eksperckich zaleceń przekracza możliwości nie tylko przeciętnej, ale także zamożnej kobiety, którą stać na zakup wszystkich zalecanych produktów i usług. Natomiast pisma te jak ognia unikają historii, w których cokolwiek powiodło się źle; raczej sugerują, że przy odpowiednich staraniach wszystkie przeciwności są do pokonania. W „Mamo, to ja” znajduje się historia dziecka, które urodziło się głuchonieme, ale znakomity lekarz przywrócił mu słuch. Nie ma tu mowy o poronieniach, o wadach wrodzonych, choć zalecane są badania prenatalne. Maleńkie dzieci miewają kolki, zaparcia, bywają nieznośne – oto problemy, o których można przeczytać. Tekst na temat tego, jak nieprzyjemnie może nas zaskoczyć wygląd noworodka (wysypka czy cofnięta warga) okraszony jest zdjęciem bynajmniej nie noworodka, tylko gładkiego, zadowolonego i wyjątkowo proporcjonalnego niemowlęcia, przy którym prawdopodobnie pracował photo shop. Takie zdjęcia to norma. Dzieci na nich są przeważnie uśmiechnięte. Dotyczy to także matek oraz kobiet w ciąży, o czym już wspominałam.

Nierealny, prospektowy świat pism „Mamo to ja” i „Twoje Dziecko” wywołuje zatem obawy nie bezpośrednio, tylko poprzez zapewnienie, że wszystko przy odpowiednim nastawieniu może się udać, co obarcza kobietę odpowiedzialnością za wszystko co się może nie udać. Estetyka reklamy – wspólna dla pism kolorowych – oraz ogromny nacisk na wiedzę ekspercką czynią jednak te obawy czymś nierealnym, przynajmniej w moim odczuciu. Kto by się przejmował sztucznym światem wytworzonym na potrzeby konsumpcji? Apel by być supermatką można potraktować jako komercyjną narrację, która nie jest zbyt wiarygodna. Nie chcę przez to powiedzieć, że osoby biorące ją poważnie są paranoiczne. To że reagują nerwowo na sprzeczne komunikaty świadczy tylko o tym, że pragną postępować jak najlepiej. W sytuacjach niepewności i wzmożonej odpowiedzialności, do których należy ciąża, często szuka się zewnętrznych drogowskazów i jasnych – choćby nawet nierealnych - kryteriów postępowania. Taka potrzeba u ciężarnych jest tym większa, im mniejsze znaczenie przywiązuje się w danym społeczeństwie do zdania i doświadczenia samych kobiet.

Jak wynika z mojego doświadczenia (którego nie chcę uniwersalizować, ale nie chcę też pomijać) to nie przede wszystkim rady ekspertów wywołują długotrwale lęki i obawy, że nie podołam lub że swoim nieodpowiednim zachowaniem zmarnuję życie swojego przyszłego dziecka. O wiele mocniejsze wrażenie wywarły na mnie dyskusyjne fora internetowe dla przyszłych matek. Jest ich w sieci bardzo wiele. Największe to e-mama.pl i we-dwoje.pl. Także fora ogólne, jak kafeteria.pl, posiadają fora tematyczne poświęcone ciąży. Podgórska pisze o forach dla kobiet zbuntowanych przeciwko wtłaczaniu w macierzyńską rolę. Przyznam szczerze, iż wstukując w wyszukiwarkę typowe dla mojego stanu hasła i pytania nie trafiłam na nic w tym rodzaju. Dotarłam za to do niezliczonych dyskusji na forach, które przekazywały wzorzec większej a nie mniejszej niż pisma poradnikowe identyfikacji z ciążą i macierzyństwem. Ich adresatem, podobnie jak w poprzednim przypadku, jest wyłącznie kobieta. Mężczyźni są tu jako dyskutanci niemal nieobecni, choć trudno powiedzieć, by brakowało patriarchalnego głosu Władcy, Mędrca i Kapłana. Jest on jednak swoiście przetworzony, wskutek czego zyskuje większą wiarygodność. Zniekształcone rady eksperckie podaje się raczej w formie odwiecznych życiowych mądrości, zaś twierdzenia hierarchów kościelnych o świętości powołania macierzyńskiego czy świeckich autorytetów o obowiązku rodzenia dzieci zyskują bardziej „ludzki”, empatyczny wymiar indywidualnej miłości do stwarzanej przez kobietę nowej istoty.

W ogóle świat forów internetowych poświęconych ciąży cechuje duże ciepło. W przeciwieństwie od odgórnych postanowień i nakazów, tutaj mamy do czynienia ze wspólnotą i z wątpliwościami. Dyskutantki dają sobie nawzajem swoje numery gg, pocieszają się w nieszczęściu, dodają otuchy przy obawach. Tym co najbardziej różni świat przedstawiony na forach od kolorowego uniwersum pism dla matek, jest ogrom kłopotów. Tu bynajmniej nie każda ciąża kończy się sukcesem. Jest to miejsce gdzie spotykają się kobiety wcale nie perfekcyjne, które mogą się wreszcie do tego przyznać i podzielić niepokojem z innymi w tej samej sytuacji. Historie opowiedziane bardzo potocznym językiem, pełnym kłębiących się uczuć, niezwykle mocno przemawiają do wyobraźni. Mówią: tobie też może przydarzyć się poronienie, niewykryta na usg wada wrodzona płodu, niezwykle bolesny poród i powikłania ciąży. Takie rzeczy się po prostu zdarzają. Przede wszystkim zaś powszechny jest strach, że się przydarzą. Tym co daje tego typu forum internetowe, poza rozwianiem niektórych wątpliwości, jest więc współczucie i zrozumienie zamiast stresującego wizerunku totalnego szczęścia i sukcesu.

Za przynależność do owej wspólnoty płaci się jednak dość wysoką cenę. Otóż należy przystać na mocno skodyfikowany język i swoiste zakazy, których bynajmniej ta oddolna przestrzeń nie jest pozbawiona. Uderza przede wszystkim infantylizm używanego słownictwa. Nie ma tam mowy o zarodkach czy płodach: są „dzieciaczki” i przede wszystkim „fasolki”. Stąd zapłodnienie określane jest jako „zafasolkowanie”. Następuje ono nie w wyniku seksu czy stosunku lecz – „przytulanka” lub „igraszek”. Na forach dla kobiet w ciąży nie używa się też słowa „okres” ani „miesiączka”, zastąpionych znakiem @. Wywody internautek bardzo często ilustrowane są zdjęciami niemowląt wśród serc, fotografiami ślubnymi, obrączkami i bocianami, paskami przebiegu ciąży całymi w kwiatach itd. Jak tę estetykę i sentymentalny sposób mówienia udaje się pogodzić z dosłownością opowiadanych historii, które bywają smutne lub przerażające?

Oto przykład bodaj najbardziej drastyczny: opowieści kobiet, mających za sobą poronienia i nie mogących po raz kolejny zajść w ciążę. Gwoli ścisłości, nie nazywa się tam tego w ten sposób: np. dwukrotną utratę ciąży opisuje się za pomocą zdania „mam dwa aniołki w niebie”. Ważne jest jednak, jak już wspomniałam, że można się wypłakać a pomoc emocjonalna zostanie udzielona. Tylko tu kobiety mogą porozmawiać o upiornym doświadczeniu ciąży pozamacicznej i o – często niepotrzebnej – operacji usunięcia jajnika, co przybiera postać narzekania na „nieczułość doktorów”. Jako że wiedza jest na ogół mocno fragmentaryczna, bywa, że zarzuca się lekarzom, iż nawet taką ciążę mogli uratować, tzn. „nie zabijać dzieciaczka”. W ten sposób dochodzimy do tematu tabu, którym jest przerwanie ciąży. Przystępując do wspólnoty forum internetowego poświęconego ciąży przyjąć trzeba obowiązująca perspektywę macierzyństwa jako celu życia kobiety, w związku z czym wzmianki o aborcji, nawet dla ratowania własnego życia lub wartościowanej negatywnie, zdarzają się tu niezwykle rzadko. Jak widać, w tej sprawie nie ma przyzwolenia na szczerość, dzielenie się kobiecym doświadczeniem. Podejrzewam, że część opisywanych poronień w istocie była aborcjami, do których przyznanie się automatycznie wyrzuca poza nawias społeczności czcicielek ciąży.

Jak to działa, można przekonać się przy lekturze burzliwego wątku, poświęconego pierwszym objawom ciąży. Większości pytań i odpowiedzi towarzyszyła egzaltacja: czy za „przytulankiem” mogło dojść do „zafasolkowania”? Niepewność miała prawo przerodzić się wyłącznie w entuzjazm, że tak lub rozczarowanie, że nie. Innymi słowy, możliwość niechcenia ciąży w ogóle nie była brana pod uwagę. Tę harmonię przełamała bardzo młoda – z własnego opisu - dziewczyna, która przypuszczała, że mogła zajść w ciążę. Wyliczywszy trapiące ją problemy, jak brak pieniędzy i nieodpowiedzialność partnera, zaczęła rozważać na forum, czy nie dokonać aborcji. Burza, jaką wywołała, nie miała odpowiedników w innych wątkach. W szeregu potępiających wypowiedzi została oskarżona o planowanie morderstwa i przede wszystkim obarczona odpowiedzialnością za tragedie osób nie mogących mimo chęci zajść w ciążę oraz mających „aniołki w niebie”. Warto zwrócić uwagę, że obowiązujące w polskim prawie i publicznym dyskursie represyjne podejście do reprodukcji tu wyrażane jest w zgoła inny sposób niż w górnolotnych „męskich” rozważaniach o momencie wstępowania duszy w brzemienne ciało czy o wzniosłej roli cierpienia związanego z niechcianym macierzyństwem. W ogóle religia zostaje zredukowana do wersji bardzo ludowej: modlenia się w kłopotach czy określeń typu „aniołki”. Opisana powyżej nagonka na kobietę mającą inne, ale przecież równie typowe problemy to zatem nie kalka z oficjalnego języka, lecz jego swoiste przetworzenie. Kobiety kanalizują własne poczucie krzywdy i wątpliwości w – zwykle wypieranej, gdyż „niekobiecej” – nienawiści. Nie kierują jej tam, skąd płyną zakazy, przeciwnie - atakują „intruza”, nie spełniającego narzuconych wymogów kobiecości, której istotą jest macierzyństwo.

Obecny na forach, na wpół świadomy bunt wobec oficjalnego języka może zatem przybierać tylko jedną formę: jeszcze większej sentymentalizacji macierzyństwa i spowijającej je mitologii, nigdy prób jej dekonstrukcji. Jest to rodzaj kobiecego szukania upodmiotowienia, tożsamości i wspólnoty w ramach skrajnie wrogiego porządku i narzuconych nam warunków, nie pozwalających mówić z głębi własnego ciała. Kobiecie w ciąży oraz matce zostaje wprawdzie udzielony głos, ale tylko po to, by podporządkowywać jej doświadczenie wyuczonym frazom, które je wymazują. Pytanie, jak następuje owo przechwycenie języka i jak w związku z tym mówić o ciąży, macierzyństwie i rodzicielstwie inaczej, niż podpowiada panująca dwuwładza: Rynek (ekspercki dyskurs o supermatce jako konsumenckiej grupie docelowej) oraz Kościół (czułostkowy wzorzec ofiarnej mamuśki). Innymi słowy, jakie warunki trzeba spełnić, aby nasze rozmaite doświadczenia utworzyły słyszalny wielogłos, w którym znalazłoby się miejsce na afirmację? Jedno jest pewne: bez nazwania bólu czy ucisku nie będzie możliwe żadne wyzwolenie.

Autor: 
Szumlewicz Katarzyna