Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Pomoc niezupełnie rozwojowa

Czytam właśnie publikacje Departamentu Współpracy Rozwojowej. Jednostka ta powstała jesienią 2005 roku w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a odpowiada między innymi za planowanie i koordynację polskiej pomocy rozwojowej. Powszechnie uznanym celem pomocy rozwojowej jest poprawa sytuacji ludzi żyjących w ubóstwie poprzez umożliwienie im dostępu do podstawowych dóbr i usług – od wody pitnej, poprzez opiekę lekarską, po szkoły – i/lub wyposażenie ich w umiejętności bądź zasoby umożliwiające im zarobkowanie. Wiele organizacji feministycznych angażuje się w kampanie na rzecz zwiększenia pomocy dla krajów Południa, a także na rzecz abolicji długu „Trzeciego świata“; w tej ostatniej wiodącą rolę odgrywały chrześcijańskie organizacje, które współinicjowały Jubilee Campaign. Faktyczna kwota długu została już dawno wielokrotnie spłacona, a wiele krajów tzw. Trzeciego Świata, szczególnie najuboższe kraje Afryki, nadal starają się o pożyczki, aby mieć z czego spłacać skumulowane odsetki. Aby móc je spłacać, redukują one wydatki na cele społeczne (edukacja, zdrowie, zatrudnienie w sektorze publicznym), co powoduje, że kosztami obsługi długu obarczone zostają gospodarstwa domowe, a szczególnie kobiety. Reformy strukturalne (tzw programy strukturalnego dostosowania, formułowane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy) były warunkiem do restrukturyzacji długu i otrzymania nowych kredytów. Biorąc pod uwagę warunki międzynarodowego handlu i względnie niskie koszty surowców, ogólny bilans handlowy Północ- najuboższe kraje Południa wygląda tak, że z krajów środkowej Afryki wpływa do krajów Północy więcej pieniędzy (w tym jako spłata odsetków od zadłużenia) niż kraje te otrzymują za świadczone usługi i towary czy transfery od emigrantów.

Koncepcja pomocy rozwojowej wzbudza rozmaite wątpliwości, począwszy od fundamentalnej, a dotyczącej tego, iż wśród biorców pomocy znajdują się kraje obciążone pożyczkami, których kraje-donatorzy nie kwapią się anulować (bo to przecież znakomite źródło dochodu), choć powinien to być krok zerowy we wszelkich działaniach mających na celu umożliwienie krajom Południa wydobycie się z ubóstwa. (Gwoli ścisłości trzeba tu zaznaczyć, że kasacja części zadłużenia zalicza się do pomocy rozwojowej, co tylko mnoży wątpliwości.) Równie problematyczne jest powiązanie pomocy z interesami politycznymi państw jej udzielających, czego przykładem może być skierowanie znacznej części funduszy płynących ze Stanów Zjednoczonych do krajów będących ich sojusznikami w tzw. wojnie z terroryzmem.

Polska znajduje się w grupie państw udzielających pomocy rozwojowej krajom globalnego Południa, a nasze zaangażowanie w tej dziedzinie stale wzrasta zwłaszcza od momentu akcesji do Unii Europejskiej. (To właśnie przez agendy unijne przepływa większość polskiej pomocy.) Spójrzmy na liczby. W 2004 roku przeznaczono na pomoc rozwojową 501 mln złotych, w 2005 – 663 mln (0,07% PKB), w 2006 – 992 mln (0,09% PKB). Wydaje się, że nie jest są to małe kwoty, choć do osiągnięcia zakładanego na rok 2010 poziomu 0,17% PKB trochę jeszcze brakuje. Sumy te nabierają jednak zgoła innego wymiaru, gdy zestawi się je na przykład z budżetem Ministerstwa Obrony Narodowej, który w roku 2004 wyniósł ponad 16 miliardów złotych, w 2005 – ponad 17 mld, a w 2006 – 18 mld. Jeszcze więcej pokazuje zestawienie wysokości środków zapisanych w dwóch rezerwach celowych: na realizację programu wyposażenia Sił Zbrojnych RP w samoloty wielozadaniowe oraz na implementację polskiego programu współpracy na rzecz rozwoju (z której finansowana jest większość polskiej pomocy dwustronnej). W 2005 roku pierwsza z nich wyniosła ponad 469 mln, druga – 18 mln; w 2006 odpowiednio 916 mln i 85 mln; w 2007: 940 mln i 90 mln. Przepaść między tymi kwotami wskazuje na wagę, jaką rzeczywiście – a nie tylko na poziomie deklaracji – przykłada się do pomocy rozwojowej.

Ale wysokość nakładów na pomoc to jedno, a jej forma to drugie. Bliższe przyjrzenie się sposobowi udzielania pomocy wzbudza spore wątpliwości, zarówno w odniesieniu do dysponowania środkami (czyli decydowania o tym, jakie kraje i działania mogą uzyskać wsparcie, a jakie na nie liczyć raczej nie mogą), jak i oficjalnego dyskursu dotyczącego polskiej pomocy. Z dokumentów dostępnych na stronach internetowych Departamentu Współpracy Rozwojowej wyłania się obraz Polski jako kraju udzielającego pomocy przede wszystkim własnym sąsiadom w celu ułatwienia im podążania sprawdzoną u nas ścieżką ku „demokracji i wolnemu rynkowi”. Naszymi głównymi partnerami, do których kierowana jest znaczna część przeznaczanych na pomoc środków (w tym szczególnie w ramach współpracy dwustronnej) od kilku lat są Białoruś i Ukraina, a realizowane w tych krajach projekty wiążą się w głównej mierze z budowaniem „społeczeństwa obywatelskiego”, rozwojem „demokracji” na różnych szczeblach, a także przygotowaniem do integracji z Unią Europejską. Zamiast pomocy rozwojowej mamy wprowadzanie od zewnątrz „demokracji i wolnego rynku”: wśród 37 projektów prowadzonych w 2007 roku na terenie Ukrainy przez organizacje pozarządowe nie znalazł się ani jeden, który dotyczyłby bezpośrednio poprawy jakości życia ludzi w tym kraju.

Z jednej strony tego rodzaju rozdysponowanie środków wpisuje się w – wielokrotnie w rządowych dokumentach podkreślane – przekonanie (w raporcie z 2006 roku zatytułowanym „Polska współpraca na rzecz rozwoju” nazwane „coraz powszechniej podzielanym konsensusem międzynarodowym”), że „długofalowy, zróżnicowany rozwój krajów mniej zaawansowanych nie jest możliwy bez znaczącej poprawy funkcjonowania instytucji państwa, respektowania standardów demokratycznych czy poszanowania praw człowieka” (Polska współpraca na rzecz rozwoju, Raport roczny 2006, s. 19).

Jednocześnie jednak taki wybór priorytetów, jak i towarzysząca mu retoryka, powodują, że Polska stawia się w roli mentora, dającego sobie prawo do pouczania innych i wskazywania właściwych kierunków. Nierzadko balansuje to na granicy hipokryzji: na przykład finansowanie rozwoju niezależnej prasy lokalnej w Gruzji brzmi przynajmniej zastanawiająco, gdy pomyśli się o przyzwoleniu władz na wykupywanie, a następnie łączenie lub likwidowanie lokalnych dzienników w Polsce przez zagraniczne koncerny medialne. Zapowiadane w innym miejscu wsparcie przygotowań prasy regionalnej do procesu prywatyzacji w Ukrainie Wschodniej pozostawia zdecydowanie mniej wątpliwości co do intencji i perspektywy przyjmowanej przez dawców pomocy. Pouczając inne kraje o konieczności stosowania standardów demokratycznych i rządów prawa, a także przestrzegania praw człowieka oraz praw społecznych i obywatelskich (na taką rolę Polski wskazuje Raport roczny 2006), Polska wydaje się jednocześnie zapominać o niedostatkach demokracji i problemach z gwarantowaniem realizacji praw człowieka, w tym praw kobiet i praw socjalnych, na własnym podwórku.

Równie niepokojąca jest praktyka przestawiania Polski jako kraju, który pomyślnie przeszedł przez reformy mające na celu wprowadzenie „demokracji i wolnego rynku”, i w związku z tym może wspierać inne kraje, dzieląc się z nimi zdobytą wiedzą. Choć dokument zatytułowany „Program polskiej pomocy rozwojowej” czy raporty z realizacji programów pomocowych niekoniecznie są miejscem na refleksję nad skutkami transformacji ustrojowej w Polsce, to jednak wyrażanie bez wahania przekonania o sukcesie naszych doświadczeń, którym teraz możemy dzielić się z innymi, wzbudza wątpliwości. Czy instytucja, która najwyraźniej nie dostrzega ogromnych obszarów biedy we własnym kraju i ignoruje istnienie milionów ludzi, których jakość życia przeczy tezie o pomyślnym zakończeniu reform gospodarczych, może być wiarygodnym donatorem pomocy rozwojowej dla innych krajów? Czy będzie w stanie zauważyć biedę i upośledzenie ekonomiczne osób i grup w państwach, do których swoją pomoc kieruje, i podjąć kroki zmierzające do faktycznego ich niwelowania? Koncentracja na „szerzeniu demokracji” kosztem działań na rzecz rzeczywistej poprawy warunków życia ludzi w krajach partnerskich wydaje się być odbiciem dobrego samopoczucia, jakie w odniesieniu do polskiej rzeczywistości wykazują autorzy programu, przymykający oczy na dramatyczną sytuację socjalną wielu mieszkańców zarówno Polski, jak i państw objętych polską pomocą.

Autorzy rządowych dokumentów nie ukrywają również, że za konkretnymi decyzjami dotyczącymi tego, jakie kraje i projekty należy wspierać stoją własne interesy Polski. W „Programie polskiej pomocy zagranicznej udzielanej za pośrednictwem MSZ RP w roku 2008” mówi się wprost o tym, że „w interesie Polski leży walka z ubóstwem na świecie oraz wspieranie demokracji i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, dzięki którym możliwy jest rozwój społeczny i gospodarczy krajów partnerskich” (s. 3); w innych dokumentach podkreślana jest rola, jaką określone kraje, do których trafia polska pomoc, odgrywają w utrzymaniu „bezpieczeństwa”, w tym „bezpieczeństwa energetycznego”. Tego rodzaju stwierdzenia powodują, że wielokrotnie powtarzane zapewnienia o tym, iż celem pomocy rozwojowej jest poprawa sytuacji życiowej ludzi mieszkających w najuboższych krajach, tracą wiarygodność.

Warto też zatrzymać się nad obszarami, które w minimalnym jedynie stopniu objęte są polską pomocą rozwojową. Po pierwsze: kobiety. Mimo że feminizacja biedy jest zjawiskiem od dawna znanym i szeroko opisywanym, a organizacje kobiece powtarzają nieustannie, że faktyczny rozwój społeczeństw globalnego Południa jest niemożliwy bez zwrócenia szczególnej uwagi na sytuację (zwłaszcza ekonomiczną) kobiet i podjęcia działań bezpośrednio zorientowanych na jej poprawę, polska strategia pomocy zdaje się tego w ogóle nie uwzględniać. Informacje dotyczące przeznaczenia polskiej pomocy wielostronnej są zdawkowe i trudno z nich wnioskować, czy wśród wspieranych działań znalazły się takie, które dotyczyły wprost kobiet, ale dane mówiące o pomocy dwustronnej nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Wśród 110 projektów organizacji pozarządowych, którym przyznano finansowanie w ramach konkursu rozpisanego przez MSZ w 2007 roku (będącego jednym z podstawowych kanałów, którymi przepływa pomoc dwustronna), znalazło się jedynie pięć bezpośrednio skierowanych do kobiet oraz niewiele więcej takich, które w sposób pośredni mogą pozytywnie wpłynąć na zmianę ich warunków życia. W 2006 roku wśród 145 projektów zrealizowanych przez organizacje pozarządowe były jedynie dwa zorientowane na kobiety; osiem przeprowadziły też polskie placówki zagraniczne (na 131).

W bieżącym roku z listy krajów priorytetowych wycofany został Irak. Decyzję tę motywowano zbyt dużym zagrożeniem życia, na które narażone były przebywające w tym kraju osoby zaangażowane w udzielanie pomocy. Konieczność kierowania pomocy rozwojowej do państw, w których podstawowa infrastruktura umożliwiająca zaspokajanie podstawowych potrzeb zostaje najpierw zniszczona w wyniku agresji krajów, które następnie oferują swoje wsparcie w jej odbudowie, jest sama w sobie problematyczna. (Warto dodać, że od kilku lat obok Iraku krajem priorytetowym pozostaje Afganistan.) Niemniej jednak wycofanie polskiej pomocy z Iraku to dość przygnębiający komentarz do skutków interwencji wojskowej. Zastanawiające jest, że rząd – za pośrednictwem Departamentu Współpracy Rozwojowej – odmawia wzięcia na siebie odpowiedzialności za dramatyczną sytuację życiową mieszkańców Iraku, do której powstania polskie władze przyczyniały się bezpośrednio przez kilka lat obecności naszych wojsk w tym kraju.

Czytam kolejne dokumenty i odczuwam niepokój. Dla przykładu, w programie polskiej pomocy na rok 2008 znajduje się zapis o pilotażowym wprowadzeniu nowego instrumentu finansowania, jakim jest bezpośrednie wsparcie budżetowe. Pieniądze, zamiast trafiać do konkretnych instytucji realizujących określone projekty na poziomie lokalnym, płyną do centralnego budżetu, a następnie zostają rozdysponowane przez władze państwa-biorcy. Kraje i instytucje udzielające wsparcia określają ten instrument jako bardziej efektywny niż tradycyjne (będąc przy okazji skutecznym mechanizmem kontroli: kolejnych wpłat dokonuje się dopiero wtedy, gdy rząd wywiąże się ze swoich zobowiązań), co znajduje wyraz także w polskim programie. Organizacje pozarządowe, w tym pracujące na rzecz kobiet, w krajach partnerskich mówią jednak o trudnościach w uzyskiwaniu finansowania przy takim sposobie rozdzielania funduszy, zwłaszcza gdy wyrażają opinie lub podejmują działania stawiające je w opozycji do rządu. Można więc obawiać się, że projektów, które nie będą wpisywały się w dominującą retorykę jeszcze ubędzie.

Dokument określający strategię polskiej pomocy zagranicznej na lata 2007-2015 (wciąż jeszcze niedostępny) ma nosić tytuł „Solidarność, Rozwój i Wolność”. Tytuł zapewne nieprzypadkowy; w licznych materiałach zebranych na stronach Departamentu Współpracy Rozwojowej bardzo często przywołuje się solidarność (jak też i ruch „Solidarność”, w myśl programu polskiej pomocy w roku 2007 kształtujący tożsamość społeczeństwa i będący „postawą życiową, jaką przyjmowali Polacy, łącząc się przeciwko reżimowi łamiącemu podstawowe prawa człowieka”, s. 3). Niepokoją mnie te odwołania. Boję się, że za wzniosłą retoryką kryje się zdecydowanie mniej wzniosła rzeczywistość: nie wiadomo, o jaką solidarność, jaki rozwój i jaką wolność chodzi. Czyżby solidarność we wdrażaniu neoliberalnych reform na wzór polski, których doświadczeniami (ale czy wszystkimi?) tak skłonni jesteśmy – sądząc po oficjalnych deklaracjach – się dzielić? Rozwój zmierzający do wprowadzenia wolnego rynku, uprzywilejowującego silniejszych? Wolność do walki o przetrwanie w sytuacji gwałtownie rosnącego rozwarstwienia społecznego i do konkurowania o dostęp do coraz bardziej ograniczonych dóbr? Jeśli polska droga reform ma być modelem przemian dla państw, do których trafia nasza pomoc (niezupełnie) rozwojowa, tego można się spodziewać. Tylko co stanie się z szumnymi ideałami przestrzegania praw człowieka, w tym praw kobiet i praw socjalnych, oraz poprawy sytuacji życiowej najuboższych?

Autor: 
Gawlicz Katarzyna