Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Pięć lat wojny z terrorem. Pożar w głowach ludzi.

Z okazji 5. rocznicy 11 września do kin weszły dwie hollywoodzkie produkcje: "Lot 93" Paula Greengrassa i "World Trade Center" Olivera Stone'a. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest to, że oba filmy w zamierzeniu mają być maksymalnie antyhollywoodzkie: oba skupiają się na odwadze zwykłych ludzi, zrobione są bez gwiazdorskiej obsady, efektów specjalnych, patetycznych, bohaterskich gestów. Zamiast tego widzimy suchy, realistyczny obraz zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w niezwykłej sytuacji. Oba filmy bez wątpienia mają w sobie coś autentycznego - znakomita większość krytyków pochwaliła je za unikanie sensacyjności, za spokojny i powściągliwy styl. I właśnie ten element autentyczności powinien wzbudzić w nas podejrzliwość - powinniśmy natychmiast zadać sobie pytanie, jakim celom służy.

Warto zwrócić uwagę na trzy rzeczy. Po pierwsze oba filmy koncentrują się na wyjątkach: "Lot 93" jest o jedynym z czterech samolotów, którym terrorystom nie udało się uderzyć w cel, a "WTC" opowiada historię dwóch spośród tych dwudziestu dwóch policjantów, którzy nie zginęli pod gruzami. Katastrofa zamienia się zatem w rodzaj triumfu, zwłaszcza w pierwszym filmie, gdzie pasażerowie stają przed pytaniem: co mogą zrobić w sytuacji, w której wiedzą na pewno, że czeka ich śmierć? Podejmują heroiczną decyzję: skoro nie możemy uratować siebie, spróbujmy przynajmniej uratować innych. Wdzierają się więc do kabiny pilota, żeby ściągnąć samolot na ziemię, zanim uderzy w cel wyznaczony przez terrorystów (pasażerowie wiedzieli już o dwóch samolotach, które rozbiły się o Twin Towers). Jak wychodzi to opowiadanie historii wyjątku?

Pouczające jest tutaj porównanie ze Spielbergowską "Listą Schindlera". Film jest bez wątpienia artystyczną i polityczną porażką, ale pomysł, by w roli głównej postaci obsadzić Schindlera, był słuszny - przedstawiając Niemca, który coś zrobił, aby pomóc Żydom, Spielberg pokazuje, że można było coś zrobić i tym samym potępia tych, którzy nic nie zrobili, tłumacząc, że było to niemożliwe. Tymczasem "Lot 93", skupiając się na buncie, ma na celu odwieść nas od postawienia naprawdę istotnych pytań. Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie oba filmy z podobną zmianą: lot numer 11 (albo jeden z pozostałych samolotów, które uderzyły w cel) zamiast lotu numer 93, historii pasażerów, oraz "WTC" jako opowieść o dwóch strażakach lub policjantach, którzy zginęli pod gruzami po długich cierpieniach... W żaden sposób nie usprawiedliwiając ani nie okazując zrozumienia dla strasznej zbrodni terrorystów, taka wersja postawiłaby nas wobec prawdziwej grozy sytuacji i tym samym zmusiła do myślenia, do zadania sobie pytania, jak taka rzecz mogła się wydarzyć i jaki jest jej sens.

Po drugie oba filmy zawierają również rzucające się w oczy wyjątki formalne: momenty odejścia od zasadniczo zdawkowego, realistycznego stylu. "Lot 93" zaczyna się od sceny, w której porywacze są w motelu, modlą się, przygotowują. Wyglądają srogo, niby anioły śmierci - i pierwsze ujęcie po napisach początkowych potwierdza to wrażenie: jest to nakręcona z góry panorama nocnego Manhattanu, której towarzyszy dźwięk modlitwy porywaczy, jakby przechadzali się nad miastem i szykowali do zstąpienia na ziemię, by zebrać swoje żniwo... Z kolei w "WTC" nie ma zdjęć pokazujących samoloty wbijające się w wieże. Widzimy tylko, tuż przed katastrofą, kiedy jeden z policjantów znajduje się w tłumie ludzi na ruchliwej ulicy, przemykający nad nimi złowróżbny cień - cień pierwszego samolotu. (Ponadto, co istotne, po tym, jak policjanci-bohaterowie zostają uwięzieni pod gruzami, kamera po hitchcockowsku wycofuje się, by pokazać cały Nowy Jork z lotu ptaka). To bezpośrednie przejście od zwykłego codziennego życia do widoku z góry nadaje obu filmom dziwny wymiar teologiczny - jakby zamachy były rodzajem boskiej interwencji. Jak należy to odczytywać? Przypomnijmy sobie pierwszą reakcję Jerry'ego Falwella i Pata Robertsona na ataki z 11 września: obaj dostrzegli w nich znak, że Bóg przestał otaczać Stany Zjednoczone swoją opieką ze względu na grzeszne życie Amerykanów, ich hedonistyczny materializm, liberalizm i rozwiązłość. Obaj mówili, że Ameryka zasłużyła sobie na taki los. Fakt, że potępienie "liberalnej" Ameryki, które głosi Muzułmański Obcy, wyszło także z samego serca l'Amerique profonde, powinien dać nam do myślenia.

"Lot 93" i "WTC" w gruncie rzeczy nakłaniają nas do czegoś wręcz przeciwnego: do odczytania katastrofy z 11 września jako ukrytego błogosławieństwa, jako boskiej interwencji, która ma nas przebudzić z moralnej drzemki i wydobyć w nas to, co najlepsze. "WTC" kończy się słowami z offu, które nie pozostawiają wątpliwości, że takie jest właśnie przesłanie tego filmu: takie tragedie jak zamach na Twin Towers wydobywają w ludziach zarówno to, co najgorsze, jak i to, co najlepsze - odwagę, solidarność, poświęcenie, poczucie wspólnoty. Ludzie są pokazani jako zdolni do heroizmu, którego się po sobie nie spodziewali. Ta utopijna perspektywa jest jednym z wątków, które podsycają nasze zainteresowanie filmami katastroficznymi: wygląda na to, że nasze społeczeństwa potrzebują poważnej katastrofy, aby odrodził się w nich duch solidarności i wspólnoty.

I tutaj pojawia się ostatni, kluczowy motyw: oba filmy powstrzymują się nie tylko od zajęcia stanowiska politycznego wobec pokazywanych wydarzeń, ale również od przedstawienia ich szerszego kontekstu politycznego. Ani pasażerowie lotu 93, ani policjanci w WTC nie znają całości obrazu - nagle zostają wrzuceni w straszną sytuację i muszą się w niej jak najlepiej odnaleźć. Ten brak "kognitywnych współrzędnych" ma podstawowe znaczenie: oba filmy pokazują zwykłych ludzi, na których nagle spada brutalna Historia jako nieobecna Przyczyna, niewidzialna Rzeczywistość, która zadaje ból. Widzimy tylko katastrofalne skutki, których przyczyna jest tak abstrakcyjna, że w przypadku "WTC" można sobie bez problemu wyobrazić dokładnie ten sam film, w którym Twin Towers zawalają się na skutek silnego trzęsienia ziemi. Z nieco większą trudnością można sobie wyobrazić, że film rozgrywa się w roku 1944 w dużym niemieckim mieście po alianckim bombardowaniu... (W filmie dokumentalnym o tamtej epoce niemieccy piloci, którzy bronili niemieckich miast w tych nielicznych samolotach wojskowych, które III Rzesza wciąż miała do swojej dyspozycji, twierdzili, że nie mieli nic wspólnego z nazistowskim reżimem ani w ogóle z polityką, że po prostu dzielnie bronili swojej ojczyzny...)

A co powiecie na to, żeby taki sam film rozgrywał się w zbombardowanym bloku mieszkalnym w południowym Bejrucie? Nie, taka sceneria jest niemożliwa. Taki film zostałby uznany za "za subtelną prohezbollahowską propagandę terrorystyczną", podobnie jak oceniono by film osadzony w wojennych Niemczech. To oznacza, że przekaz ideologiczno-polityczny obu filmów zawiera się w celowym braku przekazu politycznego: brak ten implicite mówi o ZAUFANIU do swojego państwa - "kiedy wróg atakuje, trzeba po prostu spełnić swój obywatelski obowiązek...". To wyrażone pośrednio zaufanie radykalnie odróżnia "Lot 93" i "WTC" od takich pacyfistycznych filmów jak "Ścieżki chwały" Stanleya Kubricka, który także opisuje zwykłych ludzi (żołnierzy) wystawionych na śmierć, lecz których cierpienie jest jednoznacznie ukazane jako bezsensowna ofiara złożona na ołtarzu niejasnej i zmanipulowanej Sprawy. To sprowadza nas z powrotem do punktu wyjścia, do "konkretnego" charakteru obu filmów przedstawiających zwykłych ludzi w suchym, realistycznym tonie. Każdy filozof zna antyintuicyjną heglowską opozycję między "abstrakcyjnym" i "konkretnym". W normalnym języku "abstrakcyjne" są pojęcia ogólne, a "konkretne" są realnie istniejące przedmioty i zdarzenia. U Hegla wręcz odwrotnie, to tego rodzaju naoczna rzeczywistość jest "abstrakcyjna" i żeby ją "ukonkretnić", trzeba ją wpisać w kompleksowy uniwersalny kontekst, który nadaje jej sens. Na tym polega problem z omawianymi filmami: oba są ABSTRAKCYJNE w swojej "konkretności". Funkcją tego przyziemnego przedstawienia konkretnych jednostek walczących o życie jest nie tylko ucieczka przed tanią komercją, ale również zamazanie kontekstu historycznego.

Oto gdzie znaleźliśmy się po pięciu latach: wciąż nie umiemy umieścić 11 września w większej narracji, opatrzyć tych wydarzeń "kognitywnymi współrzędnymi". Rzecz jasna, istnieje oficjalna opowieść, zgodnie z którą permanentne wirtualne zagrożenie ze strony niewidzialnego Wroga usprawiedliwia prewencyjne ataki: ponieważ zagrożenie jest wirtualne, nie można czekać na jego urzeczywistnienie się, trzeba atakować z wyprzedzeniem, zanim będzie za późno. Innymi słowy, niewidoczna groźba Terroru legitymizuje aż nadto widoczne posunięcia obronne. Różnica pomiędzy wojną z terrorem a ogólnoświatowymi dwudziestowiecznymi wojnami, na przykład zimną wojną, jest taka, że wcześniej wróg był wyraźnie zidentyfikowany (w przypadku zimnej wojny jako realnie istniejące imperium komunistyczne), natomiast zagrożenie terrorystyczne jest widmowe, bez widocznego rdzenia. Trochę to przypomina charakterystykę Lindy Fiorentino w "Fatalnym romansie": "Większość ludzi ma swoją ciemną stronę... Ona nie miała nic innego". Większość reżimów ma swoją ciemną, opresyjną, widmową stronę... zagrożenie terrorystyczne nie ma nic innego.

Władza, która przedstawia się jako permanentnie zagrożona i jedynie broniąca się przed niewidocznym wrogiem, naraża się na zarzut manipulacji: czy możemy jej naprawdę zaufać, czy też powołuje się na to zagrożenie wyłącznie po to, żeby nas zdyscyplinować i poddać większej kontroli? Paradoksalnym rezultatem tego "uwidmowienia" Wroga może być odwrócenie ról: w świecie bez wyraźnie zidentyfikowanego Wroga to USA, obrońca przed zagrożeniem, wyrasta na głównego przeciwnika. Jak w "Morderstwie w Orient Ekspresie" Agathy Christie - skoro mordercą jest cała grupa podejrzanych, to ofiara (zły milioner) powinna okazać się przestępcą. Płynie z tego nauka, że w walce z terroryzmem polityka państwa musi być jeszcze bardziej demokratycznie przejrzysta niż w innych kontekstach.

Niestety płacimy dzisiaj za pajęczą sieć kłamstw i manipulacji ze strony rządów amerykańskich i brytyjskich z ostatniej dekady, których kulminacją była tragikomiczna sprawa irackiej broni masowego rażenia. Przypomnijmy sobie sierpniowy alarm związany z udaremnionymi zamachami na kilkanaście samolotów z Londynu do USA: groźba zamachów na pewno była realna, tylko paranoik powie co innego - ale pozostaje podejrzenie, że cały ten szum był tylko spektaklem, który miał nas przyzwyczaić do permanentnego stanu zagrożenia, do stanu wyjątkowego jako normalnego sposobu życia. Otwiera się ogromna przestrzeń do manipulacji, kiedy publicznie widoczne są tylko same działania antyterrorystyczne. Czy nie wymaga to od nas, zwykłych obywateli, zbyt wiele - a mianowicie pełnego zaufania do władzy, które już dawno utraciliśmy? I to jest grzech, który Bushowi, Blairowi et consortes nie powinien zostać nigdy wybaczony.

Jaki jest zatem historyczny sens 11 września? 12 lat wcześniej, 9 listopada 1989 roku, runął mur berliński. Upadek komunizmu był powszechnie postrzegany jako ostateczna klęska politycznych utopii: dzisiaj żyjemy w postutopijnych czasach pragmatycznego administrowania, ponieważ przyswoiliśmy sobie brutalną lekcję, zgodnie z którą szlachetne utopie polityczne kończą się totalitarnym terrorem... Należy jednak zwrócić uwagę, że po rzekomej klęsce utopii nastąpiły rządy ostatniej wielkiej utopii: globalnej kapitalistycznej demokracji liberalnej.

9 listopada zaanonsował "szczęśliwe lata 90.", marzenie Francisa Fukuyamy o "końcu historii", przekonanie, że demokracja liberalna ideowo zwyciężyła, że poszukiwania dobiegły końca, że wkrótce wyłoni się globalna liberalna wspólnota światowa, że przeszkody na drodze do ultrahollywoodzkiego happy endu są wyłącznie empiryczne i przygodne, że są to jedynie lokalne ogniska oporu, którego przywódcy jeszcze nie zrozumieli, że ich czas się skończył. 11 września symbolizuje koniec tej utopii i powrót do realnej historii: clintonowskie szczęśliwe lata 90. minęły, nadeszła era, w której rosną mury - między Izraelem a Zachodnim Brzegiem, wokół Unii Europejskiej, wzdłuż granicy amerykańsko-meksykańskiej, między Hiszpanią a Marokiem

- zastępując mur berliński. Nadeszła epoka nowych form apartheidu i zalegalizowanych tortur. Wisi nad nami perspektywa nowego globalnego kryzysu: katastrofy wojskowe i inne permanentne stany wyjątkowe...

Warto w tym miejscu wspomnieć postać niedawno zmarłego Alfreda Stroessnera, człowieka, który uczynił permanentny stan wyjątkowy normalnym sposobem życia. Autorytarny reżim Stroessnera w Paragwaju lat 60. i 70. doprowadził logikę stanu wyjątkowego do nieprześcignionej, absurdalnej skrajności. Jeśli chodziło o zapisany w konstytucji ustrój, Paragwaj był demokracją parlamentarną gwarantującą wszystkie swobody. Ale ponieważ, jak twierdził Stroessner, wszyscy żyliśmy w stanie wyjątkowym ze względu na ogólnoświatową walkę wolności z komunizmem, realizacja postanowień konstytucji była wiecznie odkładana i wprowadzono permanentny stan wyjątkowy, zawieszany co cztery lata na jeden dzień, żeby mogły się odbyć wolne wybory legitymizujące rządy partii Colorado Stroessnera większością 90 proc. głosów, godną jego komunistycznych przeciwników. Paradoks polega na tym, że stan wyjątkowy był stanem normalnym, a "normalna" demokratyczna wolność - ustanawianym na krótko wyjątkiem... Czy ten dziwny reżim nie był zapowiedzią najbardziej radykalnego skutku tendencji, która jest wyraźnie dostrzegalna w naszych liberalno-demokratycznych społeczeństwach po 11 września? Prezydent Bush powiedział tuż po zamachach, że Ameryka znajduje się w stanie wojny. Problem w tym, że Ameryka ewidentnie nie znajduje się w stanie wojny, a w każdym razie - ponieważ ogromna większość ludzi żyje jak dawniej, a wojną zajmują się wyłącznie niektóre organy państwowe - nie w starym, zwyczajnym sensie tego słowa. Rozróżnienie między stanem wojny i stanem pokoju ulega rozmyciu, wkraczamy w epokę, w której stan pokoju może być jednocześnie stanem wyjątkowym.

Kiedy Bush opiewał wybuchowe i nieugaszalne pragnienie wolności w krajach postkomunistycznych jako "pożar w głowach ludzi", niezamierzona ironia polegała na tym, że posłużył się cytatem z "Biesów" Dostojewskiego, gdzie odnosi się on do bezwzględnych poczynań radykalnych anarchistów, którzy spalili wioskę: "Pożar jest w głowach ludzi, nie na dachach domów". Bush nie zrozumiał, że 11 września pięć lat temu nowojorczycy już zobaczyli - i poczuli - dym tego pożaru.

Autor: 
Žižek Slavoj