Polecamy

Magazyn Iskra

Centrum Informacji Anarchistycznej

Lewica.pl

Indymedia

IBW

WRS

Mamy obecnie 280 tekstów.

Islam a globalizacja

Wraz z podpisem Salmana Rushdiego na dole dokumentu z globalnym oświadczeniem skierowanym przeciwko "islamskiemu terroryzmowi", tuż po nagłośnieniu sprawy duńskich karykatur, wkroczyliśmy w nową epokę, którą można by nazwać "islamem i globanalizacją" - strefę cienia i niepewności, w której tkwimy skazani na łaskę grymaśnej wiedzy na temat potworów przybierających monstrualne kształty, czyli - w naszym przykładzie - "islamu".

"Po wyzwoleniu się z faszyzmu, nazizmu i stalinizmu", oznajmiają Salman Rushdie i jego przyjaciele, "świat znalazł się w obliczu nowego globalnego zagrożenia: islamizmu". Skąd o tym wiemy? Przebiegając wzrokiem po liście nazwisk dwunastu sygnatariuszy, sprzymierzeńców Rushdi'ego, trudno dostrzec tu kogokolwiek, o kim powiedzielibyśmy, że posiada choćby minimum kompetencji, żeby wypowiadać się na temat tego wyimaginowanego goblina, któremu nadaje się tu miano "islamu". Mimo to "islam" jest tu autorytatywnie zdefiniowany jako globalna groźba, tej samej proweniencji, co "faszyzm, nazizm i stalinizm". Świat jest dziś na łasce tego typu oznajmień i wyroczni, Rushdie z pewnością postrzegany jest jako powiernik tego, co Kent dostrzegał i uznawał w Learze - "autorytetu". Ale nikt nie wydaje się zainteresowany tym, o jakiego rodzaju autorytet tu chodzi, na jakich warunkach, kiedy i "kto mu dał moc" rozstrzygania o tych rzeczach.

"My, pisarze, dziennikarze i intelektualiści", oświadcza Salman Rushdie wraz ze swoimi sojusznikami, "wzywamy do oporu przeciwko religijnemu totalitaryzmowi". Oczywiście, mają oni prawo nawoływać do czegokolwiek, ale my również mamy prawo zadać pytanie: kim są ci "pisarze, dziennikarze, intelektualiści", jaką znajomość sprawy i erudycję posiadają, jaką wiedzę i ambicję, żeby mówić nam o tej zjawie, która zatruwa ich błogie sny. I dlaczego my na całym świecie mielibyśmy na poważnie zastanawiać się nad tego typu proklamacjami? Czy "islam", o którym mówią, to religia milionów ludzi na całym świecie czy straszak wymyślony przez gang neokon-artystów? Trudno powiedzieć.

Sprawa karykatur - już przestarzała, biorąc pod uwagę tempo wydarzeń na naszej planecie - może być uznana za prawdopodobnie najlepszy przykład tego, w jaki sposób odpowiednio doprawiony banał może stać się fundamentem wiedzy publicznej, wpływającym na percepcję islamu i uwarunkowań, które go kształtowały i nadal kształtują. Karykatury również mają swoją historię, związaną z przestrzenią, w której znalazły swoją implikację - Europą. Nie ogranicza się ona przecież jedynie do duńskiego dziennika Jyllands-Posten, który zamówił i jako pierwszy opublikował te rysunki. Redaktorzy dzienników i magazynów w całej Europie - zarówno tych drukowanych, jak i elektronicznych, wydawanych w Internecie - z ochotą poszli w ślady swoich kolegów z Danii i sprawili, że karykatury rozeszły się w wielu milionach kopii, prowadząc jednocześnie do zawiązania się specyficznego przymierza. Kolejne incydenty przyczyniały się do coraz większej wściekłości co do sposobu pojmowania i radzenia sobie przez zglobalizowane audytorium - zarówno muzułmańskie, jak i nie-muzułmańskie - z "islamem".

Wybiórczo potraktowane - z odpowiednią, starannie zaprojektowaną ekspozycją - obrazy reakcji muzułmańskiej na europejskie publikacje obrazoburczych rysunków przedstawiały najgorsze z możliwych do uchwycenia przez szkło obiektywu oblicza "muzułmańskości" - kolejne dowody na niemożliwą do zasypania przepaść (której ugruntowaniem od profesjonalnej strony zajmowali się orientaliści pozostający cały czas na usługach swojej kolonialnej nowoczesności) między "islamem a Zachodem": ogolonym, ucywilizowanym, wystrojonym w stosowny garnitur białym stojącym naprzeciw wynędzniałego, sfrustrowanego i zawistnego muzułmanina.

Fakt wściekłości wielu muzułmanów na całym świecie i wybranie przez wielu z nich drogi przemocy to kolejny dowód na błędne odczytanie problemów wewnętrznych Europejczyków czy Amerykanów i potraktowanie ich jako globalne działania skierowane przeciwko nim. Pierwotnym i głównym celem opublikowanych karykatur - przy całym ich anty-muzułmańskim wydźwięku - byli tak naprawdę imigranci zarobkowi pochodzenia muzułmańskiego cierpiący z powodu takiego czy innego rodzaju, odcienia czy formy rasizmu panującego w krajach "goszczących". Podobne nieporozumienie miało miejsce w związku z ogłoszeniem przez Samuela Huntingtona kilkanaście lat temu tezy o muzułmańskiej i islamskiej groźbie dla tego, co niestrudzenie tytułował on "Cywilizacją zachodnią". Również wtedy muzułmanie na całym świecie wzięli sobie prognozy Huntingtona do serca i potraktowali je jako wypowiedzenie wojny, podczas gdy tak naprawdę autor ten, podobnie jak i inni przedstawiciele nurtu neokonserwatywnego pokroju Francisa Fukuyamy czy Alana Blooma, dawał jedynie wyraz swojemu głębokiemu zatroskaniu z powodu olbrzymich zmian demograficznych dokonujących się w Stanach Zjednoczonych. Wieszcząc islamskie zagrożenie dla Zachodu, Huntington i spółka starali się "spacyfikować" arabskie i muzułmańskie masy imigrantów - zarówno tych starych, jak i przybywających obecnie - przez wymóg dostosowania się do lokalnych okoliczności, zarówno pod względem dziedzictwa kulturowego, jak i obowiązującego kodeksu moralnego.

Nie ma wątpliwości co do tego, że bezpośrednim wrogiem duńskich karykaturzystów nie była abstrakcja o nazwie "islam", ale namacalny i widoczny tu i teraz lewiatan, występujący pod postacią wspólnot imigranckich o korzeniach muzułmańskich. Zagadką pozostaje jedynie upór szanowanych publicystów europejskich, kierowanych przez garstkę rasistowskich yuppie-dziennikarzy, do przypominania wszystkim, że stanowią oni prawdziwy dar niebios dla ludzkości, w której nie ma miejsca ani dla Żydów, ani dla muzułmanów - dwóch stron tej samej monety, mającej również swoje "nominały" afrykańskie, azjatyckie czy latynoamerykańskie. Właśnie w podobnych momentach niezwykle doniosłe okazują się wystąpienia osób takich jak "upadły muzułmanin", Salman Rushdie.

W wiodących europejskich środkach masowego przekazu (choć oczywiście nie wszystkie) trwa orgia wykluczania i dziennikarskich czystek etnicznych. Jednak nonszalancję tę trudno wytłumaczyć jedynie przez fakt, że niektórzy Europejczycy, obnoszący się dumnie ze swoim chrześcijaństwem lub, przeciwnie, pewni siebie i niewzruszeni rycerze "świeckości", nie życzą sobie, aby dołączył do nich jakikolwiek Żyd, muzułmanin, Afrykańczyk, Azjata czy Latynos. W wyniku dziwnej ironii losu, historia kolonialna Europy - po wielokrotnym splądrowaniu całego świata - przywiodła z powrotem do domów miliony muzułmanów z Azji i Afryki, wprowadzając w stan paniki wielu białych chrześcijańskich Europejczyków. Postacią wybijającą się wśród tego typu proroków jest Oriana Fallaci, głosząca potrzebę oczyszczenia etnicznego jej Europy. Między Fallaci a Berlusconim dziedzictwo faszyzmu Mussoliniego nie jest historią ani islam Rushdie'go - zamiennikiem.

Przyglądając się temu pojedynkowi - wojujący muzułmanie i rasistowscy Europejczycy skaczący sobie do gardeł - nie można zadać sobie pytania o jego prawdziwe przyczyny. Mamy tu do czynienia z mieszaniną średniowiecznych rytuałów i nowoczesnej wrażliwości, spotęgowanych przez zaciekłość przypominającą zacietrzewienie uczniaków rzucających się na siebie z pięściami. Jeśli ktoś chce, może oczywiście odwoływać się do doktrynalnego zakazu związanego z figuratywnym przedstawianiem postaci w islamie - kwestii dość chwiejnej, biorąc pod uwagę mnóstwo przykładów perskiego, indyjskiego czy tureckiego malarstwa miniaturowego czy osiemnasto- i dziewiętnastowieczny boom na portrety pośród rodzin królewskich w całym świecie muzułmańskim w 18 i 19 wieku.

Pomimo doktrynalnego zakazu, w sztuce islamu znajdziemy całe mnóstwo przykładów malarstwa figuratywnego. Prawo to ulega interesującym przewartościowaniom w przypadku reprezentacji postaci Proroka Muhammada. Warto może poznać kilka faktów na ten temat? Gdy syryjski producent filmowy Moustapha Akkad, który stał się śmiertelną ofiarą fali przemocy mającej miejsce w Ammanie pod koniec ubiegłego roku, kręcił pełnometrażowy obraz opowiadający o życiu Muhammada (The Message, 1976), w trosce o uczucia muzułmanów zdecydował się na rezygnację z pokazywania postaci Proroka, sugerując jedynie jego obecność w momentach, gdy było to potrzebne.

Istnienie zakazu przedstawiania osób nie oznacza, że pobożni muzułmanie z całego świata są pozbawieni możliwości obcowania z wizerunkami świętych osób, w tym ich Proroka. Szczególnie szyici zdają się nie mieć żadnych oporów przed eksponowaniem obrazów z Prorokiem Muhammadem i ich Imamami (malowanymi na Płotnie czy zdobiącymi tkane dywany), handlowaniem nimi na placach targowych Nadżafu, Meszhedy, Komu czy Bejrutu. Wierzący i praktykujący muzułmanie kupują i wieszają je bez oporów w swoich domach i w miejscach publicznych.

Dlaczego zatem, gdy dziennik z Danii publikuje prześmiewcze obrazki Proroka Muhammada lub, jak kiedyś wcześniej, gdy pisarz z Pakistanu w twórczym zapale oczernia najbardziej uświęcone momenty dziejów wspólnoty, do której należy, znajdują się muzułmanie - szczególnie ci cierpiący ucisk ze strony tyranów we własnych krajach lub ci doświadczający poniżenia jako zarobkowi migranci na obczyźnie - wyrażający swoje oburzenie? Pisarze-pretendenci czy kiepscy rysownicy, starający się zrekompensować brak talentu skandalami wywoływanymi z marketingowych pobudek, prędzej czy później kompromitują sami siebie. Jednak mają oni pełne - obywatelskie i ludzkie - prawo do tego typu dziecinnych, aroganckich wygłupów. Nikt nie jest w stanie ani im go udzielić, ani odebrać. Ale skąd ten gniew, skąd furia?

Chodzi tu oczywiście głównie o kontekst - a nie o sam tekst: gdy prorok przedstawiony jest z nakryciem głowy przypominającym bombę i nosem jakby żywcem wyjętym z klasycznych europejskich rysunków rasistowskich, i gdy fakt ten umieści się na tle regularnych ekscesów supremacyjnego i machistowskiego rasizmu europejskiego skierowanego przeciwko Żydom i muzułmanom, nagle opowieść ta przybiera zupełnie inny wydźwięk.

Obecna fala anty-muzułmańskich obsesji, przetaczająca się swobodnie przez Europę i Stany Zjednoczone, czerpie garściami z antysemickiego repertuaru białych chrześcijan, jej obiektem nie są już jednak Żydzi, ale inni semici. Pod przykrywką wolności słowa, czołowi publicyści Europy dają wyraz swoim rasistowskim przesądom nawiązującym do doświadczeń "kolorowego oświecenia", nie mającym precedensu od czasów największego w historii pogromu, który przybrał postać żydowskiego holokaustu. Dowodem są same karykatury Proroka Muhammada oraz okładki czasopism takich jak The Economist czy mnóstwa dzienników i magazynów prawicowych, krzyczące o "cyganach" zalewających "naszą ziemię", dowodzące, że "9 na 10 azylantów to wyłudzacze" i żądające "wykopania ich".

Połączenie umysłowego lenistwa i cynicznej wyobraźni wizualnej w przypadku wspomnianej europejskiej prasy prowadzi do produkcji identycznych, jak w przypadku antysemityzmu insygniów nienawiści, które dzisiaj stosowane są przeciwko muzułmanom. Wykrzywione twarze, sterczące nosy, rozjuszone oblicza, złowróżbne pozy, groteskowe sylwetki - te staromodne atrybuty typowe dla rasizmu starej Europy wydają się traktować Żydów i muzułmanów w taki sam sposób. Dobrowolne skazywanie się na poniżające swoją cielesność zabiegi medyczno-kosmetyczne modne wśród przedstawicieli muzułmańskich klas średnich - od najbardziej groteskowej chirurgii plastycznej przez usuwanie owłosienia i malowanie włosów na blond, do zakładania kolorowych szkieł kontaktowych - to odwrotna strona tej samej estetycznej hegemonii bieli Europejczyków.

To, z czym mieliśmy do czynienia przy okazji zamówienia i publikacji karykatur przez duński Jyllands-Posten, nie sprowadza się jednak do "recyklingu" europejskiego antysemityzmu. Patologiczne tendencje, które do tego doprowadziły, mają również swoje współczesne przyczyny. Umieszczenie turbanu w kształcie bomby (bomby zegarowej, jakby powiedzieli Alan Dershowitz czy Michael Ignatieff w USA) na głowie Proroka Muhammada spełniło taką samą funkcję, jaką wywołałoby umieszczenie etykiety z niemieckiego obozu koncentracyjnego (na przykład hasła "Arbeit Macht Frei") czy też symbolu zagłady Rdzennych Amerykanów lub masakry z My Lai w Wietnamie z 1968 roku, albo zdjęciaLynndie England z Abu Ghraib na głowie ukrzyżowanego Chrystusa. Doszło tu do zespolenia średniowiecznego kultu ikon z nowożytnym wandalizmem, które miało na celu demaskację uwikłania świętości w akty barbarzyństwa. Posłużenie się wizerunkiem Proroka Muhammada sugerującym terroryzm, tak jak definiują go Amerykanie i ich europejscy sojusznicy (którzy jednocześnie sami w różnych miejscach na świecie torturują, okaleczają i mordują ludzi, co do których istnieje podejrzenie, że mogą oni stanowić bomby zegarowe ze słownika Dershowitza-Ignatieffa), automatycznie wikła w bestialską przemoc jakieś 1,5 miliarda osób pochodzenia muzułmańskiego na całym świecie (stanowiącą ze swojej strony konsekwencję wyłącznie europejskich - a dzisiaj również północnoamerykańskich - dziejów globalnej grabieży kolonialnej).

Publikacja karykatur wyznaczona jest przez dwa przeciwstawne, ale idealnie dopełniające się wydarzenia: z jednej strony niewybaczalną antysemicką reakcję Mahmouda Ahmadinejada, prezydenta Islamskiej Republiki Iranu (który albo zaprzecza, że żydowski holokaust miał w ogóle kiedykolwiek miejsce - pomniejszając w ten sposób cierpienie, którego doświadczyli Żydzi na całym świecie, albo zachęca do antysemickich tyrad we własnym kraju); z drugiej - gang neokonserwatywnych artystów, pod wodzą "funkcjonalnego odpowiednika" Mahmouda Ahmadinejada, Salmana Rushdi'ego, forsujący własną wizję na temat tworu własnej wyobraźni, o nazwie "islam", przedstawianego jako "totalitaryzm". O ile w przypadku Iranu doszło do zwyrodnienia uprawnionej i jak najbardziej niezbędnej krytyki apartheidu państwa Izrael w prymitywny antysemityzm, w Europie i Stanach Zjednoczonych banda karierowiczów kierujących się równie "wzniosłymi" ideami piętnuje to, co nazywa "islamizmem" - stanowi to przykrywkę dla tym bardziej ewidentnej patologicznej nienawiści żywionej w stosunku do określonego rodzaju ludzi oraz pojęcia świętości, którym kierują się w oni swoim życiu.

Deklaracja Rushdi'ego i spółki, opublikowana pierwotnie w Charlie Hebdo, tygodniku francuskim (jednym z pierwszych, który przedrukował karykatury Proroka Muhammada), ostrzega, że "po wyzwoleniu się z faszyzmu, nazizmu i stalinizmu świat znalazł się w obliczu nowego globalnego zagrożenia: islamizmu". I tak, w myśl szacunków tego szacownego grona realnego zagrożenia dla ludzkości nie stanowią katastrofy ekologiczne, jak na przykład niewyobrażalne marnotrawstwo i nadmierna konsumpcja zasobów naturalnych przez USA, i wszystkie nieszczęścia związane z funkcjonowaniem ich przemysłu; problemem nie jest też obsceniczna manifestacja własnego bogactwa z jednej strony i miażdżące ubóstwo z drugiej, mające miejsce w środku Europy i Stanów Zjednoczonych (co uświadomił nam przykład huraganu Katrina); nie chodzi również o fakt, że, jak pokazuje ONZ, około 870 milionów ludzi na całym świecie zasypia każdej nocy głodnych, podczas gdy wysokość budżetu wojskowego USA na lata 2000-2008 ma wynieść 32 + jedenaście zer; nie jest też wspomniana okrutna nędza milionów niewinnych mieszkańców Azji, Afryki i Ameryki Południowej, wystawionych na skutki działania zglobalizowanego kapitalizmu, nad którym pieczę sprawują Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia; brak uwag na temat przewlekłego rasizmu, seksizmu i różnych, trans-kulturowych postaci patriarchizmu, nierówności gospodarczych, niesprawiedliwości społecznych i apartheidu płciowego; nie ma mowy o systematycznym gardzeniu swobodami obywatelskimi w głównych ojczyznach "Zachodu"; o rozległej sieci pomieszczeń przeznaczonych na tortury z Abu Ghraib, z bazy lotniczej Bagram, z Zatoki Guantanamo czy o podziemnych labiryntach lochów administrowanych przez CIA również nie usłyszymy. Nie o takie kataklizmy na skalę globalną chodzi Salmanowi Rushdi'emu i jego towarzyszom - nikną one w zestawieniu z tymi kilkoma żałosnymi, rozproszonymi i nieporadnymi aktami reakcji muzułmańskiej - zrodzonymi ze strachu, frustracji i rozpaczy - na publikację duńskich karykatur przedstawiających ich proroka.

Poszukiwania zysków trwają od dawna, ucierpiała od nich nie tylko psychika, ale wręcz zwykła świadomość i wiedza na temat faktów, która przegrała z auto-promocją, prowadzoną kosztem powalonych przez biedę nieszczęśników. O ile bowiem poszczególne postaci totalitaryzmów - faszyzm, nazizm czy stalinizm (same europejskie wynalazki) były ideologiami wspieranymi przez aparat oficjalnej władzy, których ofiarami padali głównie obywatele danych państw, "islamizm" (wynik totalnej ignorancji na temat historii islamu na przestrzeni ostatnich 200 lat) to emitowany przez USA propagandowy gadżet, sfabrykowany w celu stworzenia i podtrzymania obrazu fikcyjnego wroga, który usprawiedliwiałby wyprawy wojenne i globalną dominację.

Kilku aroganckich dziennikarzy opublikowało serię karykatur w Danii, a w wyniku protestów w okupowanym przez USA Afganistanie, w sąsiadującym z nim Pakistanie - państwie klienckim Stanów Zjednoczonych, oraz w innych częściach świata muzułmańskiego ginie wielu wyznawców islamu. W którym momencie mógłby tu pojawić się islamski totalitaryzm, jeśli miałby on opierać się na elementarnej wiedzy na temat strategii politycznej? Jedyne państwo na świecie posiadające w nazwie zwrot "Islamska republika" - analogicznie do ukazującego również proweniencję religijną Żydowskiego Państwa Izrael, wspieranego przez Imperium Chrześcijańskie USA oraz naśladowanego pod względem rasistowskiego apartheidu przez fundamentalizm hinduistyczny - to Iran, w którym teokratyczna tyrania ze strony kliki jałowych jurystów rodem ze średniowiecza jest nieustannie, regularnie kontestowana przez własnych obywateli. Kiedy i gdzie islam stał się "totalitarnym" aparatem władzy identycznym z faszyzmem, stalinizmem i nazizmem?

Nie ma ani jednego tak zwanego "państwa muzułmańskiego", w którym obywatele nie prowadziliby aktywnej działalności nastawionej na debatę i krytyczne podejście do najbardziej uświęconych zasad własnej religii. To właśnie w dziejach nowożytnych - w ciągu ostatnich dwustu lat - muzułmanie przenicowali swoją kolektywną wiarę, kwestionując nawet jej najściślejsze aspekty. Doświadczenie barbarzyństwa europejskiego kolonializmu i zmagania z nim sprawiły, że w doktrynie i dogmatyce muzułmanów nie ostał się ani jeden punkt, który nie zostałby poddanej dyskusji i zakwestionowany. Nie musieli czekać na zastępy wykształconych oportunistów, którzy mieliby przekazać im, na czym polega problem z ich wiarą i jakich rozwiązań potrzebują, aby się z nim uporać. Ani jeden motyw tej chlubnej historii - ludzi nieustannie debatujących ze sobą - nie jest obecnie przedmiotem powszechnej wiedzy globalnej. Zamiast tego obowiązuje założenie o skostniałym islamie, w którym wszystko już zostało pomyślane i powiedziane, promowane przez niedouczonych szarlatanów pokroju Salmana Rushdie'go wśród ich europejskiej i amerykańskiej klienteli.

Przeważająca większość muzułmanów na całym świecie chowa swoją dumę, odwraca wzrok od okropieństw europejskiego rasizmu i wiedzie swój codzienny żywot. Nieliczne grupy bojowo nastawionych muzułmanów, rozsierdzonych obelgami przeciwko osobom uznawanym przez nich za święte, wkracza na drogę przemocy, a wielu z nich jest powstrzymywanych, a nawet mordowanych przez siły policyjne krajów, z których pochodzą. Te same media, które zapoczątkowały całą tę obłędną awanturę epatuje teraz obrazami ślepego tłumu, które przeciwstawia widoczkom ze starannie ogolonymi, białymi europejskimi mężami stanu ubranymi w eleganckie garnitury i starannie dobierającymi słowa. Tak właśnie wygląda reakcja tych "pisarzy, dziennikarzy i intelektualistów" - jak sami siebie tytułują (a raczej sprytnych koniunkturalistów i oportunistów, którymi są tak naprawdę). W którym momencie doszedł do głosu "totalitaryzm"? Mówiąc o "totalitaryzmie", mamy na myśli ideologię państwową, zaprowadzaną za pomocą masywnej maszynerii militarnej, tak jak miało to miejsce w przypadku Hitlera, Stalina czy Mussoliniego - samych Europejczyków, białych, mężczyzn i w rzeczywistości chrześcijan z urodzenia i pochodzenia.

Ten niespójny logicznie i bezwzględnie rasistowski dokument, podpisany i markowany nazwiskiem Salmana Rushdi'ego, hańbą okrywa nie tylko jego sygnatariuszy, ale też wszystkich Europejczyków, którzy milczeli podczas "burzy rysunkowej" lub też bezwładnie poddali się jej atmosferze, dlatego, że celem tego szowinistycznego ataku nie była abstrakcyjna kukła o imieniu "Islam" ani nawet miliony muzułmanów żyjących z dala od geografii rasizmu europejskiego. Był (i wciąż jest) on wymierzony w afgańską nauczycielkę mieszkającą w Danii, pakistańskie dziecko w Norwegii, które szło rano drogą do szkoły, algierskiego kelnera ukrywającego się przed francuską policją, sprzątacza z Maroka idącego do pracy we Włoszech, irańskiego kierowcę taksówki przemierzającego ulice jednego z miast Holandii, nielegalną imigrantkę z Turcji mieszkającą w Niemczech, która boi się otworzyć usta, studenta z Egiptu niepewnego swojej przyszłości w Hiszpanii, Syryjczyka, właściciela restauracji gdzieś w Szwecji, zastanawiającego się, czy będzie miał jeszcze kiedykolwiek klientów, oraz całe miliony podobnych im osób, skazanych na los gastarbeiterów, zmuszonych do codziennego kontaktu z przejawami rasizmu Europejczyków. Tymczasem Salman Rushdie wraz z kolegami składają swoje podpisy pod tekstem, który legitymizuje globalną niesprawiedliwość i segregację rasową przeciwko 1,5 miliardom ludzi na świecie. Wszystko to w imię wyimaginowanego dziedzictwa europejskiego oświecenia, które już u swojego zarania dokonało filozoficznego uzasadnienia wykluczenia obcych, oraz ich ojczyzn i kultur, ze wspólnoty "humanistycznej", odmawiając ich dziedzictwu jakiejkolwiek wartości.

Oznaki odrażającego kolektywnego rasizmu są coraz bardziej widoczne we wszystkich miastach powojennej Europy, które zdają się całkowicie zapominać o koszmarze żydowskiego holokaustu, kiedy to biali europejscy i chrześcijańscy rasiści próbowali doprowadzić do kompletnej zagłady cały naród tylko dlatego, że jego przedstawiciele byli Żydami. Wiodące tytuły prasy europejskiej przedrukowały karykatury Proroka Muhammada, wyrażając w ten sposób nie tyle swoją solidarność ze swoimi duńskimi kolegami-ignorantami, ile chęć zastraszenia i poniżenia milionów europejskich muzułmanów. Miliony dzieci muzułmańskich w Europie udają się do szkoły pełne lęku, wstydu, niesłusznego poczucia winy i zupełnego wyalienowania ze wspólnot, w których mieszkają. Publikacjom tym udało się przede wszystkim uniemożliwić muzułmanom obronę przed napaściami ze względu na akty przemocy i barbarzyństwa - szczególnie te dokonywane w imię ich wiary - i zmusić ich do wyparcia się swojej religii, noszenia blond włosów, wybielenia swojej skóry i stania się chodzącymi negacjami własnych jaźni. Dzieci zostały wybrane na cel tej makabrycznej kampanii prasowej, prowadzącej do poniżania przez kolegów i koleżanki ze szkoły oraz sąsiadów, dyskryminacji w przyszłych miejscach pracy, wychowywania się w poczuciu niższości własnej kultury i tożsamości, oraz podległości w ramach zglobalizowanej i wybielonej eurocentryczności, do której dziejów ponownie włączony zostaje klasyczny europejski antysemityzm.

"Islam i globanalizacja", czyli zaproszenie muzułmanów do Europy i Ameryki po to, aby przypuścić atak na wyhodowane przez siebie islamskie fantazmaty, to nowy etap procesu wytwarzania dominacji - posługiwania się muzułmanami przeciwko islamowi jako abstrakcji. Wszystkie te usiłowania - posługiwanie się "upadłymi muzułmanami" przeciwko islamskiej wrażliwości - są z konieczności skazane na porażkę. Przyszłość naszej planety, nie wyłączając Europy, została zaplanowana w zupełnie innym miejscu - gdzieś między masywną emigracją zarobkową z jednej strony, a globalnymi transformacjami kapitału, które są nastawione na jej wyzyskiwanie z drugiej. Wojna kulturowa, która się rozgrywa na styku obydwu tych sfer to dla wielu morderczy koszmar, dla niektórych - lukratywny biznes, a dla innych - przyczyna zmartwienia, która jednak w ostateczności okazuje się jedynie nic nie znaczącym przypisem do prawdziwej historii.

Autor: 
Dabashi Hamid