Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Neoliberalny mit wolnego handlu

Jeśli istnieje jedna rzecz, co do której byliby zgodni wszyscy przywódcy G8, to są to zalety wolnego handlu. Handel ma status ikony. Przykazania wolnego rynku są tak samo ważne jak te, które Mojżesz otrzymał na górze Synaj i przyzwoici, prawomyślni ludzie nie powinni ich kwestionować. Pierwszą rzeczą, jaką należy zrozumieć na temat debaty o wolnym rynku to to, że dla G8 i innych neoliberałów taka debata nie istnieje. Nie debatuje się nad sprawami kanonicznej doktryny i religijnych wierzeń.

Jeżeli my, zaangażowani w ruch alterglobalistyczny, mamy nadzieję rzucić wyzwanie dogmatowi wolnego rynku, musimy nie tylko stawić czoła tym sztywnym założeniom, lecz także odświeżyć niezwykle krótką pamięć najbardziej zaciekłych dzisiaj adwokatów wolnego rynku. Wszystkie bez wyjątku kraje G8 zbudowały swą obecną siłę gospodarczą za wysokim murem taryf celnych, wyraźnego protekcjonizmu i interwencji rządowych – czyli polityki potępianej przez te same kraje, które wcześniej entuzjastycznie ją stosowały, aby osiągnąć swój dzisiejszy stan zamożności. Te kraje mają nadzieję utrzymać korzystne dla siebie reguły wymiany, ponieważ gra idzie o wysoką stawkę. Międzynarodowy handel to dziś suma rzędu ponad dziewięciu bilionów dolarów rocznie (dokładnie 9100 000 000 000 dolarów).

Protekcjonizm bogatych

W XIX wieku i dużej części XX Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i inne kraje europejskie chroniły swój raczkujący przemysł przed konkurencją stosując taryfy celne rutynowo przekraczające 50, a nawet 100%. Japonia, aby trzymać konkurentów na odległość, wciąż stosuje taryfy plus skomplikowaną mieszankę reguł protekcjonistycznych. Później Południowa Korea i inne azjatyckie tygrysy wprowadziły bariery i ukierunkowały wydatki rządowe na wybrane sektory przemysłowe. Nie, nie, bardzo dziękujemy, nie trzeba nam tych neoliberalnych nonsensów typu: „otwórzcie granice” czy „rynek sam się reguluje”.

WTO pilnuje, żeby strategia konsekwentnie wykorzystywana przez wygranych nie była dostępna dla krajów, które jeszcze nie przybyły do mety. Mówi im się, żeby szukały korzyści komparatywnych; żeby produkowały, to co najlepiej potrafią, a potem wymieniali się tymi towarami z innymi krajami na to, czego same nie umieją tak dobrze wyprodukować.

Wielu entuzjastów wolnego rynku nie zauważyło, że (...) rozwinięta technologia pozwala wielu krajom produkować dokładnie takie same towary. Ich konkurencyjna przewaga często polega jedynie na taniej i posłusznej sile roboczej oraz szkodliwych dla środowiska metodach produkcji.

Kraje G8, bez wyjątku adwokaci wolnego handlu, stawiają bariery przed produktami przetworzonymi, żeby zachować kontrolę nad bardziej intratną działalnością, o wyższej „wartości dodanej”, np. nad produkcją czekolady z ziarna kakao. Indie przetwarzają tylko 1% uprawianej u siebie żywności, natomiast Stany Zjednoczone przetwarzają 70% własnej żywności. Cła w bogatych krajach na przetworzoną żywność są przynajmniej dwukrotnie wyższe od tych stosowanych na żywność importowaną, która wcale albo w niewielkim stopniu została przetworzona.

Bogate kraje, przeważnie członkowie grupy G8, utrzymują także sztucznie niskie ceny na światowe produkty rolnicze przez zalewanie międzynarodowych rynków dotowaną żywnością. Rządy Stanów Zjednoczonych i krajów europejskich pomagają swym rolnikom skomplikowanymi systemami dopłat i kompensują im różnicę między cenami światowymi a prawdziwymi kosztami produkcji. Inaczej mówiąc pozwala się producentom z Północy podkupować sztucznie zaniżonymi cenami producentów z biednych krajów. W rezultacie 300 miliardów dolarów rocznych dopłat dla rolników z Północy zdziesiątkowało hodowców z Trzeciego Świata.

Nie ma możliwości, aby campesino z Meksyku mógł konkurować z wielkimi, zmechanizowanymi i dotowanymi przez rząd amerykańskimi producentami kukurydzy; senegalski hodowca bawełny czy fistaszków – z bogatymi sąsiadami Jimmy’ego Cartera w Georgii; producenci trzciny cukrowej z Azji i Karaibów – ze zmechanizowanymi, dotowanymi producentami cukru z buraka cukrowego w Europie. Przykładowo: podatek importowy na cukier wynosi 151% w Stanach Zjednoczonych, 176% w Europie i 278% w Japonii. Na skutek takiej polityki miliony rolników w krajach Trzeciego Świata musiało sprzedać swoje gospodarstwa i szukać niepewnej przyszłości w miastach, bez żadnej gwarancji zatrudnienia.

Względnie proste dziedziny produkcji tkanin, ubrań czy towarów skórzanych, gdzie biedne kraje mogłyby znaleźć przewagę komparatywną, są właśnie tymi, w których obowiązują najwyższe cła i najskromniejsze kwoty narzuco ne przez bogate kraje. Podczas negocjacji WTO w latach dziewięćdziesiątych UE i USA obiecały usunąć jedną trzecią ograniczeń w kwotach tkanin do 2001 r. i pozostałych produktów do 2005 r. Na początku „rundy Doha” negocjacji WTO, pod koniec 2002 roku, usunęły odpowiednio 5 i 6%. Niech żyje wolny handel!

Pułapka zadłużenia

Tragiczny los producentów surowców i nieskomplikowanych towarów pogarsza także dług Trzeciego Świata i zasady „strukturalnego dostosowania” Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Aby otrzymać pożyczkę z jakiegokolwiek źródła kraje zadłużone muszą przestrzegać reguł MFW. Na samej górze listy jest zobowiązanie do ukierunkowania gospodarki na produkcję eksportową, ponieważ jest to jedyny sposób zarabiania pieniędzy na spłatę długów. Dziesiątki zadłużonych krajów produkują wręcz zbyt dużo tych samych towarów z wąskiego asortymentu i w efekcie, którego można się było spodziewać, ceny spadają. Wyliczenia MFW pokazują, że w porównaniu z rokiem 1995 producenci nieprzetworzonej żywności stracili w 2003 r. dalsze 12% dochodów, a producenci metali – 13%. Wyliczenia Banku Światowego, obejmujące więcej lat, pokazują, że od roku 1980 – kiedy zaczął się kryzys związany z zadłużeniem – dochody z produkcji wszystkich towarów nie energetycznych spadły o połowę (a producentów napojów o dwie trzecie).

MFW obiecał wprawdzie dłużnikom różową przyszłość, o ile będą się trzymać surowego reżimu oszczędnościowego, rzeczywistość okazała się jednak inna. Dla 49 najbiedniejszych krajów, zamieszkanych przez 10% ludności świata, udział w handlu od 1980 r. spadł o 40%. Według danych Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju ( UNCTAD) najbiedniejsze kraje uczestniczą w wymianie dóbr na świecie zaledwie w 0,4%. Jeśli zaś chodzi o całą grupę tak zwanych krajów rozwijających się, UNCTAD szacuje, że przez nieuczciwe praktyki handlowe tracą codziennie prawie 2 miliardy dolarów. Rocznie jest to około czternastu razy więcej niż wynosi suma przeznaczona dla tych krajów na pomoc rozwojową.

Czyli „wolny handel” wyraźnie nie pomaga biednym, jak twierdzą jego obrońcy, i w rzeczywistości wcale nie jest „wolny”. Można także twierdzić, że nie jest to nawet „handel” – przynajmniej nie w takim sensie, jak większość ludzi rozumie to pojęcie.

Przynajmniej jedna trzecia tzw. handlu światowego (w Stanach Zjednoczonych ponad 40%) nie jest faktycznym „handlem”, lecz wewnątrz-firmową wymianą – np. fabryka Forda czy IBM otrzymuje części z fabryk forda i IBM z innych krajów, a później przesyła skończony produkt do jeszcze innych filii forda i IBM. Kolejna jedna trzecia światowego handlu odbywa się między różnymi firmami ponadnarodowymi. Te kolosy przytłaczają handel lokalnych czy narodowych firm do tego stopnia, że dziś transakcje pięciuset największych ponadnarodowych korporacji to prawie 70% światowego handlu.

Jak „uwalniano” handel

W wyniku długich lat rozmów 1 stycznia 1995 r. narodziła się WTO. Już nie chodziło tylko o rozmowy na temat obniżania ceł na wyprodukowane towary. WTO stała się nadzorcą serii bardzo szczegółowych umów dotyczących, m.in., usług, rolnictwa, własności intelektualnej, a także pozornie technicznych, a w rzeczywistości politycznych kwestii, jak handel barierami technicznymi czy ustawami sanitarnymi i fitosanitarnymi. Wieńczącym negocjacje sukcesem było powołanie bardzo ważnego Organu Rozstrzygania Sporów (Dispute Resolution Body – DRB), czegoś w rodzaju sądu najwyższego, dzięki czemu WTO stała się naprawdę skuteczna.

Porozumienie w sprawie Handlowych Aspektów Praw Własności Intelektualnej (TRIPS) przedłużało patent ochrony dla ponadnarodowych korporacji z siedmiu lub ośmiu lat w większości rozwijających się krajów do dwudziestu lat na całym świecie. Pod taką ochroną nagle okazało się, że przed upływem dwudziestu lat produkcja np. lekarstw generyków jest wbrew prawu WTO dla wszystkich oprócz właścicieli patentu. Technologiczne transfery praktycznie wstrzymano.

Co więcej, biedne kraje musiały się zgodzić na import 5% każdego rodzaju żywności konsumowanej przez swoich mieszkańców, nawet jeżeli dany kraj był w tej produkcji samowystarczający, np. zboża, kukurydzy i ryżu. Ta zasada pozwoliła właścicielom dużych ferm na podkupowanie i rujnowanie lokalnych producentów.

Wady członkostwa dotyczą nie tylko Południa i dużo kosztują także zwykłych ludzi na Północy. W krajach uprzemysłowionych najwięcej tracimy na celowo zaniżonych standardach ekologicznych i na przenoszeniu produkcji do krajów z tanią siłą roboczą, zwłaszcza do Chin. GATS (Układ Ogólny w sprawie Handlu Usługami) jest bardzo niebezpieczny, ponieważ dotyczy wszystkich usług sektora publicznego oprócz policji, wojska i sądownictwa. Układ ten zasadniczo zmienia pojęcie regulacji „handlowych”, które większość ludzi rozumie jako kontrolę na granicach danego kraju i traktowanie towarów w punkcie celnym. Już nie.

Teraz prawo „handlowe” zezwala na wtrącanie się w wewnętrzne sprawy kraju z zewnątrz. Trybunał WTO ma prawo określać, jakie narodowe wymagania kwalifikacyjne i techniczne lub standardy zdrowotne są „niezbędne”, a które są ukrytymi barierami handlowymi. Decyzje trybunału mogą dotyczyć rządów państwowych, a także samorządów lokalnych i regionalnych, a nie uwzględnienie jego werdyktu oznacza nałożenie sankcji na produkty danego kraju. GATS może inicjować prawny sprzeciw wobec dotacji (np. dla transportu czy usług komunalnych); ponadto zwiększa konkurencję między prywatnymi a państwowymi szkołami i zakładami opieki zdrowotnej, a z czasem otworzy proces nabywania usług w zagranicznych firmach.

Za każdym razem, kiedy DRB osądza sprawę z ekologicznymi implikacjami, przegrywa środowisko. Jeśli rząd chce bronić opieki zdrowotnej, odmawiając importu danego produktu, musi wykazać przy pomocy naukowych ekspertyz, że jest szkodliwy, natomiast eksporter nie musi udowadniać, że jest nieszkodliwy. W dobrze znanym przypadku DRB ocenił, że UE nie miała prawa zabronić eksportu wołowiny z hormonami, gdyż nie udowodniła, że mięso to jest niebezpieczne dla zdrowia.

Kiedy w obliczu negatywnej opinii publicznej EU podtrzymała swój zakaz, DRB upoważnił Stany Zjednoczone i Kanadę do zastosowania sankcji na wybrane produkty europejskie. Dlatego José Bové, hodowca owiec i producent sera roquefort, stał się międzynarodową gwiazdą po tym, jak razem z przyjaciółmi zniszczył restaurację McDonalda.

DRB potrafi przywołać inne „zasady prawne”, właściwe tylko WTO, które odrzuciłaby większość cywilizowanych ludzi. Np. – zgodnie z zasadami WTO – piłka futbolowa wykonana przez dzieci, które pracują 14 godzin na dobę jest „taka sama” jak piłka uszyta w przyzwoitych warunkach kontrolowanych przez związki zawodowe. Zasady WTO uważają za bezprawne badanie historii towaru, czyli jego „metod i procesów produkcji”, ponieważ nie wolno dyskryminować między „takimi samymi” produktami. Jak do tej pory jednym wyjątkiem poczynionym przez WTO była akceptacja – odwoławcza – zakazu używania azbestu, który na sto procent powoduje raka, chociaż na pierwszej rozprawie DRB upierał się, że azbest jest „taki sam” jak włókno szklane i inne materiały izolacyjne.

Co można zrobić, na Północy czy na Południu, w sprawie organizacji, która tak ewidentnie broni wielkich korporacji przeciwko potrzebom obywateli czy ochronie środowiska? Działacze mają dwie możliwości: fizyczną likwidację WTO lub wpływanie na kraje członkowskie. Pierwsza z tych możliwości została dobrze wykorzystana w Seattle na spotkaniu ministrów w listopadzie 1999 r.

Innym sposobem jest powszechny sprzeciw mający wpłynąć na rządy państw członkowskich. Nietóre organizacje pozarządowe, na przykład ATTAC-Francja, wykorzystały tę strategię w kampanii przeciwko GATS.

Nie mamy wprawdzie gwarancji wygranej, ale wiemy, że „wolny handel” to wolność lisa w kurniku. Obywatelskie ruchy na całym świecie, a zwłaszcza w krajach G8, powinny się przyłączyć do protestów przeciwko istnieniu oranizacji, która istnieje tylko dzięki ponadnarodowym korporacjom i dla ich interesów oraz jest zdeterminowana do egzekwowania „wyścigu do dna”.

Gdy wszystkie kraje usiłują wygrać, zwiększając naciski na siłę roboczą i przyspieszając zagładę planety, gdy rządy oddają coraz więcej spraw sektorowi prywatnemu, jedynym skutkiem będzie nierówność, bieda i regres demokracji. Światowy handel wymaga przepisów, ale nie takich. WTO musi zacząć od początku i następnym razem obywatele muszą być przy tym obecni.

Autor: 
George Susan