Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Pax Atomica

Zebraliśmy się tutaj aby dokonać wyboru pomiędzy życiem a śmiercią...

Tymi słowami, wygłoszonymi na Posiedzeniu Komisji Energii Atomowej ONZ w 1946 roku, Bernard Baruch pozbawił świat wszelkich złudzeń co do możliwości totalnej zagłady ludzkości w wyniku niekontrolowanego wyścigu zbrojeń i – w rezultacie – wojny nuklearnej. Armagedon stał się realnym zagrożeniem dla powojennego świata, który dopiero co otrząsnął się z okropności drugiej wojny światowej. Ludzkość stała się pobladłym z przerażenia widzem, wychodzącym z sali kinowej, który dopiero co obejrzał najstraszniejszy horror w swoim życiu, a tymaczasem jego oczom ukazuje się plakat z zapowiedzią trzeciej, ostatecznej, odsłony tego nieludzkiego spektaklu. O spectaculum miserum et acerbum1! Historia, niczym opętany chorą żądzą reżyser, postanawia uczynić swe dzieło trylogią.

Upiorny pomnik grzyba atomowego, postawiony przez USA nad Japonią, stał się zarazem wystrzałem startowym w wyścigu o globalną hegemonię dwóch mocarstw, który miał trwać przez następne półwiecze. Amerykanie po chwilowej euforii zaczęli odczuwać matczyny dylemat doktora Frankensteina. Postawili kamień milowy w historii cywilizacji, stworzyli śmiercionośnego potwora, a zarazem swojego pupilka (nie bez kozery nazwanego Little Boy), nad którym kontrola nie wydawała się sprawą prostą. Atlantydzi pokazali, że weszli w posiadanie najbardziej śmiercionośnej broni jaką znała ludzkość, instrumentu, który był niczym innym jak deus ex machina bez instrukcji obsługi. „Zostaliśmy powiernikami tej nowej siły (...) spoczęła na nas straszliwa odpowiedzialność. Dziękujemy Bogu, że spoczęła ona na nas, a nie na naszych wrogach”. Prezydent Truman wypowiadając te słowa musiał wiedzieć, że monopol na „nową siłę” to tylko kwestia czasu i że zostanie on wkrótce przełamany.

Drogi Czytelniku, podano do stołu! Atomowy muchomor w sosie europejskim, pomimo gorącej atmosfery w kuchni i pikanterii nazwy, najlepiej smakuje na zimno, o czym przekonali się zarówno Amerykanie, jak i Sowieci. Nie jest to bynajmniej element zdrowej diety, szybko więc siadł na żołądkach i jednych, i drugich, ale może dzięki temu raczyli zabarykadować się w końcu na czas obstrukcji w swych mocarstwowych wychodkach i zostawić biedną Europę w spokoju, od czasu do czasu rozsiewając po niej niemiłe zapachy i propagandę spisywaną pospiesznie na papierze toaletowym. Nie pozostawię jednak tej tezy bez objaśnienia i zaraz postaram się dowieść, że tylko taka reakcja ostudziła pazerne zapędy na europejski tort i uchroniła stary kontynent od kolejnej wielkiej wojny.

Przez gęsty, powojenny smog, jaki pozostawiła za sobą druga z wielkich wojen, widzimy Europę rzuconą na kolana. Wykrwawiona i zrównana z ziemią szuka dla siebie nowej drogi. Rządy państw mają przed oczami tylko jedną, kontynentalną rację stanu. Jest nią pokój za wszelką cenę. Stary kontynent od wieków był twierdzą nie do zdobycia, zarówno dla obcych wojsk, jak i dla wrogich ideologii. Sowieci tylko czekali na taką okazję. Hitler otworzył im drzwi do Europy, rozsadził niezdobytą od wieków fortecę od wewnątrz. Nie spodziewał się jednak takiego obrotu sytuacji. Moim zdaniem, gdyby wiedział dużo wcześniej o klęsce swoich wojsk, jako zaciekły wróg bolszewizmu byłby w stanie nawet otworzyć wspólny front przeciwko Armii Czerwonej. W jego zamyśle na starym kontynencie miały panować potężne Niemcy, które stałyby się jego władcą, ale zarazem obrońcą. Niemcy pokonane i zniszczone zamiast warowni były tylko kolejnym spalonym domostwem w europejskiej wiosce. W takiej sytuacji Stalin mógł bez problemu przejść do kolejnej fazy podboju. Wielu historyków twierdzi, że gdyby nie szok wywołany demonstracją amerykańskiej nowej broni w kraju kwitnącej wiśni, Armia Czerwona nie skończyłaby swojego marszu na Berlinie, ale dopiero u wybrzeży Oceanu Atlantyckiego!

Bomba atomowa była z założenia środkiem agresji i napaści. Bardziej mieczem niż tarczą. Wiedzieli o tym jej konstruktorzy, wiedziała generalicja i rządy państw. Powszechnie twierdzono, że „Wzorzec użycia broni atomowych został ustanowiony w Hiroszimie. Są to bronie agresji, zaskoczenia, terroru (...) jest to broń dla agresorów, a elementy zaskoczenia i terroru są tak samo jej właściwością, jak rozszczepiające się atomy”2. Czy mogła zatem służyć w celach pokojowych? Czy można zapanować nad żywiołami i zamienić niszczycielski ogień w studzącą emocje wodę? Czy to, co nie udało się pradawnym alchemikom, powojenni politycy obrócili w fakt dokonany? Wszystko wskazuje na to, że tak się właśnie stało. Mimo że USA posiadały jedynie kilka bomb atomowych oraz znikome możliwości ich przeniesienia w głąb sowieckiego imperium, Związek Radziecki wystraszył się Hiroszimy i Nagasaki. Wiedziano, że szczyptą cyjanku nie da się zatruć oceanu, ale Stalin zdecydowanie bał się zagrać va banque. Ten strach pozostał nawet wtedy, gdy przełamano amerykański monopol na bombę atomową.

Przypominają mi się słowa pijanego bandyty z pewnego westernu, które idealnie, a zarazem prosto oddają idee nuklearnego, wzajemnego powstrzymywania. Była to opowieść niemalże wyjęta z Biblii. Głównymi jej bohaterami byli ludzie (albo państwa), góra złota (hegemonia i panowanie nad światem) oraz rewolwer (broń nuklearna). Kiedy mamy do czynienia z górą złota i grupą ludzi, a tylko jedna osoba posiada rewolwer, z pewnością staniemy się świadkami serii zabójstw. Kiedy wszyscy mają broń, ktoś w końcu nieświadomie pociągnie za spust i będzie to istna masakra. Jednakże dajmy im dwa pistolety, a wokół uzbrojonych ludzi szybko wyodrębnią się dwie grupki, wycelują w siebie pistolety, ale nie padnie żaden strzał, każdy bowiem bardziej chce sam przeżyć, niż zabić przeciwnika i zginąć w następstwie niekontrolowanych wypadków.

Pierwszą ofiarą była zapewne Japonia, jednak w tym wypadku została jedynie postrzelona w nogę i rzucona na kolana, po czym humanitarnie i fachowo opatrzona przez agresora. Była to jednorazowa nauczka, po której nastąpiła wieloletnia pomoc. Powojenny system był odzwierciedleniem ostatniego wariantu opowiedzianego w powyższej historyjce. Bezpieczeństwo Europy miało się opierać na bipolaryzmie oraz wynikającej z niego równowadze sił. Pokój poprzez strach – tak brzmiała jedna z najpopularniejszych doktryn zimnej wojny, której prekursorami byli Niebuhr oraz Kennan. Odrzucili oni naiwną Rooseveltowską koncepcję głoszącą, że Związek Radziecki dąży do globalnego pokoju.

Stary kontynent nie pozostał jednak długo przy zmywaku w amerykańsko-radzieckiej kuchni. Chwilę później Francuzi, znani ze swych kulinarnych fascynacji, postanowili sami wyhodować atomowego grzybka. Połączenie powojennych, traumatycznych kompleksów, marzeń o utraconej mocarstwowości oraz silnie zaszczepiona, ukryta nienawiść do amerykańskich kowbojów sprawiły, że sami, bez niczyjej pomocy zdobyli broń nuklearną, okupili to jednak ogromnymi nakładami finansowymi oraz licznymi zaniedbaniami w innych dziedzinach funkcjonowania państwa. Wielka Brytania zaś, będąc pojętnym i lojalnym kuchcikiem w amerykańskiej Manhattan’s kitchen dostała importowany, amerykański przepis (know-how) na odgrzewanego atomowego muchomora. Dołączenie tych europejskich krajów do potęg nuklearnych spowodowało, że udomowiliśmy tego przerażającego potwora.

Nuklearna psychoza (grzybica?) została zaszczepiona zarówno w społeczeństwach zachodnich, jak i w bloku sowieckim. W zakładach pracy i szkołach prowadzono szkolenia na wypadek ataku atomowego, narody całego świata bały się nowej, apokaliptycznej broni. Sieci podziemnych schronów przecięły setki kilometrów kwadratowych ziemi. Budowano nawet zalążki podziemnych państw, biblijne Arki Noego, z których po wielu latach wegetacji mogłoby wyjść życie. Myślę, że taka paranoja wyszła Europie na zdrowie. Wszelkie ruchy pacyfistyczne oraz demonstracje hamujące wojownicze zapędy polityków wyrosły ze strachu przez totalną zagładą. Zaczęto zdawać sobie sprawę, że każda kolejna wojna, toczona pomiędzy mocarstwami, może być już tą ostatnią. Celowo używam tutaj słowa ostatnia, gdyż oddaje ono efekt finalny globalnej konfrontacji nuklearnej. Naukowcy byli zdania, że zniszczy ona cywilizację i rzuci nas w otchłań epoki wczesnego średniowiecza. Mamy więc do czynienia z niepisanym, silnym prawem zachowania pokoju atomowego. Pax Atomica próbowano skodyfikować poprzez różnorodne układy międzynarodowe, jednak aby miały one sens, musiałyby się pod nimi podpisać wszystkie kraje posiadające takową broń. Było to zadanie praktycznie niewykonalne. Atomowa grzybica zainfekowała także kulturę masową. W amerykańskiej serii komiksów o Supermanie równie często jak czerwona peleryna głównego bohatera pojawia się motyw ogromnej siły rozrywającej naszą planetę. Wybuch jest powodowany przez zagrożenie spadające zawsze z góry. W komiksie przedstawia się je jako kometę lub właśnie bombę atomową. Wrogowie Supermana to czarne charaktery w mundurach do złudzenia przypominających sowieckie.

Idealnym prawem niepisanym z widoczną sankcją stała się atomowa psychoza, która sączyła się w najciemniejsze zakamarki duszy ludzi na całym świecie. „International law with teeth in it”3 stało się faktem, poprzez jego ratyfikację w ludzkich umysłach. Ta choroba miała zbawienny wpływ na zachowanie pokoju. Społeczeństwa całego świata zrozumiały, że atom nie jest jedynie domeną polityków i ministerstw; że w wojnie nuklearnej klęskę poniosą wszyscy. Zachowanie pokoju stało się sprawą najwyższej rangi. Śmiem sądzić, że gdyby nie owa znienawidzona bomba atomowa, wiele konfliktów przerodziłoby się w otwarta wojnę. Wystarczy chociażby wspomnieć kryzys berliński czy kubański.

Problem z bombą A polegał na tym, że była ona problemem samym w sobie. Największym mankamentem systemu wzajemnego powstrzymywania była właśnie jego strażniczka. Zdaniem Przemysława Grudzińskiego system ten był niezwykle skuteczny, kiedy obejmował swoim zasięgiem państwa odpowiedzialne oraz nastawione na pokój i zachowanie status quo, a nie na ekspansję. Z psychologicznego punktu widzenia tłum jest o wiele bardziej przewidywalny, a racjonalność jego zachowania ściśle wiąże się z wolą przeżycia, a co za tym idzie – utrzymania pokoju. Wątpię w to, że społeczeństwo amerykańskie istotnie aż tak nienawidziło bloku państw socjalistycznych i jego mieszkańców, żeby zafundować im drugą Hiroszimę. Wystarczy przypomnieć krytyczne nastawienie ogromnej części społeczeństwa do faktu zrzucenia bomby na Japonię; owo niezadowolenie dało podwaliny pod ruchy pacyfistyczne w Stanach Zjednoczonych.

Akira Kurosawa nakręcił kiedyś film Kronika żywej istoty, który może stać się świetną ilustracją do moich rozważań, jeśli tylko zamiast głównego bohatera, główną rolę zagra społeczność międzynarodowa po 1945 roku, która ciągłym strachem przed atomową zagładą zostaje doprowadzona do szaleństwa, które z kolei wyszło jej na dobre. Wpełzło do jej głowy wyłączając w międzynarodowym mózgu ośrodki odpowiadające za agresję i tłamsząc zwierzęce instynkty. Słowem – nic nie było w stanie ostudzić tego wrzenia prócz nuklearnego zagrożenia!

Przypisy:

1. Łac. O widowisko nędzne i przykre!
2. J. R. Oppenheimer, Atomic Weapons. Proceedings of the American Philosophical Society, 29 I 1946, Philadelphia 1946, s. 9.
3. Koncepcja prawa międzynarodowego uzbrojonego w środki przymusu B. Barucha.

Autor: 
Obrał Jacek