Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

O tym, jak korporacja stała się osobą

Dzisiejszy świat nie jest taki, jakim się nam wydaje. Wokół nas dzieje się wiele dziwnych rzeczy, których do końca nie rozumiemy. Bardzo często jest tak, że w ogóle ich nie rozumiemy, a jednak wywierają one bardzo silny wpływ na nasze życie. Wtedy naszym naczelnym zadaniem jest poznać te rzeczy, ich funkcjonowanie i możliwości. I jeśli przypadkiem mamy dostęp do jakiegoś niezależnego źródła informacji, dowiadujemy się, co jest grane. Jednak każdy proces poznawczy powinniśmy zacząć od przestudiowania historii obiektu poznawanego (u starożytnych słowo „historia” oznaczała po prostu badanie). Moim obiektem jest nam bardzo dobrze znana, choć niekoniecznie, korporacja. Ten, jak pisał Ted Nace w swojej książce pt. Gangi Ameryki, „uporczywie dynamiczny byt” ma bardzo bogatą i zaskakującą historię i pomimo tego, że ciągle dostosowuje się do otoczenia i modyfikuje swoją formę, to korzeni już nie zmieni. Dlatego bardzo ważne jest dociekanie istoty rzeczy z historycznego punktu widzenia. Aby czemuś przeciwdziałać najpierw trzeba poznać fundamenty tego czegoś, aby później być pewnym całej reszty. Pragnę skoncentrować się na pewnym przełomowym momencie, w którym korporacje uzyskały prawo bycia osobą.

Druga połowa XIX w. w Ameryce była okresem niebywałego rozkwitu gospodarczego tego kraju. Do 1889 r. większość stanów należała już do Unii. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zaczęły nabierać kształtu znanego nam dzisiaj. Po opanowaniu kryzysu z lat 1861-1865, związanego z likwidacją niewolnictwa, a był to jak dotąd największy kryzys w historii tego kraju, rozpoczął się czas tzw. rekonstrukcji, czyli odbudowy kraju. Była ona bardzo potrzebna, ponieważ niemalże całe Południe było zdewastowane wskutek wojny secesyjnej. Na północy natomiast, przemysł wzmocniony wysiłkiem wojennym, miał się bardzo dobrze. To właśnie wtedy takie osoby, jak John D. Rockefeller, J. Pierpont Morgan czy Andrew Carneige, zbijały swe nieziemskie fortuny.

Czas ten miał też swoją drugą ciemniejszą stronę. Tysiące robotników z Europy i z innych części świata przybywało do Stanów niemal codziennie, by w końcu w akcie rozpaczy podjąć się jakiejkolwiek, najczęściej bardzo marnie opłacanej pracy. Spotykali się oni z nieprzyjaznym i represyjnym traktowaniem ze strony pracodawców wykorzystujących ludzi, pozbawionych jakiejkolwiek alternatywy na lepsze życie. W 1871 r. spora grupa Chińczyków pracujących przy budowie kolei padła ofiarą zamieszek na tle rasowym, a w 1882 r. Kongres wydał postanowienie wstrzymujące dalszą imigrację Chińczyków. Po kryzysie z 1877 r. nasiliła się działalność ruchu robotniczego. Strajki spowodowane obniżką płac rozprzestrzeniły się na cały kraj. W 1892 r. należącej do Carneige’a stalowni w Homestead robotnicy zostali pobici przez policję, a w dwa lata później prezydent Grover Cleveland wysłał wojsko do stłumienia strajku pracowników na kolei w Chicago.

W takiej mniej więcej atmosferze owych czasów rozgrywał się jeden z najważniejszych procesów sądowych świata. Mianowicie w 1886 r. w waszyngtońskim gmachu Sądu Najwyższego, w dusznej i zatęchłej sali sądowej, sędzia prowadzący sprawę Hrabstwo Santa Clara kontra Kolej Południowego Wybrzeża Pacyfiku, Morrison Waite, ku zdumieniu wszystkich obecnych (nie wszystkich jak się wkrótce miało okazać) miał ogłosić jeszcze przed rozpoczęciem rozprawy:

Sąd nie życzy sobie wysłuchiwać sporu na temat tego, czy zastrzeżenie Czternastej Poprawki do Konstytucji, które zakazuje państwu odmawiania jakiejkolwiek osobie pozostającej w granicach jego jurysdykcji równej ochrony praw, znajduje zastosowanie do tych korporacji. Zgodnie z opinią nas wszystkich — znajduje. [podkreślenia autora]

Trzeba wyjaśnić, że Czternasta Poprawka jest jedną z poprawek wniesionych do konstytucji amerykańskiej zaraz po wojnie domowej. Miały one zagwarantować prawa wyzwolonym niewolnikom, którzy, szczególnie na Południu, zostali bez pracy i środków do życia. Pierwszych dziesięć poprawek to tzw. Amerykańska Deklaracja Praw Człowieka. Były one redagowane przez Ojców Narodu Amerykańskiego, czyli cynicznych polityków, którzy wykorzystali sytuację, aby zawrzeć w nich wiele korzystnych dla siebie zapisów. Zaraz po wojnie spisano XIII poprawkę (1865), która zniosła niewolnictwo, a w 1868 i 1869 roku powstały XIV i XV poprawka, która dała murzynom prawa wyborcze.

Pozwolę sobie przytoczyć treść XIV poprawki, która to stała się kartą przetargową w tym pożałowania godnym procesie:

Wszystkie osoby urodzone lub naturalizowane w Stanach Zjednoczonych i tym samym podlegające ich jurysdykcji, są obywatelami Stanów Zjednoczonych i stanu, w którym mieszkają. Żaden stan nie stanowi i nie wprowadza jakiejkolwiek ustawy, która by ograniczała przywileje i immunitety obywateli Stanów Zjednoczonych; żaden też stan nie pozbawia nikogo życia, wolności czy własności bez właściwej procedury prawnej ani nie pozbawia kogokolwiek znajdującego się w zasięgu jego jurysdykcji równej ochrony prawa. [podkreślenie autora]

Sprawa Santa Clara kontra... ściśle łączy się z postanowieniami tej poprawki. W stanie Kalifornia podatki nakładane na działalność korporacji były znacznie wyższe niż te dotyczące spółek partnerskich lub rodzinnych albo też innej osobistej własności czy działalności gospodarczej. Wynikało to zarówno z prawa stanu, jak i z zapisów zawieranych w koncesjach korporacyjnych, spisywanych w momencie powołania korporacji do życia. Zadaniem tej koncesji było kontrolowanie danej spółki przez lokalne władze, a ona sama miała wykonać powierzone jej zadania, po czym następowała likwidacja. Z czasem spółki stawały się coraz silniejsze i bardziej niezależne. Władza miała coraz większe problemy z kontrolowaniem korporacji, zwłaszcza że ich przedstawiciele zasiadali w lokalnych zgromadzeniach ustawodawczych. Te problemy nasiliły się jeszcze bardziej po wyroku w takich sprawach, jak Charleston R. R. Company kontra Letson (1844 r.; korporacje uzyskują wgląd do uchwał władz lokalnych pod kątem zgodności z konstytucją), Dartmouth College kontra Woodward (1819 r.; sprawa, która rozpoczęła cały proces uniezależniania się od stanowych legislatur) czy też właśnie omawianej sprawy z Kalifornii.

Otóż Koleje Południowego Pacyfiku nie godziły się na wysokość uiszczanych roszczeń na rzecz państwa. Wniosły sprawę do sądu, a ten stanął po ich stronie. Jednakże w orzeczeniu z tej sprawy sąd koncentruje się tylko i wyłącznie na argumentach czysto technicznych, jakby pomijając tę część dyskusji, w której to korporacja zostaje uznana za osobę. Trzeba zaznaczyć, że w Stanach Zjednoczonych system wdrażania prawa jest nieco odmienny niż w innych krajach. W Europie np. prawo wchodzi w życie wraz z ustawami uchwalanymi przez ciało ustawodawcze. Później prawo to stosowane jest przez sądy. W Ameryce jednak sporą część wprowadzania prawa w życie wykonują same sądy przy pomocy precedensów. Moc tworzenia precedensu ma orzeczenie sądowe. Ale jak to postanowienie o uznaniu spółki handlowej za osobę mogło wejść w życie, skoro w orzeczeniu nie było o nim mowy? Prześledźmy działania Sądu Najwyższego.

W sprawie orzekał wyżej wspomniany sędzia Morrison Waite. To, co wyrzekł przed rozpoczęciem rozprawy jest zadziwiające. Wszystko wskazuje na to, że był święcie przekonany o tym, że poprawka była zredagowana nie tylko z myślą o byłych niewolnikach, ale i z myślą o korporacjach. Być może był przekupiony. Ale na to nie ma żadnych dowodów. Zresztą nie można powiedzieć o nim, że był korporacyjną marionetką (w przeciwieństwie do Busha), czego historycy są pewni (na podstawie jego listów do żony). Jednak nie tłumaczy to tego, dlaczego myślał w ten sposób. Dość, że uznał on domniemane zamysły autorów poprawki za prawdziwe, ale tylko ustnie... Sprzeciwił się wpisaniu stwierdzenia „znajduje” do orzeczenia, nie chcąc tworzyć brzemiennego w skutki precedensu. Ted Nace twierdzi, że był po prostu starym zmęczonym życiem człowiekiem chcącym tylko dożyć emerytury. Hm...

Pan Waite nie mógł sam, tak po prostu, uznać korporacji za osobę, a później prowadzić proces sądowy zgodnie z tym postanowieniem. To absurd! Komuś musiało bardzo zależeć na tym, żeby sędzia Waite miał myśleć, że Czternasta Poprawka dotyczy również korporacji.

Na sali obecny był również protokolant (jak to zwykle bywa na rozprawach...). Nie był to jednak zwykły półgłuchy starzec beznamiętnie spisujący wszystko jak leci. J. C. Bankroft Davies — można o nim powiedzieć, że ambicją mógłby dorównać niejednemu prawnikowi będącemu na rozprawie (może dlatego, że sam był prawnikiem?). To właśnie dzięki niemu sprawa ta od zawsze wydawała się być niejasna i enigmatyczna. Otóż Davies przed tym jak został protokolantem w Sądzie Najwyższym, piastował ważne i wysokie funkcje w administracjach dwóch prezydentów oraz — co mogło okazać się kluczowe, jeśli chodzi o motywy jego działania — był prezesem rady nadzorczej Spółki Kolejowej Newburgh i Nowy Jork. Jednakże nie znamy jego dokładnych zapatrywań politycznych, chociaż w pewien sposób mogła wpłynąć na niego znajomość z Karolem Marksem. Bardzo ciekawa postać. W moim odczuciu pełna sprzeczności.

Czego zatem dokonał ów intrygujący protokolant?

W roku 1960 dwóch amerykańskich historyków odkryło dokumenty świadczące o ożywionej korespondencji pomiędzy Davies’em a sędzią Waite’m. W tych listach Davies pytał się o zgodność treści jego notatki wstępnej, zawierającej słynną wypowiedź Waita „znajduje” z początku rozprawy, z tym, co rzeczywiście powiedział sędzia główny. Waite odpisał, że nie ma zastrzeżeń co do relacji sporządzonej przez protokolanta. Jednakże zdaniem badaczy tej sprawy Bankroft nieco wyolbrzymił tę wypowiedź umieszczając ją w protokole z procesu we wstępie do orzeczenia głównego. Spowodowało to, że inni sędziowie zaczęli powoływać się na to stwierdzenie jako na precedens pomijając fakt, że nie zawierało się w samym orzeczeniu. Jeszcze w tym samym 1886 roku w innej sprawie (Philadelphia Fire Association kontra stan Nowy Jork) powołano się na nią, jakoby korporacja miała własną osobowość. W ten sposób decyzja Waite’a doczekała się uprawomocnienia legislacyjnego. Zdarzenie to otworzyło ogromne pole manewru przed rosnącymi w siłę wielkimi przedsiębiorstwami.

Jednakże pozostała jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia związana z J. C. Bankroftem. Jaki był status sporządzonej przez niego notki wstępnej w tamtych czasach. Według historyka Sądu Najwyższego, Davida M. O’Briena, status notki wstępnej został określony w sprawie Stany Zjednoczone kontra Detroit Lumber Co. z 1905 r., w której to sąd orzekł, że notki wstępne nie są częścią orzeczenia. Z tego wynika, że w 1886 r. status tego typu notatki protokolanckiej nie był jeszcze dokładnie ustalony. Dało to Daviesowi możliwość swobodnego operowania zawartymi w niej treściami i oznacza to też, że był on współodpowiedzialny za zaistniałą wtedy sytuację, której efekty odczuwamy do dziś. Jak dotychczas nie wyjaśniono motywów, jakimi się kierował. Może kręcił coś na własną rękę. Może współpracował z jakimiś kompaniami kolejowymi. A może po prostu pomagał na sali sądowej dwóm innym aktorom tego ponurego spektaklu.

Roscoe Conkling i Stephen Field, dwaj starzy wyjadacze sądowi, którzy poświęcili swe kariery lobbowaniu, wszędzie gdzie tylko się da, na rzecz „doktryny osobowości”. Szczególnie ten drugi, S. Field był mocno powiązany ze spółkami kolejowymi. Zanim jednak doszedł do stołka w Sądzie Najwyższym jego kariera przebiegała bardzo burzliwie. T. Nace opisuje ją tak: „Konfrontacje z pałającym rządzą linczu motłochem, osobiste spory stawiane na ostrzu noża, sceny sądowe z dobywaniem pistoletów, długi spłacane złotym piaskiem, wybory wygrywane za cenę whisky i cygar. Zmiennemu w nastrojach i apodyktycznemu Fieldowi łatwiej przychodziło wdawać się w bójki niż rozwiązywać konflikty” — nie był to bynajmniej ideał temperamentu sędziowskiego. Na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego w Kalifornii mianował go Leland Stanford (późniejszy założyciel Uniwersytetu Stanforda), jeden ze współzałożycieli Kolei Południowego Wybrzeża Pacyfiku. Nie muszę chyba dodawać, co to oznacza. Okazuje się, że nie tylko w dzisiejszych czasach ludzie na odpowiedzialnych stanowiskach byli poplecznikami wielkich korporacji. Również wtedy zjawisko to było powszechne. Zawsze tam gdzie pojawiają się duże pieniądze, aż roi się od chciwych cyników.

Jednakże Field, jak oceniają historycy, wcale nie był aż tak bogaty, jak mogłoby się wydawać. Jego stan posiadania był w porównaniu do innych kolejowych magnatów znikomy. Dlaczego? A dlatego, że pan Field nie „lobbował” tylko dla pieniędzy. Był on jednym z promotorów doktryny darwinizmu społecznego obowiązującej w tym okresie w sądach amerykańskich. Swe przekonania, jak zresztą większość białych mężczyzn z wyższych sfer, wyniósł z domu rodzinnego. To bardzo ważne, aby zaznaczyć, że nie tylko żądza pieniądza kierowała poczynaniami ludzi pokroju Fielda i Conklinga, ale również brutalne i cyniczne przeświadczenie o przewodniej roli najsilniejszego elementu w społeczeństwie. Taki stan rzeczy z pewnością przyczynił się do determinacji, z jaką ci osobnicy dążyli do swego celu: wzmocnienie i uwolnienie potencjału, już i tak, „silnego”. Oczywiście miała służyć temu polityka poddania korporacji działaniu czternastej poprawki.

Pomysł S. Fielda o nadaniu korporacji statusu osoby opierał się na nieco innym założeniu niż wynikło to ze sprawy Santa Clara kontra... Politykę osobowości korporacyjnej rozumiał on jako promowanie praw osobowościowych samych akcjonariuszy zrzeszonych w strukturach spółki. Podczas gdy inni utrzymywali, że korporacja jest osobą i kropka, Field stwierdził jednoznacznie, że to akcjonariusze nadają spółce handlowej osobowościowy charakter. Nie był w stanie zrozumieć tego, jak niby to zapisy konstytucjonalne miałyby zapewnić sztucznemu i bezdusznemu tworowi personifikację w obliczu prawa. Jak się jednak miało okazać, rzeczywistość była bardziej irracjonalna niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Drugim wcześniej wspomnianym prawnikiem „doktryny osobowości” był Roscoe Conkling, uważany przez historyków za głównego winowajcę całego tego „nieporozumienia”. W trakcie swojej kariery był kongresmanem i senatorem, przywódcą Partii Republikańskiej (no bo przecież nie Demokratycznej) w Nowym Jorku, gdzie znany był jako „wielki egoista, nienawistnik i cynik z marnego Senatu”. Pełen pogardy i wyniosłości w stosunku do otaczającego go świata. Przodownik społecznego darwinizmu. To właśnie on sprawił, że prowadzący rozprawę sędzia Waite od początku twierdził, że korporacje miały być włączone do konstytucji (w powojennych poprawkach) jako osoby przez autorów Rekonstrukcji piszących ten dokument. Dokonał tego za pomocą prostego fałszerstwa.

W 1968 r. amerykański historyk o radykalnych poglądach Howard Graham opublikował swoją książkę pt. Everyman’s Constitution. Zawarł w niej dokładny opis tamtych zdarzeń. Po pierwsze, Conkling wraz z grupą innych prokorporacyjnych prawników delikatnie zmienił oryginalne szkice XIV Poprawki. Kilkukrotnie zmieniał w tych szkicach słowa „obywatel” i „osoba”. Spreparowane projekty poprawki miały być dowodem niezdecydowania jej autorów. Po drugie dowodził na ich podstawie przed sądem, że Połączona Komisja ds. Rekonstrukcji wahała się kilkukrotnie nad tym czy zastosować słowo „obywatel” czy „osoba”. Amerykańscy historycy twierdzą zaś, że takich wątpliwości w momencie tworzenia dokumentu nie było. Desygnatem pierwszej możliwości byłaby zdecydowanie tylko istota ludzka. Natomiast „osoba” dawałaby prawnikom opcję znacznie szerszej interpretacji. Na tej podstawie Conkling dowodził, że autorzy dokumentu z premedytacją chcieli włączyć korporacje do obszaru, który obejmowałaby poprawka, gdyż wybrali ostatecznie słowo „osoba”. Twierdził on, że „obywatel” został zastąpiony przez Komisję „osobą” rozmyślnie i że jej intencją była konstytucyjna ochrona spółek handlowych na równi z innymi, żywymi osobami. Skoro tak, to sędzia Waite, praworządny i rzetelny do bólu człowiek, nie miał innego wyboru, jak tylko uznać argumentację Conklinga.

I w ten oto sposób osobowość korporacji, uznana już wcześniej ze względu 1) na osoby udziałowców (wg Fielda), 2) doktrynę ograniczonej odpowiedzialności ukazującą korporację jako niezależny od akcjonariuszy byt oraz 3) początki „rewolucji menedżerów”, czyli odpowiedzialności powierniczej, została oficjalnie i w świetle prawa usankcjonowana. To z pozoru mało ważne wydarzenie umożliwiło wielkim spółkom handlowym korzystanie nie tylko z XIV Poprawki, ale i z wielu innych konstytucyjnych zapisów (pierwotnie przeznaczonych dla ludzi), w których pojawia się słowo osoba. Brzemienność w nieprzewidziane skutki tego faktu jest chyba oczywista.

Podsumowując całą tą sprawę, można powiedzieć, że korporacje zostały wyposażone w wielki arsenał konstytucyjnych zapisów, dlatego że na sali sądowej był sędzia uznający prokorporacyjne tezy ustnie, ale przeciwstawiający się wpisaniu ich do oficjalnego orzeczenia mającego moc tworzenia precedensu. Stąd orzeczenie pełne technicznych i o niczym nie świadczących stwierdzeń dotyczących płotów i ziemi. Był tam protokolant powiązany korporacyjnymi interesami, próbujący wywiązać się ze swych zobowiązań, pakując na siłę zdanie „o osobowości” możliwie najbliżej orzeczenia, byleby tylko można było w przyszłości skorzystać z nieprecyzyjnych przepisów sądowych. Był tam cyniczny prawnik, którego na drogę korporacyjnej służalczości sprowadziły jego własne obskuranckie przekonania. I wreszcie był tam zdeprawowany oszust, który w swej bezgranicznej chciwości fałszował, oszukiwał i kłamał, aby utożsamić spółkę handlową z istotą żywą, której przysługują elementarne i niezbywalne prawa zawarte w konstytucji.

Cała ta koincydencja dziwnych zdarzeń doprowadziła do wytworzenia się osoby fizycznej i osoby prawnej.

Opisując to bezprecedensowe (dosłownie) wydarzenie chciałem zwrócić szczególną uwagę na to, że instytucja, która w dzisiejszym świecie ma na nas tak przemożny wpływ, zawdzięcza swą potęgę prawu powstałemu w wyniku oszustwa sądowego. Powiem inaczej: w dużej części to właśnie to prawo umożliwiło korporacjom osiągnięcie dzisiejszego statusu. Wszechobecność, bogactwo, duży wpływ na politykę, umiejętność akomodacji do każdych niemalże warunków i, co najważniejsze, wyzbycie się swych mechanizmów „sumienia” oraz swoboda korporacyjnej woli są efektami sfałszowania prawdy historycznej. Powstały dzięki temu pewien rodzaj organizacji wewnątrz spółek handlowych umożliwił wykształcenie powierniczej odpowiedzialności nakładanej na menedżerów przez akcjonariuszy. Jak wiadomo taka odpowiedzialność rządzi się własnymi prawami. Co za tym idzie, człowiek, który zarządza firmą, musi robić to w sposób zgodny z oczekiwaniami akcjonariuszy. Odpowiedzialność akcjonariuszy jest natomiast zbiorowa. Jeżeli wszyscy są odpowiedzialni to nikt nie jest. Takie myślenie wzmagane było jeszcze przez prawną doktrynę „ograniczonej odpowiedzialności”, mającą chronić akcjonariuszy przed ryzykiem. W rzeczywistości to ryzyko przesunięte zostało na ogół społeczeństwa. Do lat 60-tych XIX w. doktryna ta była blokowana, ale później, zwłaszcza po rozstrzygnięciu procesu Santa Clara kontra... udało jej się przebić w Sądzie Najwyższym i stała się obowiązująca w prawie. Od tego czasu menedżer zarządza wielką spółką, często wbrew swoim przekonaniom i wartościom moralnym, a jedynym jego zadaniem jest maksymalizacja zysków i zadowolenie akcjonariatu.

Wydaje się, że w przyszłości rola korporacji tylko się wzmocni. Jest to bardzo prawdopodobne z jeszcze jednego względu. Wielkie firmy tworzą wielkie koncerny, a te z kolei grupy kapitałowe. Jest to forma ustroju znanego pod nazwą federalizmu. W moim przekonaniu, jak na razie, najlepszego i najskuteczniejszego ustroju. Pozwala on na utrzymanie odmienności jak i zarazem zapewnia formę integracji. Jednakże federalizm ten ma dwie niepokojące cechy: 1) jak w każdym innym systemie tego typu oparty jest on na demokracji, ale demokracja korporacyjna stawia znak równości pomiędzy pieniądzem i słowem (im więcej akcji w posiadaniu podmiotu tym większa moc oddanego przez niego głosu), co może stać się przyczyną dyktatury bogatszych; 2) federacja wielkiego biznesu jest nie pozioma, lecz pionowa i ściśle zhierarchizowana. Wynika to zarówno z poprzedniej cechy jak i ze zwykłej potrzeby akumulacji kapitału.

Nie chcę stawiać tezy, że korporacje to największe zło dzisiejszych czasów, jakie mogło nas spotkać, bo już nie raz okazywały się one dla nas korzystne, np. system korporacyjny w powojennej Portugalii (cokolwiek wymagający jeszcze pewnych udoskonaleń) czy też użyteczność publiczna koncesjonowanych korporacji w przedsecesyjnej Ameryce. Być może w przyszłości uda nam się porozumieć z tymi „uporczywie dynamicznymi bytami” lub też wyeliminujemy je z naszego życia (hipoteza znacznie mniej prawdopodobna), ale póki co, jeśli nie chcemy podzielić losu pracowników stalowni Homestead czy też XIX-wiecznych budowniczych kolei w Chicago i nie chcemy stać się bezmyślnymi, wyzyskiwanymi robotami, musimy podjąć pewną sensowną formę oporu. Oporu, który jak wielu uważa, już tli się na naszej błękitnej planecie od pewnego czasu. Ale co z niego wyniknie i jakie będą jego dalekosiężne skutki, nie wiemy i nie jesteśmy w stanie ocenić. Wiemy natomiast, że i tak w swoim czasie, prędzej czy później zrobi to za nas historia.

Wszystkich zainteresowanych odsyłam do książki pt. Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja.

Autor: 
Imburski Jarosław