Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Aborcja to nie skandal

Przeczytałam dziś wywiad ze znanym piosenkarzem, który stwierdził, że koszulka z napisem „miałam aborcję” jest tylko po to, żeby szokować. Ten pan najwyraźniej myśli, że aborcja to coś, z czym nigdy się nie zetknął ani nie zetknie i że jego to nie dotyczy. Dlatego spokojnie może stwierdzić, że jest szokujące. Może akurat jego żona nie musiała nigdy tego robić, może żadna z bliskich mu kobiet mu tego nigdy nie mówiła, ale jest małe prawdopodobieństwo, że nikt z jego rodziny i koleżanek nie usunął ciąży. Bo robi to masa kobiet. Może była wśród nich jego matka, babcia, siostra albo przyjaciółka. Może nawet z nim była w ciąży, tylko mu nie powiedziała. Taki pan mógłby się żachnąć, że przecież by wiedział, przecież to widać, bo na pewno taka kobieta bardzo by cierpiała, tyle się słyszy o syndromie postaborcyjnym. Mam dla niego złą wiadomość. Prawdopodobnie ta kobieta, jak większość kobiet, które miały aborcję, po zabiegu poczuła ulgę. Nie śni jej się dzidziuś, nie płacze na wspomnienie gabinetu ginekologicznego, nie popada w depresję na widok matki z dzieckiem. Jeśli zalicza się do większości – nie żałuje tej decyzji i uważa, że była ona słuszna.

Może tylko jedno ją boli. Poczucie wykluczenia, wyobcowania, poczucie, że jest z tym doświadczeniem sama. Bo jest. Przez to, że język publiczny został zawłaszczony przez oskarżycieli, którzy nazywają ją morderczynią nienarodzonych, boi się powiedzieć o swoim przeżyciu nawet najbliższym. I dlatego ci wszyscy panowie nie mają prawa wiedzieć, że ona – ich matka, córka, siostra albo koleżanka z pracy – usunęła ciążę. Bardzo możliwe, że nie powiedziała nawet swojej najlepszej przyjaciółce. I martwi się pewnie, że jest dziwna, że coś z nią jest nie tak, bo usunęła i może z tym żyć. Tak jak setki tysięcy innych kobiet w Polsce, jest samotna z doświadczeniem aborcji, bo jedyne miejsce, gdzie ją wysłuchają, to kościół. Ale za wysłuchanie zapłaci tym, że zostanie oceniona, więc decyduje się na nie mówienie nikomu. A może gdyby powiedziała innej kobiecie, okazałoby się, że ta druga też przez to przeszła.

Kiedy czytam, że oświadczenie, że usunęło się ciążę, ma na celu tylko szokowanie – widzę, jaka kolosalna jest różnica między mężczyznami a kobietami, między ich historiami i doświadczeniem. Aborcja nie jest szokująca. Aborcja to nie skandal. Aborcja jest bardziej powszechna niż ci panowie chcieliby wiedzieć. Aborcja to smutna konieczność, czasem pewnie podszyta dramatem, konieczność, w obliczu której kobieta często stoi sama. Aborcja była, jest i będzie i nie zmienią tego nawet najbardziej restrykcyjne prawa (jedyne co zmienią, to stawki nielegalnych usług). Aborcja pewnie nigdy nie jest łatwym wyborem, ale zastanawia pewność siebie tych wszystkich ludzi, którzy oskarżycielskim tonem oświadczają, że „aborcja to zło”. Znam osoby, które też tak uważały, dopóki same nie zaszły.

Wygadani panowie dziennikarze, politycy, celebrities i księża – wszyscy są wybitnymi ekspertami w dziedzinie aborcji, a każdy, kto nie używa tautologicznego zwrotu o „życiu poczętym”, mianowany jest przez nich wściekłą, walczącą feministką i to wystarczy, żeby wypadł z gry, czyli z poważnej rozmowy ekspertów. Wszyscy oni wykrzykują refren o rodzinie, wartościach, Kościele, nihilizmie moralnym i cywilizacji śmierci i sądzą naiwnie, że aborcja to margines, że nie dotyczy ich, ani ich rodzin, że to patologia i doświadczenie garstki kobiet. Ale szacunki mówią o przedziale od 80 tys. do 200 tys. aborcji rocznie. Weźmy dolną granicę: jeśli co roku 80 tys. kobiet usuwa ciążę, to od 1993 r. – od momentu uchwalenia obecnej ustawy – wykonano w Polsce ponad milion nielegalnych zabiegów. To jest co czterdziesty obywatel. Jeśli wykluczymy z tej grupy mężczyzn i dzieci do 14-tego roku życia, okaże się, że co szesnasta kobieta usunęła ciążę. Jeśli przyjmiemy górną granicę szacunków, musimy tę liczbę pomnożyć o dwa i pół raza. Liczby nie kłamią, a spierając się z ze statystyką, „eksperci” wojują jak Don Kichot z wiatrakami. To bardzo rycerskie, tylko pozbawione sensu. Ci eksperci, niech mi wybaczą, chodzą z głową w chmurach. Żyją na jakimś innym świecie niż ja i milion innych Polek, które miały aborcję przez ostatnie trzynaście lat. A te kobiety to też ich rodziny, przyjaciółki, koleżanki z pracy. Ale skąd panowie mają to wiedzieć, skoro przez wszechobecną hegemonię eksperckiego tonu – wszystkie milczą.

A ja chciałabym, żeby te kobiety, które z jakiegoś powodu musiały usunąć ciążę, nie bały się, że coś jest z nimi nie tak. Żeby nie czuły się samotne i zaszczute. Żeby nie uważały się za morderczynie. Żeby wiedziały, że na pewno znają co najmniej jedną kobietę, która też musiała usunąć. I że – mimo, że dyskurs publiczny może mówić co innego – nie wszyscy je potępiają, nie wszyscy uważają, że są złe, okrutne i bez serca. A ekspertom ciskającym tak ochoczo kamieniami życzyłabym, żeby nie ferowali pochopnych opinii, bo kiedy wykrzykują slogany o morderczyniach – nie mówią o wrogich feministkach czy o obcych i złych „onych”. Mówią o swoich sąsiadkach, koleżankach, siostrach i matkach.

Autor: 
Perczyńska Ola